Wielka Prehyba – walka o kwalifikację na Mistrzostwa Świata. Florian zajął czwarte miejsce na 26 kwietnia 2025 roku w mistrzostwach Polski w biegach górskich na 44 km i tym samym (na 99%) zakwalifikował się na mistrzostwa świata w Hiszpanii. W tym solowym odcinku opowiada o przygotowaniach po wygranym maratonie w Gdańsku, o tym, dlaczego po Walencji 2024 boi się zbiegów, o lekko upadku na ręku w trakcie biegu oraz o roli Kamila Leśniaka, który niestety musiał wycofać się z biegu z powodu choroby.
26 kwietnia 2025 roku zająłem czwarte miejsce na mistrzostwach Polski w biegach górskich w Szczawnicy na trasie Wielkiej Prehyby. To bieg na 44 kilometry, który równocześnie był kwalifikacją do mistrzostw świata w Hiszpanii w końcu września 2025 roku. Wynik daje mi (na 99%) zielone światło – wszystkie sygnały od trenerów kadry wskazują, że pojadę na MŚ na dystansie short, czyli właśnie na 44 km. Ten odcinek to opis tego, jak doszło do takiego rezultatu, mimo że sam nie zakładałem wygranej, mimo strachu po nieudanej Walencji, mimo lekkiego upadku w trakcie biegu i mimo tego, że Kamil Leśniak – mój główny partner treningowy – musiał wycofać się z biegu z powodu choroby.
Mimo że nie zakładałem wygranej, moja forma okazała się idealna do tej konkretnej trasy. Wielka Prehyba ma swój charakter – długie podbiegi, techniczne fragmenty, mieszane podłoże – który zagrał na moją korzyść. Czwarte miejsce to spore zaskoczenie nawet dla mnie – liczyłem na miejsce w pierwszej szóstce, co dawało kwalifikację na MŚ, ale faktyczne czwarte miejsce w mocnej obsadzie (Marcin Rzeszutko, Marcin Kubica, Andrzej Witek i inni) przekracza moje wstępne kalkulacje. Po nieudanym maratonie w Walencji w grudniu 2024 ten wynik to dla mnie potwierdzenie, że strategia z naciskiem na ultra i biegi górskie jest dla mnie odpowiednia.
Wielka Prehyba wpisała się w specyficzny moment mojego sezonu – tylko 3 tygodnie po wygranym maratonie w Gdańsku z czasem 2:20.
Między maratonem w Gdańsku a Wielką Prehybą upłynęło tylko 20 dni – mało czasu na pełne wprowadzenie specyficznych dla trail-runningu jednostek. Wymagało to ode mnie inteligentnego planowania – utrzymanie bazy maratońskiej z lekkim podlewaniem podbiegami.
W dniu maratonu, po południu, poszedłem na 30 minut na trenażer. To pokazało mi, że organizm znosi obciążenia i że regeneracja idzie sprawniej, niż się spodziewałem.
W 2025 nie byłem na żadnym obozie wysokogórskim. To znaczy, że polski model treningu – bez długich okresów na wysokości – sprawdza się u mnie, jeśli mam dobrze ułożoną pracę bazową w domu.
Nieudany maraton w Walencji w grudniu 2024 zostawił we mnie głęboki ślad. Choć dużo o nim mówiłem w poprzednich odcinkach, lekcja dalej we mnie siedzi – i ujawniła się także na Wielkiej Prehybie.
Na Wielkiej Prehybie byłem ostrożny – wolałem stracić 30 sekund na zbiegu, niż zaryzykować upadek. To świadomy wybór po lekcji z Walencji – po ekstremalnej porażce mózg programuje się na ostrożność, co w biegach górskich może być zarówno wadą (tracisz tempo), jak i zaletą (nie kontuzjujesz się).
Formułuję radę dla wszystkich, którzy nie biegają na co dzień w trudnym terenie: nie szaleć na zbiegach. To, co można zyskać na zbiegach (sekundy, najwyżej minuty), jest absolutnie niewspółmierne do tego, co można stracić przez upadek (kontuzja, koniec sezonu, miesiące rehabilitacji). Dla biegaczy ambitnych, ale niemających trail-runnerskiej rutyny, asekuracja na zbiegach to mądry standard.
Mimo całej ostrożności w jednym z momentów biegu podślizgnąłem się i podparłem ręką. Po dziś dzień widzę ślad na dłoni – drobne otarcie, nic poważnego, nie wpłynęło na bieg, ale przypominało mi o tym, że trail-running zawsze niesie ryzyko. Na szczęście nic poważnego nie wydarzyło się, mogłem kontynuować bieg bez problemu.
Wracam do Kamila Leśniaka, mojego trenera-przyjaciela.
Kamil miał startować, ale dzień lub dwa wcześniej zachorował – klasyczna infekcja wirusowa w nieodpowiednim momencie.
Mimo choroby Kamil podjął próbę startu – chciał stanąć na linii i zobaczyć, jak organizm zareaguje. Nie ukończył biegu – to była rozsądna decyzja, bo kontynuowanie zwiększyłoby ryzyko poważniejszych konsekwencji.
Dla mnie to bolesne, bo Kamil był moją dużą inspiracją do wejścia w biegi górskie i jego wynik na Wielkiej Prehybie byłby dla mnie ważny zarówno emocjonalnie, jak i sportowo. Mam nadzieję, że zdrowie szybko wróci.
Obaj jedziemy na Mozart by UTMB 8 czerwca – 92-kilometrowy bieg w Salzburgu z 4600 metrami przewyższenia. Liczę, że tam Kamil będzie w pełni zdrowy.
Odtwarzam sam bieg, krok po kroku.
Czułem się świetnie. Wiedziałem, że muszę się hamować, by zbyt szybko nie zacząć – klasyczna pułapka w biegach górskich, gdzie pierwsze podbiegi można wziąć za mocno i potem zapłacić w drugiej połowie. Tempo wychodziło 3:35-3:40 z gap (równoważnik tempa płaskiego), czyli komfortowo.
W pewnym momencie zostawiłem Krzysztofa Bodurkę (silnego trail-runnera) i wkrótce zobaczyłem Dominika Milewskiego. To było momentem, w którym zacząłem realnie myśleć o walce o lokatę.
Większość biegu biegłem sam. Nie miałem z kim się ścigać o konkretne miejsce – to wymaga ogromnej dyscypliny mentalnej, bo bez rywala obok łatwiej odpuścić tempo.
Dziękuję Piotrowi Winterowi za wsparcie. W maju z Kamilem jedziemy na obóz w Karpaczu, gdzie Piotr pomaga nam noclegowo. To umożliwia jakościowy trening w polskich górach bez konieczności wydawania ogromnych pieniędzy na hotele – i jest jednym z czynników, które pozwalają mi konsekwentnie pracować.
Najbliższy duży start to Mozart by UTMB 8 czerwca – 92 km, 4600 m przewyższenia, najdłuższy bieg w moim życiu. Mozart da mi punkty ITRA potrzebne do mistrzostw świata na dystansie long – kwalifikacja zarówno na short (przez Wielką Prehybę), jak i long (przez Mozarta) otwiera mi pełnię możliwości startowych na MŚ.
Wyjaśniam strategię startów kwalifikacyjnych.
Kwalifikacja na MŚ short już zrobiona dzięki 4. miejscu na Prehybie.
Kwalifikacja na MŚ long zostanie wykonana, jeśli zdobędę 860 punktów ITRA na Mozarcie. To realne przy moim aktualnym poziomie.
Krótko mówię o swojej działalności trenerskiej. Mam już mało miejsc dla nowych zawodników i nie chcę mocno się rozrastać – to nie ma być stajnia 100 osób. Zawodnicy, z których pracuję, biegają coraz szybciej, co jest dla mnie ogromną satysfakcją i potwierdzeniem, że moje metody działają. Jakość przed ilością – to motto trenerskie, którego się trzymam.
Czwarte miejsce na Prehybie pokazuje, że dobrze ułożony plan plus cierpliwość plus ostrożność na zbiegach mogą dać kwalifikację na mistrzostwa świata. Nie ścigałem się brawurowo – grałem na pewność. To wybór, który u mnie się sprawdza i który polecam wszystkim biegaczom, dla których cel długoterminowy jest ważniejszy niż jednorazowa wygrana.