„Bieganie zmieniło moje życie!” – Marcin Kęsy, dawniej grający w piłkę nożną i siatkówkę w klubach z Bełchatowa, ważył 103 kilo i był w pełni dorosłym, zapracowanym mężczyzną, kiedy podjął decyzję, by zacząć biegać. Dziś jest 40 kilo lżej, a aspiracje ma niemal zawodowe. W tym odcinku Marcin opowiada o znajomości z Florianem zaiskrzonej na Teneryfie, o tym, czego nauczył się obserwując treningi Bartka Przedwojewskiego i Kamila Leśniaka, oraz o sile cierpliwości w ciągłym biegu po 4 minuty na kilometr przy tętnie 160.
W 93. odcinku Świata Okiem Biegacza moim gościem był Marcin Kęsy, biegacz amator z Poznania, były piłkarz GKS Bełchatów, dziś trener prowadzący własną firmę Mistrzowski Trening i przewodnik niewidomego paralekkoatlety Michała na trasie 1500 metrów. Z Marcinem widzieliśmy się w życiu raptem dwa razy – raz na Teneryfie podczas obozu z Bartkiem Przedwojewskim i Kamilem Leśniakiem oraz drugi raz, gdy robiłem u niego badania wydolnościowe w Poznaniu – mimo to czuję, że poznaliśmy się dobrze. Z naszej rozmowy wyniosłem opowieść o człowieku, który ważył 103 kilo, dziś biega 2:28 w maratonie i prowadzi w Poznaniu unikalny model trenerski razem z olimpijczykiem Łukaszem Nowakiem.
Marcin opowiedział mi, że jako młody chłopak grał w piłkę nożną w GKS Bełchatów razem z bratem, później ze względu na słabe wyniki w nauce wycofał się z piłki i zahaczył o siatkówkę w Skrze Bełchatów – choć przy 1,85 m wzrostu nadawał się tylko na libero. W dorosłym życiu przytył 40 kilogramów, dochodząc do 103 kg. W 2012 roku podjął decyzję, że zaczyna biegać i jego pierwszym dystansem na zawodach był maraton w Poznaniu, który ukończył w 4 godziny 8 minut, ważąc wtedy 89 kilogramów. Pamięta, jak na linii startu pewien starszy pan z Poznańskiej Malty, którego do dziś tam spotyka, zapytał go, czy biegnie pierwszy raz – i powiedział, że jak ten maraton przebiegnie, życie mu się zmieni. Marcin przyznał mi, że dokładnie tak się stało.
W kolejnych latach Marcin pracował z trzema trenerami i z każdym czegoś się nauczył. Pierwszy był Łukasz Kalaszczyński – dziś czołowy polski triathlonista, kiedyś średniodystansowiec – z którym Marcin osiągnął swoje pierwsze poważne życiówki. Drugim był jego przyjaciel z dzieciństwa Tomek Papuga, znany w lekkiej atletyce; ich współpraca skończyła się, bo trudno trenować z przyjacielem – obie strony za dużo sobie pozwalają. Trzecim był Bartek Nowicki, który doprowadził Marcina do najlepszego maratonu 2:28 (lub 2:22, Marcin nie pamiętał dokładnie), ale skończył współpracę, bo poszedł do Szkoły Oficerskiej w wojsku. Obecnie Marcin trenuje u Mikołaja Raczyńskiego, którego nazwał najlepszym dotychczas dopasowaniem – Mikołaj słucha zawodnika i często ufa jego intuicji.
Gdy zapytałem Marcina o jego firmę Mistrzowski Trening, opowiedział mi o ciekawym modelu, który stworzył wspólnie z Łukaszem Nowakiem – polskim olimpijczykiem. Razem prowadzą zawodników, ale zamiast każdy oddzielnie pisał plany, siadają wspólnie i robią burzę mózgów – jeden pisze swój plan, drugi swój, na końcu wybierają najlepszą wersję i często łączą oba podejścia. Tak prowadzą m.in. Mateusza Lipińskiego (15-minutową piątkę) i Wiktora Eliasza (młodego triathlonistę). Łukasz Nowak po treningach Marcina nawet przyjeżdża rowerem na stadion, żeby mu po prostu towarzyszyć – to relacja, która Marcin szczególnie sobie ceni, bo jest bezinteresowna i odwzajemniona.
Najbardziej budującym doświadczeniem treningowym Marcina była Teneryfa z Bartkiem Przedwojewskim i Kamilem Leśniakiem. Marcin opowiedział mi, że Bartek po mocnym akcencie potrafił wyjść na wybieganie po 5:35-5:40 na kilometr – dla większości amatorów to ujma, ale Bartek całkowicie ignorował tempo i kierował się tylko tętnem. W Livigno biegli razem 22 km biegu ciągłego po 4:04 – Bartek pilnował tętna do 160 i biegł stałe tempo. Najbardziej zaskakujący moment to był ten, gdy zaczęli zbiegać w dół: Bartek przy tych samych 160 tętna miał 3:00 na kilometr i nadal trzymał. Marcin po Teneryfie przebudował całe podejście do drugiego zakresu – dziś biega go praktycznie zawsze w terenie zróżnicowanym, co dało mu przewagę na ostatnim Crosie w Bydgoszczy, gdzie cały dystans przebiegł po 3:14-3:15 bez spadku formy.
W środkowej części rozmowy Marcin opowiedział mi swoją najtrudniejszą historię. Pewnego dnia, gdy szykował się do maratonu w Maladze, zaczął go boleć odcinek lędźwiowy i drętwieć ręce i nogi. Z pracy zabrała go karetka, gdy stracił czucie w nogach. W szpitalu lekarz na całej sali ogłosił, że ma objawy stwardnienia rozsianego i palnął, że Marcin powinien zapomnieć o sporcie. Marcin położony bez czucia czekał trzy tygodnie na wyniki – finalnie okazało się, że to borelioza neurologiczna, z którą chodził od lat. Jako odbicie od dna podpatrzył metodę Mariusza Giżyńskiego, który po kontuzji stopy biegał w wodzie z pasem wypornościowym. Co drugi dzień Marcin chodził na pilates na specjalnych łóżkach plus 1,5 godziny biegu w wodzie – i po dwóch miesiącach wrócił do biegania, wygrywając w Poznaniu Bieg Powstania Wielkopolskiego z czasem 33 minut, bez treningu biegowego.
Na pytanie o kontuzje, Marcin odpowiedział mi, że od czterech lat regularnie chodzi na siłownię w sposób ukierunkowany – i przez ten okres nie miał poważnych kontuzji. Wcześniej trenował ogólnorozwojowo wiele lat, ale dopiero personalna praca na siłowni pozwoliła mu zabezpieczyć się przed urazami. Marcin nie czeka aż zacznie boleć – jeśli czuje, że gdzieś się kumuluje przeciążenie, na drugi dzień jest u fizjoterapeuty, na trzeci wraca do treningu. Sam określił się rozsądnym, nie panikarzem.
Marcin opowiedział mi, że na Teneryfę pojechał świadomie z biegaczami górskimi – mimo że sam jest ulicznikiem. Wyjaśnił, że dla wielu polskich trenerów biegi górskie to twór nieserio, ewolucja crossfitu, niewymagający niczego specjalnego. Po obserwacji Bartka i Kamila Marcin nabrał ogromnego respektu – twierdzi, że polski maratończyk z topu miałby problemy, żeby się z nimi pościgać. Wniósł z tego konkretną zmianę w swoim treningu zawodników: trening tlenowy w terenie zróżnicowanym zamiast monotonnej trasy stadionowej. Holendrzy, Brytyjczycy i Kenijczycy są dla niego wzorami, każde państwo wnosi coś, co warto zapożyczyć.
Najbardziej intrygującą częścią rozmowy była opowieść o pracy Marcina z Michałem – paralimpijczykiem niewidomym z kategorią T11, biegającym 1500 m i 5000 m. Trener Zbyszek Lewkowicz zadzwonił do niego dwa tygodnie przed planowanym startem w Półmaratonie Kopenhaskim z prośbą, żeby pojechał z Michałem do Maroka jako jego przewodnik na meeting Grand Prix 1500 m, gdzie odbywała się komisja medyczna potwierdzająca kategorię T11. Marcin oczywiście zgodził się. Trzy dni przed wylotem zorientował się, że ma nieważny paszport – doleciał do Maroka cztery dni później niż planowano, na 6 godzin przed startem. Komisja zatwierdziła Michała, który teraz szykuje się do Mistrzostw Świata w Paryżu w czerwcu/lipcu 2023. Michał biega 5 km w 16:13 jako osoba niewidoma, a Marcin musi być formą jeszcze lepszy, żeby go bezpiecznie prowadzić.
Na koniec Marcin opowiedział mi historię swojej współpracy z Karolem Paciorkiem – jednym z najbardziej znanych polskich podcasterów. Marcin napisał do Karola maila proponując rozmowę o bieganiu jako gość, a Karol odpowiedział: zróbmy coś innego – przygotuj mnie do maratonu. Marcin podszedł sceptycznie, myślał, że Karol pobiega 2-3 tygodnie i odpuści. Karol jednak po pierwszej rozmowie poszedł na badania kardiologiczne i wydolnościowe w dwa dni, w Londynie biegał w deszczu po parku z czapką naciągniętą na uszy, a w lekko stronniczych Marcin pojawił się jako jego trener. Maraton ma być spokojny, nastawiony na ukończenie, nie na rezultat. Mam dla tej dwójki ogromny szacunek.
Na zakończenie Marcin wykorzystał moją platformę, żeby poprosić o wsparcie zrzutki na zrzutka.pl, którą uruchomił jego przyjaciel – chce zabrać Michała na obóz na Teneryfę, żeby pokazać niewidomemu zawodnikowi, jak wygląda trening na obozie. Marcin opowiedział mi też, że gdy był na Teneryfie ze mną i Kacprem Kościelniakiem (też kiedyś niewidomy paramaratończyk), to właśnie Kacper, jako niewidomy, wprowadził go – lekko bojącego się wysokości – na szczyt Teide. To anegdota, która pokazuje, że ludzie z lękami i ograniczeniami często dają sobie nawzajem największą siłę. Mamy się spotkać w lutym 2023 na obozie w Hiszpanii i bardzo czekam na ten moment.