„Ciężka praca jest najważniejsza!” – Wojciech Serkowski, biegacz z życiówką 30:24 na 10 000 metrów (debiut na tym dystansie!), nauczyciel WF-u i jeden z najbardziej charakterystycznych zawodników z Trójmiasta, dobrze wie, jak twardą walutą jest konsekwencja w treningu. W tym odcinku Wojtek opowiada o swoim biegu na mistrzostwach Polski, gdzie ostatnie 50 metrów „płynął kraulem przed kratami”, o pierwszym spotkaniu z Florianem na City Trail w Gdańsku w 2019 roku oraz o tym, jak po przerwie spowodowanej kontuzją wraca do pełnej formy.
W 89. odcinku Świata Okiem Biegacza moim gościem był Wojtek Serkowski – mój dobry kolega, świetny biegacz z życiówką 30:24 na 10 000 m osiągniętą w jego pierwszym w życiu starcie na tym dystansie, nauczyciel WF-u, trener przygotowania motorycznego w Akademii Piłkarskiej, biegacz GKS Żukowo i Kartuzy. To była pierwsza rozmowa nagrana w Gdyni w nowym mieszkaniu, do której zaprosiłem go zaraz po podpisaniu sponsoringu z firmą Triggar – największym autoryzowanym sprzedawcą Garmin, TAGS i Shox w Polsce. Z Wojtkiem znamy się od pierwszego City Trail w Gdańsku w październiku 2019, gdzie wygrałem o włos przed nim. Z rozmowy wyniosłem obraz człowieka, który połączył dziennikarstwo, AWF i zarządzanie – i z tego mixu wyciska maksimum dla swoich biegaczy i piłkarzy.
Wojtek opowiedział mi, że dyszka miała być starczykiem do głównego startu sezonu na 5000 m. Trening 4 dni przed Mistrzostwami Polski na 10 000 m powinien być formalnością na podtrzymanie – 8 km drugiego zakresu i kilka 400-metrowych odcinków. Tymczasem na ósemce umarł, czuł się jak na zawodach przy znacznie wolniejszych prędkościach. Zadzwonił do trenera Krzysia Króla, który był wtedy poza Kartuzami, i ten skrócił mu kolejne odcinki. Cztery dni napięcia, wątpliwości – a potem pozytywne nastawienie z soboty całkowicie uleciało. Na start dyszki Wojtek wstawał z wielką obawą.
Gdy przyszedł moment startu, Wojtek założył pierwsze 5 km po 3:04-3:05 na kilometr, a pobiegł po 3:03. Drugą piątkę przyspieszył – ale przez prawie 8 km biegł sam, bo grupa poszła znacznie szybciej i odjechała. Nie zaryzykował zejścia poniżej 3 minut na kilometr, bo – jak mi wytłumaczył – zawsze woli łyżeczką niż chochlą. Mógłby wytrzymać pierwszą piątkę po 15:00 minut, ale w drugiej połowie odcięłoby go to tak, że nie dobiegł by do mety. Tak skończył 30:24 – rekord życiowy w debiucie na dystansie. Powiedział mi, że jak zdrowie pozwoli, kolejny start to ma być 29 z przodu.
Gdy zapytałem o treningi, które utwierdzały go w gotowości, wymienił sesję 30×300 metrów. Średnio na kilometr 2:42, podzielone na 3×10 odcinków, zaczynał 49 z haczykiem, kończył 47 i 2/10 sekundy w trzeciej dziesiątce w kolcach. Po dwóch seriach mleczany na poziomie 5 mmol, po trzeciej 8-9 mmol. Wojtek powiedział mi, że ten trening dał mu mentalny boost – zrobił 9 km w tempie bliższym 1500 m niż dyszki. Drugi mocny sygnał: bieg ciągły 3:23 na kilometr przy zaledwie 1.6 mmol mleczanu, dwa-trzy tygodnie przed startem. Wtedy wiedział, że dystans 10 km po 3:00 to jest do zrobienia.
Wojtek opowiedział mi, że trenuje u Krzysztofa Króla, młodszego z dwóch trenerów o tym nazwisku. Krzysiu jest trenerem kadry narodowej i prowadzi grupę średniaków, w której biegają Kacper Lewalski i Krzysiu Różnicki – imiennik trenera. Wojtek trafił do niego dziesięć lat temu, mając 16 lat i grę w piłkę za sobą. Po wygraniu Żukowskich Biegów Przełajowych w swojej kategorii speaker po prostu zapytał go, czy chciałby trenować, i wskazał Króla na trybunie. Tak Wojtek wszedł w bieganie. Mówi, że Króla najbardziej imponowało mu to, że w lipcu, gdy inni byli na roztrenowaniu, trener osobiście umawiał się i robił treningi tylko z nim – z chłopakiem, który skończył 21 w województwie. Tego zaangażowania nie wypadało nie odwzajemnić.
Wojtek opowiedział mi też najważniejszy moment swojej kariery: brąz Młodzieżowych Mistrzostw Polski w przełajach w Kartuzach w listopadzie 2019. Trasa biegła 5 km od jego domu, miał ostatnie miesiące młodzieżowca i wcześniej dopadła go choroba. Mimo to grupa czterech zawodników walczących o brąz schodziła razem, Wojtek prowadził od połowy dystansu z chłodną głową, trener krzyczał luźno, luźno, jeszcze trzymaj. Na 1500 metrów do mety na poleceniu Króla zmienił rytm na stromym 150-metrowym podbiegu, dał 5-6 metrów przewagi i już się nie obejrzał. To jego jedyny indywidualny medal Mistrzostw Polski – i jak mi powiedział, dla kogoś innego mógłby być jednym z wielu, ale dla niego było to spełnienie marzeń.
Drugą historią, którą Wojtek opisał, był start na Mistrzostwach Polski w Przełajach Seniorów w Kwidzynie. Trener kazał mu startować spokojnie z grupy 10-12. Wojtek przesuwał się aż do ostatniej pętli, gdy znalazł się 6-8. miejscu. Pojawiła się głupia myśl – a śmiesznie by było jakbym puścił nogi i był pierwszy. Zanim zdążył pomyśleć ją do końca, już biegł pierwszy, na podbiegu wyprzedził Marcina Lewandowskiego i 500 metrów do mety prowadził Mistrzostwa Polski Seniorów. Trener po przeciwnej stronie krzyknął tylko co on robi. Marcin Lewandowski i Patryk Kozłowski wyprzedzili go dopiero na przedostatniej prostej, a kolejne 50 metrów Wojtek pływał kraulem przed kratami i ostatecznie spadł na 5 miejsce. Po biegu po raz pierwszy w karierze sam siebie usłyszał klnącego na głos.
Gdy poprosiłem Wojtka o ocenę swojego talentu w skali 1-10, odpowiedział z charakterystyczną dla siebie skromnością. Jeśli 1 to ktoś bez żadnego talentu, a 10 to Krzysiu Różnicki, którego talent ocenia ogromnie wysoko, to sam plasuje się na 6 lub 6.5. Z perspektywy całej populacji to wysoko, z perspektywy ludzi biegających już niżej. Ciężka praca jest dla niego naturalnym przedłużeniem – bieganie sprawia mu frajdę, więc nie ma poczucia, że zmusza się do pracy. Powiedział mi, że największą frajdę daje mu obserwowanie, że każda decyzja – ile się wyśpisz, co zjesz, jak ułożysz dzień – ma wpływ na to, co dzieje się w tabelce.
Wojtek pracuje też w akademii piłkarskiej jako trener przygotowania motorycznego dzieciaków od 7 do 13 roku życia. Wytłumaczył mi, że na początku miał z tym duży problem, bo myślał, że 10-latki utrzymają uwagę przy powtarzalnych ćwiczeniach. Musiał to mocno zrewidować – na początku 80 procent treningu to zabawa, później procent maleje. Skupia się na wzorcach ruchu – przysiad, wykrok, koordynacja, hamowanie, zmiana kierunku, czas reakcji. Po trzech latach widzi w niektórych grupach skok takiej skali, że niektórzy 12-latkowie spokojnie rywalizowali by na lekkoatletycznych Mistrzostwach Województwa.
Wojtek zaskoczył mnie, gdy wyznał, że skończył trzy kierunki – dziennikarstwo, zarządzanie i AWF, a teraz robi jeszcze podyplomówkę. Studiował to równolegle, bo dziennikarstwo i zarządzanie nie pochłaniały całego dnia. AWF okazał się być warty z dwóch powodów: po pierwsze umożliwił mu pracę nauczyciela WF-u, co daje czas na bieganie, po drugie dał podstawy fizjologii, anatomii i biochemii, które wskazują, gdzie szukać pogłębionej wiedzy. Wojtek pracował też przez chwilę w prasie, ale szybko odszedł. Dziennikarstwo nie wyszło, AWF – tak.
Najwięcej miejsca w rozmowie poświęciliśmy Krzysiowi Różnickiemu, klubowemu koledze Wojtka. W kontekście Igrzysk Tokio 2021 wiele osób pytało, dlaczego trener Krzysztof Król nie pozwolił mu pojechać na te igrzyska. Wojtek wyjaśnił mi, że to była wspólna decyzja, słuszna – po Mistrzostwach Europy Juniorów Krzysiu już miał problemy z achillesem, na samych igrzyskach nie biegał nawet truchtu. Krzysiu zrobił 1:44 z haczykiem na 800 m, rekord Polski Juniorów i drugi wynik w Europie. Wojtek opowiedział mi anegdotę o tym, jak prowadził Krzysiowi sprawdzian na 600 metrów – musiał ustąpić koło 280 metra do mety, bo Krzysiu chciał szybciej. Wtedy pół żartem powiedział mu zabukuj mi miejsce w Paryżu – i dwa miesiące później ta propozycja stała się bardzo realna. Trzymają teraz kciuki za to, żeby Krzysiu, który jest po operacji, wrócił do pełnej formy.
Na koniec wróciliśmy do naszej znajomości. Pamiętam pierwszy City Trail w Gdańsku w październiku 2019 – wygrałem wtedy, Wojtek był drugi. Miał wtedy jakieś problemy oddechowe, nie był w pełni dyspozycji. Powiedział mi, że był wtedy bardzo niezadowolony i zniesmaczony, bo przegrał z gościem przyjezdnym z Warszawy, którego wcześniej nie znał. W tym roku Wojtek wygrał Gdyński City Trail i pobił rekord trasy, ale Gdański rekord wciąż czeka. Po wizycie u ortopedy w dniu nagrania zapowiedział, że jeśli zdrowie pozwoli, w jesiennym i zimowym sezonie pościgamy się jeszcze raz.