„Stać mnie na bieganie 2:12 w maratonie!” – Krzysztof Żygenda, 25-letni biegacz z Gdyni z życiówką 30:37 na 10 000 metrów, projektant szpitali i laboratoriów oraz trener Adidas Runners Tri-City, ma głęboko ukrytą ambicję. W tym odcinku Krzysiek opowiada o swojej nietypowej drodze: 6 lat pływania jako dzieciak, 3 lata żeglarstwa w klasie 420, dopiero w wieku 19 lat zaczął biegać. Rozmawiamy o budowaniu społeczności biegowej w Gdyni, o tym, dlaczego trudniej, niż myślałem, oraz o roli partnerek-niesportowców w życiu zawodników.
W 91. odcinku Świata Okiem Biegacza moim gościem był Krzysiek Żygenda, 25-letni gdyński biegacz z życiówką 30:37 na 10 000 metrów, projektant szpitali i laboratoriów medycznych z firmy Plus Med oraz mój współtrener w społeczności Adidas Runners Tri-City, którą wspólnie prowadzimy od maja 2022 roku. Spotkaliśmy się w Gdyni twarzą w twarz, choć Krzysiek od początku rzucił żartem, że oskarża mnie o przygotowywanie pytań i odpowiedzi z góry – zdementowałem. Z rozmowy wyniosłem przede wszystkim portret biegacza nieoczywistego, który zaczął biegać dopiero w wieku 19 lat, ma absolutnie systematyczny tryb pracy zawodowej, biegowej i społecznej, ale o swoim potencjale mówi tak konkretnie, że trudno wątpić w 2:12 w maratonie za kilka lat.
Krzysiek opowiedział mi swoją drogę. Od 7 do 13 roku życia trenował pływanie – dwa razy dziennie po półtorej godziny – co dla 12-letniego dziecka oznaczało życie stricte sportowe. Stwierdził, że nie wystarcza mu, więc na trzy lata przeszedł na żeglarstwo w klasie 420 (przedolimpijskiej, dwuosobowej), gdzie był załogantem zwisającym za łódką na trapezie. Po rozejściu się ze sternikiem chodził chwilę na siłownię, próbował przytyć (przy 178 cm wzrostu ważył 55 kg). Bieganie zaczęło się dopiero w klasie maturalnej w wieku 19 lat, dzięki rodzicom, których pamiętnie pozdrowił – tata Robert wyciągnął go z domu, a w pierwszym dniu Krzysiek co kilometr zatrzymywał się i robił 10 pompek, żeby nie stracić mięśni przed planowaną karierą kulturystyczną.
Krzysiek opowiedział mi szczegóły swojej progresji. W listopadzie 2019 na Biegu Niepodległości w Gdańsku pobiegł 43:10 na dyche. Rok później na tej samej imprezie miał 34:23 – skok 9 minut w jednym roku. Przez kolejne 3-4 lata zdjął już tylko 4 minuty – życiówkę 30:37 zrobił w 2022 roku. Zauważył, że ja na tym samym Biegu Niepodległości w 2019 byłem cztery sekundy za nim – on 32:59, ja 33:03 z Olą Brzezińską. Sam przyznał, że jeśli kiedyś zdejmie obciążenia zawodowe, zejdzie poniżej 29:30, ale póki pracuje na pełnym etacie, ten czas jest jego sufitem aktualnym.
Gdy zapytałem o pierwszych trenerów, Krzysiek z czułością wspominał trenerkę Renatę Walendziak z klubu Zorza Gdynia, do której trafił dzięki Magdzie Diaz. Trening polegał na ogólnorozwoju – tor przeszkód na hali, turlanie się po materacach, przeskakiwanie nad podkładkami. Brzmiało to jak zabawa, ale dało mu sprawność, która do teraz procentuje. W tygodniu były trzy akcenty – drugi zakres, tempo (15×400 albo 10×200) i podbiegi – ale poza tym trening był chaotyczny: jednego dnia 10 km, kolejnego 20 km. Tygodniowy kilometraż wahał się między 50 a 110 km.
Krzysiek opowiedział mi też, że obecnym trenerem jest Krzysztof Król – ten sam, który prowadzi Wojtka Serkowskiego i Krzysia Różnickiego z Kartuz. Tak się składa, że jeden z najlepszych klubów w regionie nie jest ani w Gdańsku, ani w Gdyni, ani w Sopocie, tylko właśnie w Kartuzach. Gdynia, jak dorzucił żartobliwie, jest największym polskim miastem bez stadionu lekkoatletycznego. Krzysiek zaznaczył, że pomimo tego trenuje typową polską szkołą biegową, która ma swoich fanów i przeciwników – jego nie obchodzi spór, bo metoda działa.
Krzysiek opisał mi swój tydzień: poniedziałek – siła biegowa (13 podbiegów po 200 m na 90-95 procentach), wtorek – dłuższy zakres 12-14 km, środa – tempo (np. 2x12x400 m na przerwie 200 m), czwartek – wybieganie, piątek – znowu podbiegi, sobota – tempo (najmocniejsza jednostka tygodnia), niedziela – drugie wybieganie. Pod półmaraton biega 14 km drugiego zakresu w tempie 3:35-3:30, a niekiedy 20 km z narastającą prędkością – kończy w tempie 3:30, średnia całego dystansu 3:48. Najmocniejszym treningiem ostatnich tygodni było 5×2 km plus 2×1 km – dwójki po 3:08-3:07, kilometrówki w 2:59 i 2:55. Tydzień później pobiegł na tych prędkościach dychę.
Na pytanie o kontuzje, Krzysiek opowiedział mi, że na początku 2022 roku miał trzy miesiące przerwy z powodu zablokowanego kolana – okazało się, że jego ścięgna były niewystarczająco mocne. Firma Plus Med, w której pracuje, mocno go w tej sytuacji wsparła. Szef polecił mu Kubę Surmacza z Lublina i pozwolił jeździć do Lublina w trakcie pracy. Kuba dał mu wybór: szybkie rozluźnienie pasma biodrowo-piszczelowego (droga na skróty) albo wzmocnienie ścięgien przez ćwiczenia mobilizacyjne (droga długa, ale trwała). Wybrali drugą – i Krzysiek od tamtego czasu biega bez urazów.
Gdy zapytałem o słabe strony jego treningu, Krzysiek wskazał trzy rzeczy: siłownia, skipy i dieta. Siłownia jest dla niego kompletnym czarnym lądem – jak wchodzi, bierze 10-kilogramową sztangę i nawet jej nie obciąża, bo wie, że się zajedzie. Skip C i D to dla niego abstrakcja – umie tylko skip A. Polecił mi za to wizytę u Kuby Gduli z BodyWork w Poznaniu, do którego sam się wybierał, oraz badania wydolnościowe u Marcina Kenze. Z dietą walczy z naturalnymi tendencjami anemicznymi po babci – musi jeść mięso 2-3 razy w tygodniu, choć ideologicznie wolałby z niego zrezygnować, bo dwa miesiące przed naszą rozmową był już w stanie przedanemicznym.
Krzysiek śmieszne wytłumaczył mi, że nadal nie skończył pracy magisterskiej z mechaniki i budowy maszyn na temat: Analiza spawalności stali przy wykorzystaniu metody redukcji wymiarów. Aktualnie składa pismo o przełożenie terminu, ale w 2022 roku planuje finalnie się obronić. Jego praca w Plus Med to 8-16, czasem nadgodziny. Po pracy wraca do domu, je obiad przygotowany w pudełku, a treningi zaczyna około 19:00 – co latem oznacza często bieganie po ciemku. Przeprowadzka do nowego mieszkania pomogła w tym, żeby przygotowywać posiłki z wyprzedzeniem.
Gdy zapytałem Krzyśka, co go najbardziej zaskoczyło w naszym wspólnym projekcie, odpowiedział: ludzie tworzą prawdziwą więź. Jeszcze pół roku wcześniej, gdy zadzwoniłem do niego w lutym, ta propozycja była dla niego niespodzianką i sygnałem, że ktoś wierzy w jego umiejętności trenerskie – jego warsztat dopiero raczkuje. Wspólnie przyznaliśmy, że budowanie społeczności biegowej jest dużo trudniejsze niż się wydawało, nawet z patronatem globalnej marki. Krzysiek dorzucił, że Weronika – trzecia trenerka – reprezentuje żeńską stronę zespołu z empatią, jakiej my jako prości faceci nie zawsze potrafimy zaoferować.
Na pytanie o przyszłość Krzysiek bez wahania odpowiedział: 2:12 w maratonie za 3-4 lata. Wytłumaczył mi to logicznie – jeśli już teraz biega półmaraton w okolicach 1:07, większy kilometraż i doświadczenie pozwolą na ten próg w pełnym dystansie. Jego biegowymi inspiracjami są lokalni koledzy z grupy na Messengerze – Bartek Wyborowicz, Daniel Kryzel, Kamil Jeremicz, Kacper Kąkol, Marcin Biskup, Mateusz Kaczmarek, Mikołaj Czerwąg, Olek Wiązk, Szymon Gumkowski, Szymon Skalski – oraz światowo Stewart McSweyn z Australii i nikiel z Nowej Zelandii. Najmocniejszym konkurentem ze starszej kategorii jest dla niego Grzegorz Kujawski, ponad 40-letni gdyński maratończyk z 2:22, który tydzień przed naszą rozmową pobił rekord Polski Masters na 3000 m czasem 8:42. Na koniec Krzysiek pochwalił się też wygranym tego dnia półmaratonem oraz tym, że po zwycięstwie biegał jeszcze 7 razy na pachołek – taka tradycja w grupie. Następny odcinek z nim ma być patolivem o tym, jak łączyć alkohol z bieganiem – ja czekam na legendarną historię z czapką, którą obiecał opowiedzieć.