Czego uczy porażka? Florian wraca do mikrofonu po nieudanym maratonie w Walencji 2024 – planował pobiec poniżej 2:20, ale na 18. kilometrze zszedł z trasy. W tym solowym odcinku, nagrywanym 11 grudnia po wygranym Garmin Ultra Race w Gdańsku (53 km z prawie godziną przewagi), opowiada o tym, co poszło nie tak: zbyt szybkie tempo otwarcia (3:14 zamiast 3:18), kontekst Mikołaja Raczyńskiego z 2019 roku oraz o lekcji, że jeden nieudany start nie zmazuje całej pracy treningowej.
Do tego odcinka zbierałem się dosyć długo. Każdy lubi opowiadać o sukcesach, ale rzadko kto wypowiada się, gdy coś nie wyszło. Maraton w Walencji, do którego przygotowywałem się przez cały rok, nie poszedł tak, jak chciałem. Moim celem było ponowne zejście poniżej 2:20, ale już koło 12-13 km wiedziałem, że tego nie pobiegnę, a na 18 km zakończyłem swoje zmagania. Celowo odłożyłem nagranie w czasie. Tak jak nagrywanie zaraz po dużym sukcesie nie ma sensu, bo wszystko wydaje się różowe, tak samo nagrywanie w bardzo złym stanie psychicznym byłoby szkodliwe – w zeszłym tygodniu byłem naprawdę w kiepskim stanie, a porażka mocno wbiła się w moją głowę.
Po Walencji wystartowałem jeszcze w biegu trailowym Garmin Ultra Race w Gdańsku, gdzie pokonałem 53 km i wygrałem dosyć zdecydowanie – prawie godzinę nad drugim rywalem. Wiedziałem, że po tym starcie będę miał luźniejszą głowę i będę bardziej zmęczony – idealny moment, żeby nagrać ten odcinek. Nagrywam go 11 grudnia, można powiedzieć, że robię też powolne podsumowanie roku. Nawet jeśli ten konkretny start nie wyszedł, to wiem, że trening, który zrobiłem, już mnie tak bardzo przesunął, że byłbym w stanie pobiec poniżej 2:18, a może nawet 2:17 – po prostu czasami wszystko musi się zgrać, by pobiec idealny bieg.
Do Walencji poleciałem w piątek z Krakowa i już w tym widzę pierwszy błąd. Lot z Gdańska był dopiero w sobotę wieczorem, a lot z Warszawy bardzo wcześnie rano, więc wybrałem Kraków – ale to oznaczało pociąg Pendolino o 7:00 rano, 5 godzin podróży, 4 godziny oczekiwania na lotnisku, 2,5 godziny w samolocie i jeszcze drogę do centrum Walencji. Cały dzień w podróży, pobudka o 5:30. Im dłużej w bieganiu siedzę, tym bardziej widzę, że nawet drobne czynniki mają wpływ. Przed takimi ważnymi startami jestem osobą bardzo nerwową, zwracam uwagę na każde kaszlnięcie. Lepszym rozwiązaniem byłby lot w czwartek, żeby mieć dodatkowy dzień na odpoczynek.
Muszę się przyznać, że szukając noclegu, byłem zbyt oszczędny. Znalazłem pokój za 1400 zł za trzy noce – co wydawało się normalną kwotą, ale jakość była fatalna. Mieszkania w Hiszpanii są często budowane jakby z kartonu – dużo wilgoci, słaba akustyka, zimą jest naprawdę zimno. W moim apartamencie były dodatkowe dwa pokoje, w jednym mieszkali Polacy, którzy też biegli maraton. Za każdym razem, gdy ktoś wychodził z pokoju, ja się budziłem przez głośność. Patrząc na ceny na przyszły rok, przyzwoity apartament na wyłączność to koszt 3-4 tysięcy zł, ale nie będę już oszczędzał. Spokój przed startem jest tego wart.
Tydzień przed maratonem był bardzo spokojny. W niedzielę 8 razy 1 km po 3:25 na przerwie 35 sekund i już bez siłowni. Poniedziałek – luźne 14 km, choć biegało się przyjemnie. Wtorek – 4 razy 1200 m na przerwie 2 minuty w tempie maratońskim, totalny luz. Środa 9 km bardzo spokojnie. Czwartek znów 9 km z dwoma wstawkami po 2 minuty po 3:20/km. Piątek wolny, podróż. Sobota – luźne 7 km z dwiema delikatnymi wstawkami po 30 sekund do minuty, żeby organizm przyzwyczaił się do żwawszych prędkości. Chciałem być maksymalnie wypoczęty, nie chciałem żadnego zmęczenia treningowego.
Wiele osób po starcie pisało, że być może wytworzyłem sobie zbyt dużą presję. Im więcej o tym myślę, tym bardziej się z tym zgadzam. Czułem, jakby od tego biegu miało bardzo dużo zależeć. Widzę to teraz po sobie, kiedy jestem już po starcie – jestem dużo spokojniejszy, potrzebuję odpoczynku. Wcześniej sądziłem, że po maratonie będę normalnie trenował dwa razy dziennie. Teraz nie mam ochoty wychodzić na trening. Mój układ nerwowy potrzebuje regeneracji. To pewnie odróżnia dobrych zawodników od najlepszych – radzenie sobie z presją. Muszę popracować nad tym, jak pokazywać swoje bieganie, ale nie spalać się przed startem.
Z samym snem nie miałem problemu, wstałem o 6:00. Bułka z miodem, sok pomarańczowy, zapakowane żele, kofeina. Mieszkałem 2-2,5 km od startu, więc ruszyłem truchtem na rozgrzewkę. Rozgrzewka była już nie taka idealna jak zazwyczaj – brakowało mi miejsca, czasu, czułem się niedogrzany. Co dziwne, mimo prognozy ciepłej pogody, było mi raczej zimno – budynki w Walencji są bardzo wysokie, mało otwartego terenu. Nie wiem, czy tego dnia byłem chory, czy to stres, ale po 3-4 km mimo szybkiego biegu nadal było mi zimno. Czułem się tak, jakbym miał lekką temperaturę – pierwszy raz w życiu.
W tym roku dostałem pakiet elity, co było pięknym przeżyciem. Strefa elity to parking pod centrum handlowym, gdzie odbywa się start. Wszedłem tam i zobaczyłem 200-300 świetnych biegaczy, a na samym czele Kenenisa Bekele. To był moment, w którym naprawdę się wzruszyłem – zdałem sobie sprawę, że należę do wąskiej elity biegaczy. Mieliśmy własne toi-toi, można było wziąć wodę, spokojnie się przebrać. Spotkałem Monikę Jackiewicz i Artura Olejarza. Trochę czasu straciłem, szukając agrafek do numeru z tyłu, ale i tak był to bardzo nobilitujący moment.
Podczas startu Daniel Żochowski powiedział mi, że chce iść z grupą najszybszych kobiet po 3:14/km – co dałoby wynik poniżej 2:17. Ja chciałem zacząć odrobinę wolniej. Pierwszy kilometr 3:15. Pierwsze 3 km – 9:43, co z perspektywy czasu uważam za dużo za szybko. W zeszłym roku wszystkie trójki biegałem po 9:54, czyli 3:18/km, i czułem się komfortowo. Tym razem zacząłem o 3-4 sekundy na km szybciej. Dziwnie to brzmi, ale na tamten moment to mogło spowodować, że potem nie byłem zdolny biec swojego. Druga trójka – 9:51 (3:17), trzecia – 9:54 (3:18). Mimo to byłem już w 6 km zmęczony.
Koło 10 km minął mnie Grzesiek Kujawski, świetny biegacz po 45-tce. Czwarta trójka była już o 20 sekund wolniejsza – 10:14, czyli 3:25/km. Powoli zaczynałem myśleć, że tego biegu nie ukończę. Pojawiły się łzy w oczach już w trakcie biegu. Koło 13 km dogoniła mnie duża grupa biegnąca na 2:20 – co tylko potwierdziło, że zacząłem za szybko. Przez kilka kilometrów czułem się lepiej, ale oni napędzali tempo. Spadłem z grupy. Na 14 km minąłem Anię, która od razu zobaczyła, że wyglądam źle. Kiedy wiem, że nie pobiegnę tego, czego chciałem, nie umiem się zmusić do dokończenia. Na 18 km zszedłem.
Idąc na spotkanie z Anią, przypadkowo natknąłem się na Mikołaja Raczyńskiego, który był pierwszym gościem mojego podcastu w 2019 roku. Mikołaj też zszedł – na samym starcie ludzie go przewrócili kilka razy, próbował wstawać i nie mógł. To był surrealistyczny moment – „Florian, co tu robicie?”. Daleko było do naszego mieszkania, nie działał Uber, komunikacja była zerwana. Z buta szliśmy. Było mi zimno, chciało mi się pić, ale żołądek odmawiał. Najchętniej już byłbym w Gdańsku. Tymczasem czekał nas jeszcze cały dzień w Walencji i trudna podróż powrotna.
Do końca dnia byłem w bardzo złym nastroju, ale nigdy nie dostałem tylu wiadomości wsparcia, jak po tej niedzieli. Co najmniej 300-400 wiadomości. Bardzo dziękuję każdemu, kto napisał. Mimo że dalej jestem smutny, wiem, że trening, który zrealizowałem, działa. Składowych porażki widzę kilka: zbyt duża presja, odrobinę zbyt szybki początek, niedokładna rozgrzewka, słaby apartament, męcząca podróż. Gdybym biegał na swojej pętli w Gdańsku, na pewno znowu pobiegłbym 2:20. Nie odbierajcie tego jako buty – jestem przekonany, że na następnym starcie będzie dobrze, a jeśli nie, to na kolejnym.
Potrzebuję teraz odpoczynku – zarówno fizycznego, jak i mentalnego. W styczniu planujemy z Anią krótki wyjazd na Maderę. W przyszłym roku raz, może dwa razy pobiegnę maraton – do Walencji wracam w 2025 roku z prawie 100% pewnością. W kwietniu są Mistrzostwa Polski w maratonie, prawdopodobnie w Łodzi, a 2-3 tygodnie później Mistrzostwa Polski w biegach górskich na Wielkiej Prehybie. Zdobycie medalu i tu, i tu w jednym miesiącu byłoby wyjątkowe. We wrześniu Mistrzostwa Świata w biegach górskich w Hiszpanii. Czego uczy porażka? Sport to po prostu częściej niezuda niż udane starty. Trzeba przyznawać się do porażek. Jeden nieudany start nie czyni słabego biegacza, tak samo jak jeden udany nie czyni mistrza świata. Trening się nakłada, adaptacje zaszły, najważniejsze, że wynik sportowy nie świadczy o tym, jakim się jest człowiekiem – tylko to, jakim jesteśmy dla najbliższych.