Jak przebiec 82 km w 8 godzin i zostać wicemistrzem Polski? Florian wraca do mikrofonu po dłuższej przerwie, by szczegółowo opisać swoją drogę do srebrnego medalu mistrzostw Polski w Biegach Górskich Ultra w 2024 roku, czyli na trasie Chudego Wawrzyńca z 4000 metrami przewyższenia. W tym odcinku solo Florian opowiada o nieudanym Wings for Life z powodu przetrenowania, o 10 dniach obozu w Karpaczu z Kamilem Leśniakiem, o samym biegu, a na końcu – o tym, że negative split działa nawet na 82 km.
Po długiej przerwie od lipca 2023 wracam do mikrofonu z odcinkiem solo – powodem jest mój srebrny medal mistrzostw Polski w biegach górskich Ultra na Chudym Wawrzyńcu 2024. Przez ostatnie miesiące nagrywałem mniej, skupiając się na treningach i startach, ale wynik z Chudego to dla mnie taki sukces, że po prostu musiałem usiąść przed mikrofonem i podzielić się tym, jak ten sezon ułożył się od strony, której z perspektywy słuchacza zwykle nie widać. To odcinek o porażkach, które stały się fundamentem, o tym, że Wings for Life nie wyszedł, o dziesięciu dniach w Karpaczu z Kamilem Leśniakiem i wreszcie o samym biegu na 82 km, który dał mi pierwszy w karierze medal mistrzostw Polski.
Mój rok 2024 rozłożyłem świadomie na trzy bloki o różnym charakterze. Pierwszym dużym celem był Wings for Life World Run, w którym chciałem walczyć o zwycięstwo z Darkiem Nożyńskim – to bieg, który kocham za jego dynamikę i emocje, a wynik z poprzednich edycji pokazywał, że mam tu szansę. Lato zarezerwowałem dla biegów górskich, z mistrzostwami Polski na Wielkiej Prehybie jako rozgrzewką i Chudym Wawrzyńcem jako głównym celem. Jesień planowałem na powrót do maratońskiej pracy w Walencji – po debiucie 2:20 chciałem znacznie poprawić życiówkę. Już sama struktura planu z trzema bardzo różnymi szczytami wymagała ode mnie ostrożności i mądrego planowania pracy treningowej.
Mówię otwarcie o swojej porażce. Byłem przed Wings for Life przetrenowany – klasyczny błąd, którego sam nauczyłem się unikać, a jednak w niego wpadłem. Zwiększyłem jednocześnie objętość i intensywność, a to jest jedna z tych zasad treningu, których nie można łamać – w danym okresie wolno zwiększać tylko jeden z tych parametrów, a nie oba naraz. Na linii startu Wings for Life zorientowałem się, że nie mam sił – wynik wyszedł znacznie poniżej oczekiwań, a frustracja po biegu była ogromna. W ciągu kolejnych dni przeanalizowałem wszystko – co zrobiłem źle, gdzie podejmowałem złe decyzje, jak wyglądała moja regeneracja, jak rozłożyły się akcenty – i wyciągnąłem prosty wniosek: trening powinien być stabilny, a wszystkie zmiany rozłożone w czasie. Ta porażka okazała się fundamentem, na którym zbudowałem resztę sezonu.
Po nieudanym Wings for Life dostałem od Kamila Leśniaka wsparcie, którego nie zapomnę – zaproponował mi wspólny obóz w Karpaczu, na który zgodziłem się dosłownie w kilka godzin. Spędziliśmy tam 10 dni, dzięki uprzejmości Piotra Wintera mając świetne warunki noclegowe – to ważne, bo na obozie ultra liczy się sen, jedzenie i komfort regeneracji. Plan był ukierunkowany pod Chudego Wawrzyńca – długie wybiegania w terenie, podbiegi, zbiegi, praca techniczna na trasach, które przypominały to, co czekało nas na 82 km. To była już druga taka kooperacja z Kamilem – już w październiku 2022 byliśmy razem na obozie w Karpaczu – co pokazuje, jak duża jest siła regularnej, wieloletniej współpracy z partnerem treningowym, który rozumie cele.
Najdłuższy bieg w moim życiu trwał około 8 godzin i wymagał ode mnie zarządzania wszystkim naraz: energią, żywieniem, nawodnieniem i głową. Trasa to 82 kilometry z około 4000 metrami przewyższenia, mocna obsada zawodników z Polski i zagranicy, start nocą i pełna konieczność precyzyjnego rozłożenia sił na tak długi czas wysiłku. Pamiętam, że już na pierwszych kilometrach okazało się, że moja czołówka jest za słaba – musiałem biec w grupie innych biegaczy z lepszymi latarkami, żeby w ogóle widzieć trasę. Na początku zatrzymałem się też na siusiu – tyle wody wypiłem przed startem, że logistycznie nie dało się tego inaczej rozegrać. Krótko po starcie minął się ze mną kibic i krzyknął: „Florian, fajnie że tak spokojnie zacząłeś. Jesteś moim faworytem do medalu” – to dało mi gigantyczną motywację i jeszcze jeden powód, żeby nie przyspieszać przed czasem.
Na płaskim odcinku wyprzedziłem Dominikę Stelmach, co mnie samego zaskoczyło – przez kilka chwil zastanawiałem się, czy to ja zacząłem zbyt wolno, czy Dominika zbyt szybko. Ostatecznie okazało się, że po prostu szedłem we własnym, optymalnym tempie, a Dominika złapała kryzys wcześniej. W biegach ultra takie momenty są zawsze ciekawe – pokazują, że nie ma jednej idealnej strategii, a wszystko zależy od tego, jak czujesz się w danym momencie.
Formułuję konkretną radę z tego biegu: negative split działa nawet na 82 km. Zacząłem spokojnie, w połowie znalazłem rytm i przyspieszyłem – i ten model okazał się idealny. Wytłumaczenie jest proste – na początku ultra ciężko się rozgrzać, organizm potrzebuje czasu na zorientowanie się w intensywności, a spokojny start daje przestrzeń na adaptację bez tracenia paliwa. Zaznaczam jednak, że to nie jest reguła dla absolutnie każdego – każdy musi sprawdzić to na sobie, ale dla 95% biegaczy ultra to strategia, która daje lepsze efekty niż ruszanie z brzegu na maks. Z moich doświadczeń tych długich biegów to jedna z najważniejszych nauk, którą wynoszę.
Kolejne miesiące zarysowywałem już z medalem w kieszeni, co dawało mi spokój i pewność siebie. W październiku planowałem starty w cyklu City Trail w Gdańsku – dychę i półmaraton – jako sprawdzian formy i wstęp do bardziej szybkościowej pracy. W październiku lub listopadzie miałem ochotę pobiec półmaraton w Walencji, żeby przetestować tempo przed głównym celem. Najważniejszy start jesieni to maraton w Walencji 1 grudnia z prostym celem – poprawić moje 2:20 z debiutu. Już sama myśl, że po sezonie ultra wracam do maratonu, czyli zupełnie innej intensywności, była dla mnie testem mądrego periodyzowania.
Dziękuję moim zawodnikom, których prowadzę online – to dzięki nim mogę żyć z biegania, a sami biegacze takie podejście doceniają. Wspominam między innymi Jarka, którego osobiście poznałem na jednym ze startów – to było wzruszające spotkanie, bo zobaczyłem, ile pracy ten człowiek wkłada w swoje treningi i jak wiele moja praca trenerska dla niego znaczy. To również motywuje mnie do tego, żeby samemu nadal biegać na wysokim poziomie – jeśli mam być wiarygodnym trenerem, muszę pokazywać, że metody, które stosuję, działają na mnie samym.
Dziękuję słuchaczom za doping i wsparcie – mówię to szczerze, bo nawet jeden komentarz pod odcinkiem na Spotify potrafi mnie zmotywować do nagrania kolejnego. Świadomość, że jest po drugiej stronie ktoś, kto mnie słucha i czerpie z tego wartość, jest jednym z głównych powodów, dla których podcast trwa już tyle lat. Zachęcam was do dzielenia się odcinkami w mediach społecznościowych, oznaczania mnie na Instagramie i Strava – to mała rzecz, która dla mnie znaczy bardzo dużo.
Ten odcinek jest mieszanką osobistej historii i konkretnej wiedzy. Pokazuje, że nawet największy sukces – medal mistrzostw Polski – wymagał wcześniejszej porażki Wings for Life i ciężkiej, świadomej pracy w Karpaczu z Kamilem. Trzy filary, na których zbudowany jest sukces w bieganiu ultra, to dla mnie cierpliwość (akceptacja, że niektóre dni są słabe), trener-przyjaciel taki jak Kamil (ktoś, kto myśli o tobie szerzej niż tylko o najbliższym treningu) oraz świadomość organizmu (umiejętność słuchania sygnałów, które ciało wysyła, zamiast forsowania planu). Ten sezon zostanie ze mną na lata i już teraz wiem, że to dopiero pierwszy krok w stronę biegów ultra, w których chcę naprawdę zaistnieć.