Igrzyska Olimpijskie to spełnienie moich marzeń! Arkadiusz Gardzielewski ŚOB #069

Igrzyska Olimpijskie były dla Arkadiusza Gardzielewskiego marzeniem od czasów młodzika. Pojechał do Tokio jako maratończyk z czasem 2:10 i wrócił z poczuciem życiowego spełnienia, bo dwa najważniejsze cele kariery – olimpijski start i połamanie 2:10 – w znacznej części zrealizował. W tym odcinku Arek opowiada, dlaczego po igrzyskach mówi „nic nie muszę, mogę”, jak polski model krótkich obozów wysokogórskich wypada w porównaniu z afrykańskim modelem 6–8 tygodni i co było dla niego najtrudniejszą lekcją po Tokio.

Streszczenie odcinka

Spotkanie z Arkadiuszem Gardzielewskim

Moim gościem w 69. odcinku był Arkadiusz Gardzielewski – polski maratończyk, olimpijczyk z Tokio, jeden z najmocniejszych długodystansowców ostatniej dekady. Rozmawialiśmy w okresie, gdy Arek był na pierwszym wprowadzającym obozie kadry narodowej w Jakuszycach – w sumie, jak żartował, „maratończyk, który tutaj przyjechał i biega same krótkie rozwijanki”. Zacząłem od pytania, czy igrzyska olimpijskie były dla niego największą biegową przygodą życia. Odpowiedział, że bez wątpienia tak – że to spełnienie marzenia, które towarzyszyło mu od czasów młodzika.

Igrzyska olimpijskie jako marzenie życia

Arek opowiedział mi, że dla każdego młodego sportowca igrzyska są marzeniem nadrzędnym. U niego było tak samo – od najniższego szczebla, czyli od młodzika, igrzyska olimpijskie były celem, do którego zmierzał. Pochodzi z Tczewa, z małej miejscowości, więc dla jego rodziców już sam start w mistrzostwach Polski młodzików był wydarzeniem fenomenalnym. Powiedział mi, że jako olimpijczyk czuje się sportowo spełniony – w dorosłej karierze stawiał sobie dwa cele nadrzędne: pojechać na igrzyska i połamać 2:10 w maratonie. Pierwszy cel zrealizował, drugi był blisko, więc dziś mówi: „nic nie muszę, mogę”.

Sapporo – maraton na granicy odwodnienia

Arek nie owijał w bawełnę przy ocenie samego startu w Tokio – aspiracje były zdecydowanie większe niż 63. miejsce. Powiedział mi, że przygotowania szły bardzo dobrze, treningi pokazywały solidną dyspozycję, a forma przyszła wtedy, kiedy miała przyjść. Mało kto wie, że tuż przed rozgrzewką Arek miał biegunkę, więc startował już w stanie odwodnienia – w Sapporo, gdzie temperatura i wilgotność były ekstremalne. Mimo to zrobił swoje i ukończył bieg. Z perspektywy czasu, jak mi powiedział, traktuje to jako duże osiągnięcie – mało kto na początku jego drogi obstawiał, że w ogóle do tego dojdzie.

15 miesięcy bez biegania – kontuzja gęsiej stopki

Duży fragment rozmowy poświęciliśmy najtrudniejszemu okresowi w karierze Arka. Pod koniec 2013 roku doznał urazu przeciążeniowego gęsiej stopki w okolicach przyczepów mięśni półbłoniastego i półścięgnistego. Z perspektywy lat opowiedział mi, że okres rekonwalescencji trwał aż 15 miesięcy – jeździł po najlepszych specjalistach w Polsce i Niemczech, a każdy mówił mu coś innego, w niektórych gabinetach po prostu rozkładali ręce. Arek powiedział mi wprost, że miał wtedy objawy depresji – bieganie to dla niego nie tylko hobby, ale też praca w wojsku, więc przedłużająca się kontuzja zagrażała stabilizacji życia. Lekarz Doktor Jacek Ficek ze Śląska podał mu czynnik wzrostu i ułożył plan ćwiczeń – dopiero wtedy ruszyło.

„Lepiej mieć złamanie niż diagnozę bez nazwy”

Arek zwrócił mi uwagę, że paradoksalnie zawodnik dochodzi w pewnym momencie do wniosku, iż lepiej mieć jasne złamanie z konkretną prognozą niż wieloletnią niepewność. Wychodząc z gabinetów lekarzy, którzy nie wiedzieli, co mu jest, Arek po prostu płakał. Powiedział mi, że poziom kortyzolu, który regularnie bada, w tych trzech latach był u niego najwyższy w karierze – a kiedy wrócił na swój poziom, kortyzol zjechał. Hormony pokazały, jak bardzo kontuzja wyniszcza organizm.

Polski model treningu kontra reszta świata

Dużą część naszej rozmowy poświęciliśmy temu, dlaczego polski sport długodystansowy odstaje od czołówki. Arek powiedział mi wprost: chodzi o szkolenie. Jako młodzieżowiec jeździł z reprezentacją na mistrzostwa Europy, gdzie spotykał zawodników, którzy spędzali w górach prawie cały rok. Polski model wyglądał tak: wracaliśmy do kraju, jeździliśmy do Szklarskiej Poręby na narty biegowe i to był „obóz”. Tymczasem zawodnicy z Norwegii, Hiszpanii, Francji byli na wysokości po 6-8 tygodni naraz. Arek przypomniał mi też, że Bronek Malinowski wyjeżdżał do Meksyku na 2-3 miesiące – więc ten model w Polsce kiedyś istniał, tylko zniknął.

23 dni w Sankt Moritz – zbyt mało

Arek wytłumaczył mi, że w polskim modelu zawodnik jedzie do Sankt Moritz na 23 dni. Pierwsze 7-10 dni to aklimatyzacja, dopiero potem realnie można trenować. Tymczasem inni zawodnicy nie potrzebują tej aklimatyzacji – bo siedzą na wysokości na stałe. Powiedział mi też, że gdyby miał dziś 22 lata, to spakowałby walizkę i pojechał do Kenii lub Etiopii na całe miesiące. Mając 35 lat, rodzinę i pracę w wojsku, takich rzeczy się już nie robi. To jest przesłanie dla młodych zawodników: jeśli marzymy o Polaku biegającym 2:05, musimy dziś inwestować w młodzieżowców i wysyłać ich w góry na długo.

Walencja i krytyka, której się nie wystrzeże

Zapytałem Arka o jego maraton w Walencji w grudniu 2019 / 2020 – ukończony zejściem z trasy. Pojawiały się wtedy opinie, że Gardzielewski nie był kontuzjowany, tylko „zajeździł się” na treningach. Arek odpowiedział mi spokojnie: jeśli ktoś dzieli się treningami w sieci, naraża się na krytykę. On po prostu wykonuje swoją pracę, wierzy w swój trening i ocenia go po efektach całej kariery, a nie pojedynczego niepowodzenia. Rok po Walencji udowodnił sobie i innym, biegając rekord życiowy w Dębnie, że wie, co robi. Kiedy bieg się nie kończy, najgorsze jest powtarzanie sobie tego w głowie – Arek wolał szybko zapomnieć i wracać do pracy.

Trenowanie samego siebie

Arek powiedział mi, że pewnym etapem jego kariery było odejście od trenera i samodzielne układanie treningu. Pracował wcześniej z Grzegorzem Burczynem, który po maratonie często zostawiał Arka na kilka tygodni samego, więc Arek nauczył się sam prowadzić siebie w okresach poza specyficznym przygotowaniem. Drugą motywacją była frustracja: po kontuzji założenia treningowe niektórych trenerów nie pasowały do jego organizmu. Powiedział mi, że jako 35-latek po przerwach potrzebuje więcej regeneracji niż 25-latek z dużymi obciążeniami – a tego nie wszyscy trenerzy czuli. Po czterech miesiącach prowadzenia siebie samego zdobył tytuł wojskowego mistrza świata w Turynie.

Trening siłowy i biomechanika

Arek opowiedział mi, że trening siłowy najwięcej znaczył u niego w okresach juniora i młodzieżowca, gdy z trenerem ratowali jego technikę biegu. Codziennie spędzał półtorej godziny na korpusie, na koordynacji, na biomechanice. Dziś, jako maratończyk, raczej dba o utrzymanie tej techniki niż buduje ją od nowa – treningi z ciężarami robi sporadycznie, więcej pracuje nad siłą biegową w terenie. Wytłumaczył mi też, że ma wrodzoną wadę kolana, więc ćwiczenia z dużymi ciężarami nigdy mu nie pasowały – bardziej naturalna siła w terenie była dla niego bezpieczniejsza.

Półmaraton Ślężański i półmaratony górskie

Zapytałem Arka, czy myślał kiedyś o startach w biegach górskich, bo był zgłoszony do mistrzostw Polski w 2020 roku. Powiedział mi, że tak, ale gdy zakwalifikował się na igrzyska, musiał przemyśleć cele i wycofał się ze startów dodatkowych. W przyszłych latach prawdopodobnie spróbuje. Wspomniał też półmaraton Ślężański, na którym biegał – z dużą ilością przewyższenia. Powiedział mi otwarcie, że biegi górskie nie pociągają go aż tak mocno, bo brakuje w nich klarownej walki o wynik, który można porównywać. W maratonie na asfalcie wszystko jest czyste – dystans, czas, miejsce.

Plany – Paryż 2024 i mistrzostwa Europy

Arek zarysował mi cele na 2022 i kolejny cykl olimpijski. Główny start sezonu 2022 to mistrzostwa Europy w Monachium. Drugi szczyt formy ma przypaść na wojskowe mistrzostwa świata w biegach przełajowych. Powiedział mi, że Igrzyska Olimpijskie w Paryżu 2024 są dla niego realnym celem – Bartek Przedwojewski (a właściwie inny zawodnik z cyklu World Series) pokazał, że można połączyć pracę z najwyższym poziomem. Arek chce też wyjść poza polski model, więcej trenować na wysokości, korzystać z namiotu hipoksyjnego, którego sam doświadczył jako bardzo skutecznego narzędzia.

Pierwszy miesiąc po przerwie – baza tlenowa

Na koniec Arek opowiedział mi, na jakim etapie aktualnie jest. Po Tokio zakończył sezon delikatnymi startami i wakacjami, a w grudniu zaczął nowy cykl. Pierwsze biegi to 12 km po 4:30/km, z którymi miał… zakwasy. Powiedział mi, że to typowe – po przerwie nawet zawodowiec dostaje siurpryzy od własnych nóg. Plan to przez miesiąc bazy tlenowej dojść do 20-25 km biegów po 4:45-4:55, a potem wprowadzać siłę biegową, drugi zakres i wreszcie odcinki tempowe. Co roku jego najlepsza dyspozycja przychodziła wiosną, więc strategia się sprawdza.

Czego nauczyłem się z tej rozmowy

Z rozmowy z Arkiem wyniosłem dwie najmocniejsze rzeczy. Pierwsza – że spełnione marzenie nie kończy kariery, tylko ją odblokowuje. Po Tokio Arek mówi „nic nie muszę, mogę” i to mu daje przestrzeń na nowe cele bez paraliżującej presji. Druga – że polskie biegi długodystansowe nie odstają od reszty świata talentem, tylko systemem. Brakuje nam długich pobytów wysokogórskich, brakuje finansowania, brakuje świadomości, że Kenia czy Sankt Moritz to nie wycieczka, tylko miesiące pracy. To mocna lekcja zarówno dla zawodników, jak i dla decydentów polskiego sportu.

Najnowsze odcinki podcastu

Max Czyżykowski – Jak tworzyć treści o bieganiu, które nie są nudne?

Damian Rudnik: Moja biegowa przygoda – od 1500 metrów do ultra

Te suplementy faktycznie działają w bieganiu. Kamil Suwała