Bieganie nie zawsze musi być najważniejsze – Artur Kozłowski, olimpijczyk z Rio i jeden z najmocniejszych polskich maratończyków, dziś jest „emerytowanym sportowcem” i prowadzi własną firmę. W tym odcinku Artur opowiada, dlaczego nigdy nie poświęcił bieganiu stu procent swojego czasu, jak wyglądała jego współpraca z trenerem Tomkiem Kozłowskim oraz dlaczego stosowanie tych samych środków treningowych dłużej niż 10–12 tygodni to jeden z największych błędów polskich amatorów. Pojawia się też anegdota o lekarzu kadry olimpijskiej, który po jednym spojrzeniu w wielką księgę nazwał Artura „symulatorem” – i historia, która z tego potem wynikła.
Moim gościem w 76. odcinku był Artur Kozłowski – olimpijczyk z Rio 2016, świetny maratończyk, jeden z najmocniejszych polskich długodystansowców minionej dekady, dziś przedsiębiorca prowadzący własną firmę i częściowo „emerytowany” sportowiec. W tle rozmowy stale słychać było jego dziecko – co tylko podkreśliło, że Artur pogodził sport z rodziną i biznesem. Rozmawialiśmy w dosyć luźnym, rodzinnym tonie – Artur już dawno temu przestał traktować bieganie jako jedyny element życia, więc opowiadał o sportowej drodze z perspektywą i dystansem, jakich rzadko spotyka się u zawodowych biegaczy w trakcie kariery.
Tytuł odcinka oddaje filozofię Artura. Powiedział mi wprost, że nigdy nie żył tylko z biegania – zawsze równolegle prowadził naukę, pracę albo firmę. Patrząc z perspektywy czasu, jak mi wyznał, gdyby dziś podsumowywał karierę, znalazłby wiele błędów, ale niczego nie żałuje. Dzięki temu, że budował się poza sportem, dziś ma firmę i rodzinę, których by nie miał, gdyby poświęcił się tylko bieganiu. To pokazuje, że zawodnik wyczynowy może mądrze inwestować w przyszłość poza karierą – nawet kosztem kilku procent maksymalnej formy.
Duża część rozmowy to wspomnienia o trenerze.
Artur opowiedział mi, że najważniejszą lekcją od Tomka Kozłowskiego było „docelowe trafianie z formą” – budowanie bazy, kolejnych warstw treningu i precyzyjne dochodzenie do startu w maksimum dyspozycji. Tomek był mistrzem tej sztuki. Powiedział mi, że trener traktował każdy startowy szczyt jak architektoniczny projekt – z fundamentami, ścianami nośnymi, dachem. Bez fundamentów nie da się zbudować dachu, więc nie można skracać żadnej z faz cyklu.
Artur wytłumaczył mi, dlaczego ten sam typ akcentu warto stosować maksymalnie 8-12 tygodni. Po tym czasie organizm się adaptuje i bodziec przestaje działać. Wielu polskich amatorów popełnia błąd robienia tego samego treningu przez pół roku – przez pierwsze 8 tygodni efekty są fantastyczne, ale potem stagnacja, a po roku zniechęcenie. Zmiana środków treningowych jest absolutną podstawą długoterminowego rozwoju.
Artur opowiedział mi o swojej koncepcji dwuletniego cyklu: pierwsze pół roku poświęca się szybkości (1500-3000 m), drugie powrotom do dłuższych odcinków (5-10 km), a dopiero w drugim roku skupia się na maratonie. Daje to lepszy maraton niż klepanie pracy maratońskiej non-stop. Pokazuje to, dlaczego Artur tak mocno krytykuje polski model klepania maratonów co pół roku bez fazy szybkościowej.
Artur opowiedział mi mocną historię.
Trafił do bardzo dobrego lekarza kadry olimpijskiej, który był wcześniej na igrzyskach. Lekarz wyciągnął wielką księgę, zerknął i powiedział: „Zobacz, w tym miejscu nic nie ma. To nie ma prawa boleć. Jesteś symulatorem. Wyjdź stąd”. Artur, który czuł realny ból, wyszedł z gabinetu z poczuciem, że jego problem nie jest realny.
Artur trafił później do innych lekarzy, którzy zdiagnozowali realny problem (przeciążeniowy, nie strukturalny). Anegdota pokazuje, że nawet najwyższy poziom medycyny sportowej w Polsce miał luki – a zawodnik bez wewnętrznej pewności i wsparcia mógłby się załamać po takiej diagnozie. Artur dał radę, ale powiedział mi, że pamięta to do dziś jako jeden z najtrudniejszych momentów kariery.
Artur powtarzał: dane środki treningowe stosujemy 6-8 maksymalnie 10 tygodni, a potem trzeba zmieniać. To jest „mądre poukładanie roku”, którego wielu zawodników – wyczynowców i amatorów – nie robi.
Artur opowiedział mi o znajomym amatora, który już w grudniu zrobił 10×1 km w prędkościach docelowych do dychy. Zapytał go: „A co będziesz robił w lutym, marcu, kwietniu?”. Powtarzanie tego samego treningu nie da takiego samego efektu po dłuższym czasie – organizm się adaptuje albo wypala. Trzeba mieć pomysł na cały cykl, a nie tylko na najbliższe dwa tygodnie.
Artur poradził mi (i moim słuchaczom) zmianę bodźców co 6-8 tygodni. Konkretnie: jeśli przez 8 tygodni robiłeś treningi tempowe na progu, w kolejnych 6-8 tygodniach przestaw się na krótkie szybkie odcinki (200-400 m). Potem znowu próg, ale w nowej formie (np. 2×4 km zamiast 4×2 km). Organizm potrzebuje wyzwania, żeby się rozwijać.
Artur powiedział mi, że tylko dwa razy w karierze zszedł z trasy podczas maratonu. Oba razy z dobrego powodu – zdrowie, kontuzja. Powiedział mi, że schodzenie z trasy nie jest porażką, jeśli jest racjonalne. Większą porażką jest skończenie biegu na siłę, kosztem zdrowia, które potem pęka miesiącami. Mądre zarządzanie swoim ciałem to dłuższa kariera. Artur dawał ten przykład wielu młodszych zawodników, którzy uważają, że muszą zawsze ukończyć każdy bieg.
Artur opowiedział mi o swoim starcie w Rio. Przygotowywał się długo, ale w samym biegu nie wszystko poszło po jego myśli – warunki w Rio były trudne (gorąco, wilgotno), a stawka była mocna. Powiedział mi, że i tak traktuje udział w igrzyskach jako wielkie spełnienie. Pochodził z mniej oczywistego środowiska niż wielu innych olimpijczyków, więc samo dotarcie tam było dla niego sukcesem ponad oczekiwaniami.
Artur opowiedział mi, jak budował swoją firmę równolegle do biegania. Powiedział mi, że nigdy nie czekał z planowaniem życia zawodowego – już w trakcie kariery zaczynał inwestować w wiedzę, kontakty, projekty biznesowe. Dzięki temu, gdy biegowa kariera zaczęła się wygaszać, Artur miał gotowy plan. To rzadkie u polskich zawodowych sportowców, którzy często schodzą ze szczytu z pustymi rękami.
Artur powiedział mi, że dziś ma zdrowy dystans do swoich biegowych wyników. Tak, jest olimpijczykiem. Tak, ma świetną życiówkę maratońską. Ale to są dane historyczne – nie definiują go dziś. Dziś jest mężem, ojcem, przedsiębiorcą. Bieganie jest dodatkiem, nie centrum. To filozofia, którą rzadko słyszy się od byłych olimpijczyków – większość żyje w cieniu swoich biegowych wyników jeszcze długo po zakończeniu kariery.
Artur zapowiedział mi, że planuje wrócić do biegania, ale w wolniejszym tempie. Cele: dla głowy, dla zdrowia, dla rodziny – nie dla wyników. Bieganie półamatorskie pozwoli mu cieszyć się sportem bez presji. Powiedział mi, że może spróbuje pobiec lokalną dychę, półmaraton – ale bez planu na rekordy życiowe, bez stresu, bez celebracji. Po prostu dla siebie.
Artur podzielił się ze mną też ogólnymi refleksjami o polskim sporcie długodystansowym. Powiedział mi, że największym problemem jest brak długoterminowego myślenia – zarówno na poziomie zawodników, jak i federacji. Wszyscy chcą wyników w 6 miesięcy, nikt nie myśli w skali 4-letnich cykli olimpijskich. Stąd biegacze często wypalają się przed czasem, a federacja nie ma spójnej strategii rozwoju młodzieżowców. Ten temat wracał u mnie w wielu rozmowach – również z Mikołajem Raczyńskim w odcinku 70.
Z rozmowy z Arturem wyniosłem trzy najmocniejsze lekcje. Pierwsza – zawodnik olimpijski może świadomie zbudować życie po sporcie. Mądre podejście do periodyzacji, równoległe inwestowanie w karierę zawodową, świadome wybieranie tego, na czym się skupia – to fundamenty, których brakuje wielu polskim amatorom. Druga – te same środki treningowe trzeba zmieniać co 6-8 tygodni. Trzecia – zdrowy dystans do wyników to podstawa długiego, satysfakcjonującego życia w sporcie i poza nim. Mimo poważnych tematów rozmowa toczyła się w lekkim, rodzinnym tonie. To dodało jej autentyczności – Artur opowiadał jak człowiek, nie jak ikona, i to było najcenniejsze.