Po co właściwie trenujesz? Mój gość, Thijs Nijhuis – duński olimpijczyk z Tokio, maratończyk z czasem 2:10:57 i były rekordzista Danii na 5 km – odpowiada filozofią, której uczy się sam na sobie i na swoich grupowych biegaczach. W tym odcinku rozmawiamy po angielsku o jego treningu z fartlekami w lesie bez zegarka, o pamiętnym maratonie ze świata w Doha w upale, o studiach medycznych prowadzonych równolegle z karierą sportową oraz o tym, dlaczego tempo na treningu jest mocno relatywne.
W 80. odcinku zaprosiłem do rozmowy – po angielsku – Thijsa Nijhuisa, 29-letniego duńskiego maratończyka mieszkającego w Aarhus, drugim co do wielkości mieście Danii. Thijs studiuje tam medycynę (oryginalnie pre-medicine w USA, dziś medycyna w Danii), a jego życiówki to: 1500 m – 3:43, 3 km – 7:58, 5 km – 13:43 (świeży były rekord Danii, dzień przed naszym nagraniem pobity przez Axela Vanga w Monako), 10 km – 28:38, półmaraton – 62:46 i maraton – 2:10:57 (kwalifikacja olimpijska na Tokio 2020). To był pierwszy zagraniczny gość mojego podcastu po Mike’u Vaubanie i Jake’u Smicie, więc tym bardziej się cieszyłem.
Gdy zapytałem Thijsa, z którego wyniku jest najbardziej dumny, odpowiedział mi bez wahania: maraton w Sewilli na 2:10:57. Powiedział mi, że to nie tylko liczba – to suma ciężkiej pracy, którą włożył w przygotowanie, oraz emocjonalny moment przekraczania mety w przedostatnich 30-40 sekundach z myślą „jadę na igrzyska”. Dania miała tylko trzy miejsca kwalifikacyjne, więc Thijs wiedział, że ten czas zamyka temat. Dodał z perspektywą, że choć rekord na 5 km właśnie mu zabrano, najsilniejsze emocje wciąż wiąże z tym maratonem – i z myślą, że nie ma znaczenia, czy bije rekord, czy nie, jeśli wynik dał mu coś, czego nikt mu nie odbierze.
Thijs opowiedział mi z mieszanymi uczuciami o swoim debiucie olimpijskim.
Igrzyska w Tokio bez kibiców, zamknięci w wiosce, bez możliwości wyjścia – Thijs powiedział mi, że „nawet kawiarni nie zobaczył”. Zażartował, że „był w kraju, w którym nie był”. Ten brak prawdziwego doświadczenia olimpijskiego dał mu jednak motywację, żeby walczyć o Paryż 2024 i przeżyć to z kibicami.
W samym maratonie Thijs zajął 69. miejsce w czasie 2:23:54 (po dyskwalifikacji jednego zawodnika za doping). Powiedział mi, że choć temperatura była „tylko” 28-29°C, wilgotność była zabójcza. W czerwcu 2021 zachorował i nigdy do końca nie odzyskał formy, a do tego pierwsze dwie butelki z napojem nie czekały na niego na trasie i musiał improwizować – skończyło się skurczami żołądka i odwodnieniem.
Thijs przyznał mi otwarcie, że gdyby to nie były igrzyska, na 10 km do mety zszedłby z trasy. Wszedł nawet pod namiot ekipy, ale wyszedł, bo nie chciał zawieść tych, którzy go wspierali przez całą karierę. Powiedział mi, że przebiegł ten ostatni odcinek „krok po kroku”, będąc na 100% pewnym, że jest ostatni (na szczęście – nie był). To, jak sam mi powiedział, „prawdopodobnie najtrudniejszy bieg życia, którego nie chcę powtarzać”.
Gdy zapytałem o przygotowania do Sewilli, Thijs poprowadził mnie krok po kroku przez cały blok.
Na miesiąc poleciał do Kenii. Powiedział mi o jednostce 15×1 km z chodzeniem 200 m między odcinkami na bieżni z dirtu w Tambach na 1900 m n.p.m., gdzie średnio biegł 2:59 – ostatnie odcinki były tak ciężkie, że cała bieżnia kibicowała mu. Inny trening: 20 km na asfalcie w naprzemiennych km – 3:05 / 3:35 (wszystko powyżej 2000 m), z średnim tempem 3:13/km. Ostatnia sesja w Kenii: 5+4+3+2+1 km z Philipem Pfliegerem (Niemcy), gdzie ostatni kilometr biegł w 2:54.
Trzy tygodnie przed Sewillą Thijs wrócił do Danii i z trenerem na rowerze zrobił 3×7 km na asfalcie: pierwsze 7 km po 3:06, drugie po 3:05, trzecie po 3:02. Trening dał mu pewność, że jest gotowy.
Tydzień przed Sewillą pobiegł półmaraton w Barcelonie jako 10 km mocno – 1 km trucht – 10 km mocno. Pierwsze 10 km po 3:06 (pacował duńskich kolegów), kilometr w 3:45 truchtem, ostatnie 10 km po 3:04-3:05. Zszedł z trasy 100 m przed metą (nie miał oficjalnego biegu) z czasem rzędu 1:05:50 – mimo truchtu w środku. Wiedział, że na 1:05:30 jest gotów.
W Sewilli z grupą 25 zawodników biegł na 2:11:30. Przebiegł półmetek w 1:05:23. Niestety na 27. km dopadły go problemy żołądkowe, musiał skorzystać z toalety na 28. km. Grupa nie zwolniła („to nie piłka, gdzie zatrzymują czas, gdy piłkarz upadnie”). Ostatnie 14 km biegł sam, czuł się fatalnie od 35. km, ale tracił tylko 1-2 sekundy na kilometr. Wykrochmalił się pod metą i pobiegł 2:10:57 – sub-2:11. Zapamiętał obraz swojego 62-letniego trenera ze sztucznymi biodrami, biegnącego do niego sprintem przez ogrodzony obszar elity.
Thijs przygotowywał się do Doha samotnie w Dubaju przez 7-8 dni. Trenował tylko raz dziennie, wieczorami około 19-20:00, gdy temperatura spadała do 35-38°C. Zwiększał ilość wody (cel: 1,1 litra/h), dosalał napoje. W samym wyścigu pobiegł negatywnym splitem – 1:10 + 1:08 – z 66. miejsca przesunął się na 31. miejsce. Powiedział mi: „nikt nie był zmuszany, żeby tam pobiec; jak ktoś nie chciał biegać w upale, mógł zostać w domu”. Trzy-cztery tygodnie po Doha czuł się świetnie – w 2:18 nie zaorał nóg tak, jakby zrobił to w mocnym chłodnym maratonie.
Thijs odniósł się do polskich półmaratońskich mistrzostw świata.
Podziękował Polsce za zorganizowanie tych mistrzostw w covidowych warunkach. Powiedział mi, że czuł się bezpiecznie przez cały pobyt.
Thijs nie ukrywał krytyki: trasa miała 2-3 ostre zakręty na każde 5 km, długi podbieg, ostry zbieg. Wszedł celując w sub-1:03, wyszedł z 1:04:10. Przez kilka dni był wściekły. Powiedział mi: „gdyby ten półmaraton był na płaskiej trasie w Polsce, wszyscy mogliby biec o minutę szybciej – Jake Smith pobiegłby 59:30, Kibiwott Kandie 56-coś”.
Mimo trudnej trasy poziom był kosmiczny. Krystian Zalewski pobił rekord Polski i wciąż był 31. Thijs przyznał, że poziom go zaszokował.
Najwięcej wartości dla mnie miała filozofia treningowa Thijsa.
Thijs pokazał mi przykład: jako 18-latek robił 8×1 km po 2:58-3:00. Jako 29-latek nadal robi 8×1 km po 2:58-3:00. Różnica – z 31 minut na 10 km zszedł na 28. „Trening nie jest po to, żeby cię zabić – jest po to, żeby cię budować”.
Powtarzał mi: „każdy potrafi trenować ciężko – sztuką jest regenerować i wchłaniać trening”. Thijs nigdy nie morduje się, biega głównie w tempach między półmaratonem a maratonem, na rozbieganiach prawie zawsze potrafi rozmawiać.
Kluczowe zdanie: „what is the purpose of this training today?”. Thijs zwrócił mi uwagę, że nie każdy dzień jest dniem, w którym trzeba się rozwalić. Trzeba czytać siebie i pytać o sens każdej sesji. Inaczej przygotowuje się 1500 m, inaczej maraton.
Thijsowi szczególnie zależało na opisaniu mi treningu, który robi co 2-3 tygodnie zimą.
Grupa 5-6 zawodników biegnie po lesie. Każdy ma 5 minut z przodu i wymyśla, jak długo pcha – minutę, dwie, trzy – nikt nie wie. Zasada: nie wolno wyprzedzić tego, kto jest z przodu.
Thijs wytłumaczył mi, że to mentalnie bardzo trudne – nie wiesz, czy ktoś przed tobą zaraz przyspieszy, czy nie. „Tak właśnie wygląda wyścig”. Ich grupa biega bez zegarków. Średnie tempo 50-minutowego fartleka u Thijsa – 3:52/km – brzmi wolno, ale było cięższe niż jego 10 km po 3:06 cztery dni wcześniej.
Thijs przekonywał mnie, że tempo zależy od warunków – inne na asfalcie przy 20°C, inne w lesie z 400 m przewyższenia, śliskim podłożem i deszczem. Trzeba w to zainwestować mentalnie.
Thijs studiował w latach 2011-2014 w Eastern Kentucky University.
Powiedział mi, że klimat treningowy w USA był nie do porównania z Danią – cross country jako zawody drużynowe, 15-20 chłopaków biegnących codziennie razem pod jednym trenerem, fizjoterapia za darmo siedem dni w tygodniu od 7 do 19. Po pobycie w Danii, gdzie cała kadra młodzieżowa nie miała 15 osób, to było objawienie.
W USA poznał też swoją żonę – Norweżkę z duńskimi korzeniami. Powiedział mi z humorem, że pobrali się rok temu, a ona była z nim na maratonie w Nowym Jorku, bo organizatorzy „specjalnie sprowadzili” ją na ten weekend.
W USA Thijs zrobił bachelor w pre-medicine. W Danii medycynę zaczyna się od razu po szkole średniej, w USA musisz najpierw zrobić bachelor i dopiero potem applikujesz na medical school. Powiedział mi, że choć żaden z amerykańskich kredytów nie został zaliczony do studiów w Danii, to nie był stracony czas – nauczył się anatomii, fizjologii i tego, czy chce w ogóle studiować medycynę.
Thijs trenuje z tym samym trenerem od 2014 roku (wcześniej miał trenera od 13. roku życia).
Obecny trener Thijsa biegał w latach 80. 1500 m w finale ME przeciw Cramowi i Ovettowi, sam miał 3:36 na 1500 i 13:34 na 5 km. „Wciąż szybszy ode mnie na piątce, co mnie lekko irytuje” – żartował Thijs.
Thijs zwrócił mi uwagę, że jego trener nie jest „trainerem”, który mówi mu, co ma robić, lecz „coachem”, który zawsze pyta: „co o tym myślisz, czy chcesz coś zmienić, czy mamy o czymś porozmawiać?”. Plan jest tentatywny – w trakcie cyklu wszystko może się zmienić.
Niezwykła rzecz, którą zauważyłem na Sweat Elite: trener Thijsa nie precyzuje przerw. Mówi: „może staniesz minutę, może truchtem 1 minutę, może 1,5 minuty – zobacz, co działa”. Jeśli chodzenie zamiast truchtu pomaga zrobić następny kilometr lepiej, to wybieraj chodzenie.
Thijs zapowiedział mi: półmaraton w Las Vegas 27 lutego, potem maraton w Rotterdamie 10 kwietnia, mistrzostwa świata w Eugene w lipcu, ewentualnie ME w Monachium. Cel długoterminowy – Paryż 2024.
Na końcu rozmowy odniosłem się do artykułu Bieganiepal, w którym napisano, że Thijs jest najszybszym studentem medycyny na świecie. Thijs przyznał, że jeden Amerykanin Martin może być od niego szybszy (28:10 i 2:09 w maratonie). Zaproponowaliśmy zorganizowanie wyścigu studentów medycyny. Thijs ma na uczelni w Aarhus zniżkę – semestry przedłużone z pół roku do roku, więc magisterka zajmie mu 5,5 roku zamiast 3.
Z rozmowy z Thijsem wyniosłem perspektywę, której w Polsce brakuje – cierpliwą, oparta na fartlekach bez zegarka, łączącą sport ze studiami medycznymi i życiem rodzinnym. To rozmowa o tym, że można biegać 2:10 maraton bez katowania się i że tempo na treningu jest relatywne. Polski słuchacz może wyciągnąć z niej dużo o mindsecie długoterminowym.