Tomasz Osmulski – dwukrotny zwycięzca Wings for Life World Run i niegdyś świetny średniodystansowiec z życiówką 3:39 na 1500 m – przekonuje, że najlepszą inwestycją w sportowca jest podjęcie ryzyka w okresie szkoły średniej i studiów. W tym odcinku Tomek opowiada o swojej tegorocznej wygranej w Chorwacji, gdzie przebiegł 57 kilometrów mimo gradu, wiatru i niemal udaru słonecznego, o łódzkiej szkole biegania spod znaku trenera Stanisława Jadczaka oraz o tym, jak po czterdziestce dalej można biegać półmaratony 1:10.
W 87. odcinku Świata Okiem Biegacza moim gościem był Tomek Osmulski – łódzki średniodystansowiec z życiówką 3:39 na 1500 metrów, który po 26 latach biegowej kariery najszerszą rozpoznawalność zyskał dzięki dwóm zwycięstwom w Wings for Life World Run, najpierw w Poznaniu w 2019 roku, a kilka tygodni przed naszą rozmową w chorwackim Zadarze. Tomkowi w marcu stuknęła czterdziestka, a mimo to wciąż w tym samym sezonie biegał półmaratony w okolicach 1:10. Jak sam mi powiedział, najbardziej z całego dorobku ceni sobie ten brązowy medal Mistrzostw Polski na 1500 metrów z 2013 roku – bo wynik, który tam osiągnął, jest najlepszym w jego karierze i o ułamek sekundy uciekło mu wyprzedzenie Marcina Lewandowskiego.
Tomek opowiedział mi, że tegoroczny start w Wings for Life potraktował przy okazji wakacji w Chorwacji – i wygrał z wynikiem 57 kilometrów, czyli o dwa kilometry lepszym niż w Poznaniu w 2019. Bieg nie był łatwy: pierwsze 30 km biegł w prawie 30-stopniowym upale, dostał czegoś, co opisał słowem udar słoneczny, i już chciał zejść z trasy. Po 30. kilometrze nadeszło gwałtowne załamanie pogody – grad, wiatr, deszcz – co paradoksalnie go uratowało, schłodziło i pozwoliło wrócić do żywych. Przed metą walczył jeszcze ze skurczami spowodowanymi z kolei nagłym ochłodzeniem mięśni. Dwa tygodnie wcześniej poleciał, żeby się zaadaptować do upału.
Gdy zapytałem Tomka o najcenniejszy medal w karierze, odpowiedział, że to brąz Halowych Mistrzostw Polski w Łodzi w 2013 roku na 1500 m. Wygrał wtedy Krzysiek Żebrowski 3:38:94, drugi był Marcin Lewandowski, a trzeci o niespełna pół sekundy Tomek – 3:39 z ułamkiem. Tomek opowiedział mi, że na sto metrów do mety był przed Marcinem i przez moment myślał, że go ma. Marcin na ostatnich 70 metrach włączył wyższy bieg i zostawił go o pół sekundy. Drugi najważniejszy medal to złoto Mistrzostw Polski w biegu przełajowym w Iławie w 2015 – tytuł mistrza Polski był jego marzeniem od początku kariery.
Kluczową postacią w karierze Tomka jest trener Stanisław Jadczak. Tomek opowiedział mi, że Jadczak przyjechał kiedyś do jego rodziców jeszcze gdy był juniorem i powiedział, że chce go trenować, ale Tomek wtedy odmówił – krążyła plotka, że Jadczak jest brutalnym trenerem. Dopiero w 2007 roku, na pierwszym obozie kadry województwa, dostał od Jadczaka 25 kilometrów wybiegania, choć dotychczas najdłuższy bieg trwał u niego 15 minut. Po treningu trzy dni nie mógł chodzić, ale miesiąc później zdobył pierwszy medal halowych Mistrzostw Polski w Spale. Tak zaczęła się ich współpraca.
W 2009 roku, w drodze do pierwszego życiowego szczytu formy, Tomek dostał ITBS – zespół pasma biodrowo-piszczelowego. Chodził od lekarza do lekarza, miał artroskopię kolana, wstrzykiwania, nic nie pomagało. Wyleciał na cały rok i klub – ŁKS Łódź – wysłał mu kartkę z zaproszeniem do powrotu do treningu, bo myśleli, że już zakończył karierę. Ta kartka stała się dla niego paradoksalnym impulsem – cztery lata później, w 2013, przyszła seria spektakularnych medali, w tym wspomniany brąz na 1500 m i medal na przełajach pokonując utytułowanego Bartosza Nowickiego.
Gdy zauważyłem, że Łódź wydaje niezwykle dużo zawodników na 800 metrów – Adam Kszczot, Mateusz Borkowski, Artur Kucapski, Kuba Augustyniak, Filip Ostrowski – Tomek wytłumaczył mi, że to zasługa Jadczaka i jego nosa do zawodników. Trener widzi w młodych ludziach to, czego inni nie dostrzegają. Tomek wspomniał też, że miał osobisty wkład w karierę Artura Kucapskiego – zatrzymał go przed zakończeniem kariery, mówiąc, żeby się nie poddawał, i dziś Kucapski ma brązowy medal Mistrzostw Europy. Mateusz Borkowski przed Mistrzostwami Polski w USA biegał już 1:45 i Tomek wierzył, że zdobędzie medal.
Gdy zapytałem Tomka, dlaczego Polacy mocni są na 800 i 1500, a słabsi na 5000 i 10000 metrów, odpowiedział, że nie chce wrzucać kamyczka do PZLA, bo sam jest instruktorem lekkoatletyki, ale uważa, że szkolenie centralne potrzebuje gruntownej zmiany myślenia. Wskazał na Japończyków łamiących 2:10 na maratonie i Brytyjczyków, dla których 15 minut na 5 km jest niczym – a u nas garstka biegaczy schodzi pod 14 minut. Sam dorzucił, że czas, w którym zawodowcy bieżni wybierają zamiast Mistrzostw Polski Wiednia czy biegu ulicznego, mówi sam za siebie – lekka atletyka stadionowa straciła atrakcyjność.
Gdy poprosiłem Tomka o opis aktualnego treningu, odpowiedział, że pod Wings for Life szykował się trochę pod maraton – większy kilometraż, ale ograniczony jego pracą etatową. W szczycie robi 110-125 km tygodniowo, daleko od tego, co biegają zawodowi maratończycy z 180-200 km. Pięć-sześć razy w tygodniu trening, dużo wybiegania, większość pod budowanie bazy tlenowej. Przez ostatnie pięć lat nie był na żadnym typowym obozie biegowym i przyznał mi, że dziś jego trening to głównie procentowanie poprzedniej dekady profesjonalnego treningu plus zegar biologiczny, który po prostu wytrzymuje.
Najbliższy duży cel Tomka to debiut w klasycznym maratonie w Warszawie jesienią. W Wings for Life biegł kiedyś po drodze maraton z czasem 2:34, więc spokojnie zakłada 2:25, jeśli przygotowanie pójdzie dobrze. W tym roku już zaliczył dwa półmaratony 1:10, co sam ocenił jako wynik dający duży komfort psychiczny. Zarzeka się, że to ma być jeden maraton, ale śmieje się też, że wielu znajomych w identyczny sposób mówiło tylko jeden i potem wracali, bo zawsze pojawia się niedosyt po samym pierwszym starcie.
Tomek opowiedział mi, że Wings for Life dla zwycięzców pokrywa przelot na dowolny inny start tej samej imprezy na świecie. Po Poznaniu 2019 chciał polecieć do Australii, ale przyszła pandemia i wszystko zamknęli. W tym roku planował Japonię, ale w marcu odwołali międzynarodowe imprezy. Wybrał Chorwację jako bezpieczny wariant europejski, ale w przyszłym roku chce spróbować jeszcze raz Australii albo Stanów Zjednoczonych – kojarzył, że Darek Kraśnicki startował kiedyś w Miami. Australia pozostała w głowie jako numer jeden.
Najmocniejszą lekcję z rozmowy Tomek streścił w jednym zdaniu, które padło na początku: w najtrudniejszym okresie, jakim jest szkoła średnia i studia, młody zawodnik powinien zaryzykować i spróbować poważnego treningu, bo później przyjdą zupełnie inne priorytety życiowe i będzie tylko narzekał, że się nie odważył. Sam Tomek z perspektywy 40 lat zastanawia się, czy powinien był wcześniej zmienić trenera i pójść w pełni profesjonalną drogą. Z drugiej strony przyznał mi, że dzięki łagodniejszemu startowi – 13 lat ogólnorozwojówki w ŁKS – jest dziś zdrowy, biega 1:10 na półmaratonie i koledzy z roku z brzuszkami zazdroszczą mu wydolności.
Na koniec pożartowaliśmy chwilę o triathlonie. Tomek przyznał mi, że gdzieś w głowie chodziła mu chęć spróbowania, ale na pływalni umie tylko żabką, a w kraulu nie potrafi opanować rytmu oddechu – wstrzymuje powietrze i nie umie wydychać na dwa-trzy ruchy. Po tym, jak opowiedziałem mu, że dzień wcześniej przejechałem 120 km w trójmiejskim peletonie, stwierdził, że pozostanie przy bieganiu. Zachowuje jednak ambicję: jak za coś się zabiera, to na sto procent. To kolejny powód, dla którego Wings for Life pasuje mu lepiej niż klasyczne biegi ultra w górach – bo, jak sam ujął, wie, że zniszczyłby się próbując robić takie biegi profesjonalnie.