Czy istnieje życie poza bieganiem? Marta Krawczyńska – była polska reprezentantka, dziś trenerka biegowa i przygotowania motorycznego w Trójmieście – odpowiada zdecydowanie: tak, i to bardzo dobre. W tym odcinku rozmawiałem z Martą o pięciu latach „biegowej emerytury”, o tym, dlaczego po jednych Mistrzostwach Polski nie poznała własnego ciała, gdy nie była w stanie utrzymać tempa 3:20/km, oraz o jej najlepszym czasie z Gdyni – 33:50 na 10 km – który mógłby paść jeszcze szybciej na płaskiej trasie za granicą.
W 78. odcinku zaprosiłem do rozmowy Martę Krawczyńską – byłą polską reprezentantkę i mistrzynię Polski na 10 000 m, która od pięciu lat jest „na biegowej emeryturze”, a dziś prowadzi własną markę trenerską w Trójmieście. Marta opowiedziała mi, że pracuje nie tylko z biegaczami z Trójmiasta, ale też zdalnie z zawodnikami z Poznania, Warszawy, Szczecina i Krakowa, a ostatnio coraz mocniej wchodzi w trening motoryczny tenisistów i piłkarzy. Już na wstępie zaznaczyła, że jej życiowy bieg na 10 km – 33:50 – padł akurat w Gdyni na trasie pełnej wiaduktów, więc do dziś żałuje, że nie sprawdziła się na takim asfalcie jak Walencja.
Marta przyznała mi z uśmiechem, że tuż przed nagraniem sprawdziła w kalendarzu, ile lat już nie biega zawodowo – wyszło dokładnie pięć, bo z bieganiem skończyła w 2016 roku. Powiedziała mi, że choć bieganie samo w sobie zaczęło się dla niej dopiero przed studiami w grupie Lider Malbork (po to, żeby zdać testy na AWF), to ten okres definiował jej tożsamość przez wiele lat. Z perspektywy czasu Marta opowiedziała mi, że tęskni za treningami, że robiła sobie nawet siedmiotygodniowy cykl przygotowawczy do biegu 11 listopada w Obornikach, ale praca z amatorami kończy się u niej najczęściej koło 21:00 i po prostu nie ma już sił ani czasu na powrót do rygoru zawodniczego. Mimo to zachowała sportowe „zdrowe uzależnienie” – jak sama je nazwała – przez które wciąż liczy w głowie wolne 45-minutowe okienka między korkami w Trójmieście, żeby wepchnąć trening.
Gdy zapytałem Martę o jej najlepszy wynik, opowiedziała mi historię biegu w Gdyni, gdzie wykręciła 33:50 na 10 kilometrów.
Marta zwróciła mi uwagę, że trasa miała aż 50 wiaduktów – „góra dół, góra dół” – co przy tak technicznym profilu czyniło ten wynik wyjątkowo wartościowym. Powiedziała mi wprost: gdyby pobiegła na płaskiej trasie zagranicznej, na pewno byłoby pod 33 minuty, „a może i szybciej”.
Marta wspomniała moment, w którym na ósmym kilometrze spojrzała na zegarek i pomyślała, że „to coś jest nie tak” – pokazywało jej tempo gwarantujące czas poniżej 34 minut, w co sama nie chciała uwierzyć. Wtedy, jak mi opowiedziała, dosłownie „hop, hop” popędziła do mety, bo następna zawodniczka była daleko za nią z czasem około 35:30. Warunki pogodowe – chłodno, bez wiatru, listopadowa Gdynia – dopełniły reszty.
Dopytałem Martę, czy nie żałuje, że nie zaliczyła nigdy biegu typu Walencja, na płaskiej i bardzo szybkiej trasie. Przyznała mi otwarcie, że to jeden z najsilniejszych żali jej kariery – większość jej startów odbywała się w polskich biegach lokalnych, często w niesprzyjających warunkach (Lubin, „bieg o lampkę górniczą” – też z 50 wiaduktami). Marta podkreślała, że w czasach, gdy ona biegała 33:50, ten wynik był naprawdę dobry w Polsce, ale dziś dziewczyny przeskoczyły o całą klasę.
Jednym z najmocniejszych fragmentów rozmowy była opowieść Marty o Mistrzostwach Polski na 5000 m, które stały się gwoździem do trumny jej kariery. Powiedziała mi, że nie była w stanie utrzymać tempa 3:20/km – po trzecim kilometrze po prostu zeszła z trasy, czego sama nie potrafiła sobie wytłumaczyć. Trener Karol Nowakowski był wtedy na pielgrzymce, bez kontaktu telefonicznego, więc Marta musiała sama poradzić sobie z tą porażką. To była tak absurdalna sytuacja, że – jak mi powiedziała – nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać. Po tym wydarzeniu wybrała pracę w nieruchomościach, gdzie stabilność finansowa była nieporównywalnie lepsza niż w bieganiu zawodowym.
Marta opowiedziała mi szczegółowo o swoich trzech kolejnych trenerach.
Marta przyznała otwarcie, że trening trenera Rolbieckiego (Andrzej Rolbiecki) to była „szkoła przetrwania”, hardcore treningowy. Biegała pięćsetki po 1:15-1:18, robiła objętości po 200 km tygodniowo, choć po pewnym czasie zaczęła oszukiwać na rozbieganiach – powiedziała mi to wprost. Nie żałuje tego okresu, bo to dało jej medale młodzieżowe i nauczyło ciężkiej pracy, ale nauczyło ją też, że trener powinien słuchać zawodnika.
O Karolu Nowakowskim Marta mówiła z największą sympatią. Po Rolbieckim chciała kończyć karierę – startowała w Starogardzie z myślą, że to ostatni raz – ale Karol zadzwonił i „obudził w niej miłość do biegania”. Trening był ukierunkowany na szybkość, której Marcie wcześniej brakowało, dystanse na akcentach były krótsze, ale ostatecznie zabrakło wytrzymałości – i tak doszło do tego dramatu na MP w 5000 m.
Z Borskim Marta szykowała się do półmaratonu w Krakowie, gdzie była – jak sama mi powiedziała – „w doskonałej formie”, a dychę przebiegła po drodze w 34:1x i czuła, że biegnie z hamulcem ręcznym. Nie ukończyła tego półmaratonu, ale wracała do tego startu jako referencyjnego dowodu, że jej forma była tam najwyższa w karierze.
Dopytałem Martę o paradoks: pięćsetki po 1:15 i tysiące po 3:20 sugerowałyby życiówki na 1500 m w okolicach 4 minut, a ona zatrzymała się na 4:30. Marta zwróciła mi uwagę, że treningu nie powinno się kończyć „na kolanach” – jeśli zawodnik ma uczucie, że mogłaby pobiec jeszcze jeden odcinek, ale lepiej już nie, to znaczy, że jest gotowy. Powiedziała mi, że na zawodach trzeba mieć tę superkompensację, a na treningach lepiej hamulec ręczny. „Treningi powinny ładować akumulatory, a nie je rozładowywać” – ta myśl wybrzmiała w naszej rozmowie najmocniej.
Marta podkreśliła mi, że jako trenerka stawia na jakość, nie na ilość kilometrów na Garminie. Opowiedziała mi historię swojego zawodnika Piotrka, który dwa lata wcześniej miał życiówkę 2:49 w maratonie, a po obniżeniu objętości o ok. 20% (przy lekkim spowolnieniu rozbieganiu, bo Marta chciała go przyzwyczaić do tempa maratońskiego) pobiegł w Barcelonie 2:40:18 z uśmiechem na twarzy i bez kryzysu. Marta przyznała mi, że gdy słuchała relacji Piotrka po mecie, sama się rozpłakała. To dla niej najbardziej obrazowy dowód, że mniej kilometrów to często więcej.
Marta otwarcie powiedziała mi, że zamknęła już listę zawodników indywidualnych – nie chce „masówki” i kopiuj-wklej. Każdy plan analizuje osobiście, prosi o filmiki techniki biegu, sprawdza komentarze pod treningami w Garminie i Polarze. Jej zawodnicy to głównie amatorzy, którzy biegają już 2:49 w maratonie albo 36 minut na dychę – nikt nie przychodzi z postanowieniem noworocznym, bo w Trójmieście „poszła fama”, że u Krawczyńskiej jest ciężko. Marta śmieje się z tej fama, ale potwierdza – jest ze szkoły Borskiego i Rolbieckiego.
Marta podkreśliła w rozmowie ze mną, że trening kobiet powinien uwzględniać cykl miesiączkowy – niektóre dni organizm znosi gorzej, plan musi być elastyczny. Zwróciła mi też uwagę, że kobiety mają tendencję do innych kontuzji niż mężczyźni, m.in. częściej cierpią na złamania zmęczeniowe, dlatego trening siłowy i regeneracja są kluczowe. Sama miała tylko jedną poważną kontuzję w karierze – naderwane więzadło w kolanie, którego nabawiła się przez to, że, jak mi sama wyznała, „się nie rozciągała”.
Niespodziewanym wątkiem rozmowy okazało się to, że Marta coraz mocniej angażuje się w przygotowanie motoryczne tenisistów i piłkarzy.
Marta opowiedziała mi, że ponad dwa lata temu trafiła do Weroniki Falkowskiej, którą eksperci tenisowi (m.in. Wojciech Fibak i Tomasz Wiktorowski) typują na następczynię Igi Świątek i Agnieszki Radwańskiej. Miała zmienić jej technikę biegu, ale szybko zorientowała się, że w tenisie nie chodzi o ładny bieg do przodu, tylko o szybkie poruszanie na boki, zmiany kierunku, trzymanie rakiety. Marta zaczęła jeździć z Weroniką na turnieje, dokształcała się u Mieczysława Bogusławskiego z Łodzi (trenera m.in. Janowicza) i właśnie zapisała się na pierwszą edycję szkolenia trenera motorycznego ITTF.
Dodatkowo Marta prowadzi treningi motoryczne dla piłkarzy – m.in. zawodników Lechii Gdańsk i Jaguara Gdańsk – którzy dziś mają w klubach „pseudo treningi motoryczne” raz w tygodniu i potrzebują indywidualnej pracy.
Marta zwróciła mi uwagę, że największe błędy biegaczy amatorów to brak prewencji urazów (rozcięgno podeszwowe, zrotowana miednica, osłabione mięśnie pośladkowe), próby zmieniania techniki biegu „na siłę” bez wzmacniania mięśni oraz brak regeneracji – treningi po 21:30 i wstawanie o 5:30 to droga donikąd. Powiedziała mi też, że amator powinien trenować maksymalnie pięć razy w tygodniu, bo bieganie ma być dodatkiem do życia, a nie życiem samym. Dla niej Trójmiasto i AWF Gdańsk to platforma, z której tę filozofię szerzy.
Z rozmowy z Martą wyniosłem ważną lekcję: życie po sportowej karierze może być równie satysfakcjonujące, jeśli się znajdzie nową pasję. Marta nie udaje, że nie żałuje – przyznała mi otwarcie, że gdyby miała szansę zacząć od nowa, dałaby sobie jeszcze rok i może by biegała tak jak Iza Paszkiewicz albo Angelika Mach (z którymi była na podobnym poziomie, gdy kończyła karierę). Ale jednocześnie pokazała mi, że można być spełnionym trenerem, opiekować się 23-letnimi tenisistkami, prowadzić obozy w Szklarskiej i wciąż być „blisko biegania”, nie ścigając się z własnym wynikiem.