Najdłuższy bieg w moim życiu – Mozart by UTMB. 9 czerwca, dwa dni po pokonaniu 92 km z 4600 m przewyższenia w Salzburgu w czasie 8:48 (efektywnie 8:44 bez przerw na punktach), Florian dzieli się świeżymi emocjami. W tym solowym odcinku opowiada o tym, jak zdobył kwalifikację na mistrzostwa świata w biegach górskich w Hiszpanii (potrzebował 860 punktów ITRA), o systemie supportu na trasie z bratem Mikołajem oraz o tym, jak zarządzać energią przez prawie 9 godzin biegu.
Wracam dwa dni po tym, co było najdłuższym biegiem w moim życiu – Mozart by UTMB w Salzburgu. 92 km z 4600 metrami przewyższenia. Czas finalny 8:48, choć efektywnie 8:44, jeśli odejmiemy 2 minuty na punktach żywieniowych i 2 minuty na bardzo stromych podbiegach, gdzie pozwoliłem sobie na chwilę spaceru. To był drugi taki długi bieg w mojej karierze – po Chudym Wawrzyńcu w sierpniu 2024, gdzie pobiegłem 80 km w niemal 8 godzin. Mozart jest dla mnie kluczowym krokiem do mistrzostw świata w biegach górskich na dystansie ultra, które odbędą się we wrześniu w Hiszpanii. Emocje wciąż świeże, dlatego nagrywam ten odcinek dwa dni po starcie – chcę uchwycić wszystko z perspektywy tej pierwszej refleksji.
Mozart był dla mnie głównym celem sezonu wiosennego, bo to przez ten bieg miałem zdobyć kwalifikację na mistrzostwa świata na dystansie long. Potrzebowałem 860 punktów ITRA, żeby się zakwalifikować. Na poziomie poniedziałku, kiedy nagrywam, nie jestem jeszcze w 100% pewien, czy mam tę kwalifikację – informacje od trenerów są obiecujące, ale ostateczna decyzja zapadnie później. Mam też drugą drogę równoległą – kwalifikację na mistrzostwa świata na dystansie short z czwartego miejsca na Wielkiej Prehybie. Mozart był dla mnie pewną swojego rodzaju asekuracją – chciałem mieć szansę startu na obu dystansach, ale priorytetowo na long, który jest bardziej pode mnie.
Uważam, że trasa mistrzostw świata na dystansie short będzie szybka i techniczna, a ja na takiej trasie nie mam szans walczyć o wysokie miejsce. Dłuższy dystans z dłuższym wysiłkiem bardziej do mnie pasuje – pozwala mi wykorzystać moją wytrzymałość i mądre zarządzanie tempem. Mozart był dobrym sprawdzianem, ponieważ trasa, choć długa, była stosunkowo szybka jak na ultra. Nie tak techniczna jak na przykład CCC w Alpach Francuskich. Trzy lata temu zacząłem mocno trenować pod biegi ultra, dwa lata temu zadebiutowałem w maratonie. Teraz krok po kroku przesuwam się ku dłuższym i trudniejszym wyzwaniom, a mistrzostwa świata na 100 km albo CCC będą kolejnymi celami za 1-2 lata.
Mozart by UTMB to bieg startujący i kończący się w Salzburgu. Trasa wiedzie wokół miasta, w Alpach Austriackich. 92 kilometry, 4600 metrów przewyższenia – konkretne liczby, które robią wrażenie, ale w stosunku do innych biegów cyklu UTMB jest to dystans relatywnie szybki. Trasa jest dobrze przygotowana, łatwa technicznie. Łatwiej niż na przykład trasy w Tatrach. To pomogło mi w zarządzaniu tempem i pozwoliło na spokojne, kontrolowane bieganie. Pierwsze 10 km to mocny podbieg do około 2000 metrów wysokości – tam tempo gap (równoważnik płaskiego) wyniosło około 5:00 na km. Biegłem kontrolowanie, chciałem się dogrzać, nie atakować od początku.
Kluczowym elementem mojej strategii był support brata Mikołaja. Mikołaj asystował mi na pierwszym punkcie odżywczym – dolał wodę, podał świeże flaski z napojem węglowodanowym, podał kolejne żele. Wszystko sprawnie, bez zbędnego słowa, tak żeby transfer trwał 10-15 sekund. Dobry support na ultra to ogromna wartość – daje czas, energię, spokój psychiczny. Wiem, że jeśli dotrę do punktu, to wszystko będzie przygotowane, że nie muszę myśleć o logistyce. Bez Mikołaja prawdopodobnie straciłbym kilka minut łącznie na punktach – a w wyścigu, gdzie kluczowe są pojedyncze pozycje na liście wyników, to ogromna wartość. Brat zna mnie, wie, czego potrzebuję, i to było bezcenne.
Podczas pierwszej części biegu doszedłem do innego biegacza – wyglądał na Czecha lub Słowaka. Powiedziałem do niego: „zapowiada się długi dzień”. Tamten zgodził się, ale nie chciał rozmawiać – tylko skinął głową i biegł dalej. To bardzo charakterystyczne dla biegów ultra. Każdy zarządza energią po swojemu, każdy ma swoje rytuały, swoje plany żywieniowe, swoje liczenie tętna. Rozmowa kosztuje energii. Ja zwykle też wolę milczeć w trakcie biegu i koncentrować się na własnym oddychaniu. To była krótka, jednostronna interakcja, ale dla mnie ważna – pokazała, że my, biegacze ultra, gramy każdy na siebie.
Klucz mojej strategii to świadome wstrzymanie się z kofeiną. Pierwszą tabletkę kofeiny przyjąłem dopiero po 3 godzinach 15 minutach biegu. Drugą tabletkę po 4 godzinach 30 minutach. Plus 5 żeli z kofeiną po 50 mg każdy, które brałem regularnie w drugiej połowie biegu. Łącznie dało to około 650 mg kofeiny, co jest na górnej granicy zalecanej dawki (9 mg na kilogram masy ciała). Strategia opiera się na tym, że kofeina daje moc w drugiej połowie biegu, gdy ciało już zmęczone, a układ nerwowy potrzebuje wsparcia. Gdybym wziął kofeinę zbyt wcześnie, to po 5-6 godzinach jej działanie by ustąpiło, a ja byłbym w najtrudniejszym momencie biegu bez wsparcia.
Mój plan zakładał, że po 50 km wezmę kofeinę i zacznę atakować pozycje. Założenie: wielu zawodników będzie umierało w ostatnich 3-4 godzinach. Tak też się stało. W drugiej części biegu rzeczywiście wyprzedzałem kolejnych biegaczy – jednych po drugich. To dawało mi ogromną satysfakcję i napędzało psychicznie. Każdy mijany rywal to kolejna pozycja w klasyfikacji końcowej. To pokazuje, że bieg ultra to nie tylko siła nóg, ale też świadome zarządzanie energią. Ten, kto pierwszy mocno pojedzie, niekoniecznie będzie pierwszy na mecie. Trzeba mieć cierpliwość i umiejętność trzymania się planu, nawet gdy widzi się, jak ktoś odjeżdża.
Byłem rygorystyczny, jeśli chodzi o zatrzymania. Na punktach łącznie spędziłem tylko około 2 minut. Drugie 2 minuty to lekki spacer na bardzo stromych podbiegach – tam, gdzie biegnięcie byłoby kosztowne energetycznie i marshowanie po prostu szybsze. Z czasu finalnego 8:48 przeznaczyłem dosłownie 4 minuty na ruchy nieproduktywne. Reszta – 8 godzin 44 minut – to ciągły bieg. To jest dla mnie imponujące. Pokazuje, jak ważne jest mieć przygotowany sprzęt, support, żywienie. Każda minuta zaoszczędzona na punkcie to minuta zysku w klasyfikacji. Na ultra wszystko musi być spięte – bo każda słabość w logistyce kosztuje.
Po wstępnym podbiegu do 2000 metrów trasa stała się bardziej biegowa. Czułem wtedy, że mogę utrzymać tempo 4:00-4:30 na km, co na taki dystans i takie przewyższenie jest naprawdę szybkim biegiem. Salzburg jest miastem otoczonym Alpami, więc po podejściu mieliśmy fragmenty zbiegów, fragmenty falistych traverstów. Na zbiegach tempo dochodziło do 3:30. Ważne było jednak, by nie zniszczyć nóg na zbiegach – wielu biegaczy popełnia ten błąd, dając z siebie wszystko zbiegając, a potem nie ma siły na ostatnie 20 km. Ja świadomie kontrolowałem tempo zbiegowe, by oszczędzać kwadryceps na końcówkę.
Po Mozartcie wchodzę w okres roztrenowania. Latem prawdopodobnie obóz w Karpaczu lub w Tatrach – chcę poprawić jeszcze technikę biegu na technicznych traversach, które są kluczowe na trasie mistrzostw świata. Koniec września to mistrzostwa świata w biegach górskich w Hiszpanii – główny cel sezonu. Tam liczę na walkę o jak najlepsze miejsce, choć rywale będą światowej klasy. W międzyczasie planuję jeszcze drobne starty kontrolne. Po mistrzostwach pewnie odpoczynek i analiza, czy myślę o starcie na 100 km w Szwecji w październiku, który byłby kolejnym dużym sprawdzianem. Mozart był ważnym etapem, ale to dopiero początek mojego ultra-sezonu.
Dziękuję wszystkim, którzy mi towarzyszyli w tej drodze. Mojej narzeczonej Ani – za wspieranie pasji, za rozumienie, że bieganie to mój sposób na życie. Firmie Brooks – za sprzęt, za wsparcie w karierze profesjonalnej. Trek Nutrition – za węglowodany i odżywki, które przetestowałem na każdym treningu. I oczywiście wam – słuchaczom. Ostatnio analizowałem, skąd przychodzą zawodnicy, którzy do mnie trafiają na trening – większość dowiedziała się o mnie z tego podcastu, mimo że Instagram i Strava mają większe zasięgi. To pokazuje siłę głosu, siłę długiej formy, siłę dzielenia się wiedzą. Mozart pokazał, że dorastam do biegów ultra. Klucz: support, mądre tempo, kofeina w drugiej połowie, świadomość organizmu. To droga, która będzie się rozwijać jeszcze długo.