Aleksander Wiącek wraca do podcastu po raz trzeci, by porozmawiać o pasji zamiast presji. Świeżo przygotowuje się do półmaratonu wiązowskiego i zaczął pełnoetatową drogę strażacką (jutro pierwsze egzaminy kończące kurs!). W tym odcinku Olek tłumaczy, dlaczego sam thresholding nie wystarczy (potrzebne są podbiegi w stylu Ingebrigsenów dla VO2Max), jak Bartek Przedwojewski wpłynął na jego myślenie o straży pożarnej oraz jak biegać własnym tempem – z głową, ale bez presji ciągłej walki o miejsca.
Moim gościem był Aleksander Wiącek – mistrz Polski na 5000 m, brązowy medalista mistrzostw Polski w półmaratonie z czasem 1:05:18, prowadzący kanał YouTube „Trenuj z głową”. To trzecia wizyta Olka w moim podcaście – mamy więc rozbudowaną wspólną historię, a to pozwala na rozmowę głębszą niż przy pierwszym spotkaniu. Przesunęliśmy tę rozmowę kilka razy z powodu mistrzostw Europy w przełajach, w których Olek ostatecznie nie startował, i kursu strażackiego, który właśnie kończy egzaminami. Ten odcinek skupia się na filozofii biegania bez presji, na uzupełnianiu treningu progowego podbiegami i na konkretnych radach dla amatorów, którzy chcą trenować mądrzej, a nie tylko więcej.
Olek otworzył rozmowę nowym wątkiem, który jest dla niego punktem zwrotnym.
Na moment naszej rozmowy Olek był świeżo przed pierwszymi egzaminami kończącymi kurs strażacki – trzy egzaminy teoretyczne jutro i jeden praktyczny we wtorek. To kulminacja kilkumiesięcznej pracy nad nową ścieżką zawodową.
Olek powiedział mi: w wieku 25 lat zdał sobie sprawę, że nie zostanie zawodowym sportowcem na pełen etat. Bieganie nie zapewni mu utrzymania – polski rynek po prostu nie pozwala medalistom mistrzostw Polski na 5000 m żyć z samego sportu. Trzeba mieć drugie życie – i straż jest dla Olka tym naturalnym wyborem.
Wcześniej najsłynniejszym biegaczem-strażakiem w Polsce był Bartek Przedwojewski – jeden z najlepszych biegaczy górskich na świecie, który łączy karierę z pracą zawodową w straży. Olek przejmuje pałeczkę i pokazuje, że to model do powtarzania dla młodszych zawodników.
Olek od dzieciństwa udzielał się w Ochotniczej Straży Pożarnej. Strażactwo zawsze było mu bliskie, więc przejście na zawodowy etat to nie zmiana kierunku, tylko jego pogłębienie i sformalizowanie.
Olek przygotowuje się do startu wiosennego – półmaratonu wiązowskiego. To pierwszy duży cel sezonu, na którym chciałby pobić własną życiówkę 1:05:18 z mistrzostw Polski. Trening idzie dobrze, mimo że łączenie kursu strażackiego z bieganiem wymaga ogromnej organizacji czasu.
Dopytałem Olka o coś, co dostałem jako feedback po jego poprzednich odcinkach.
Komentatorzy zarzucili mi, że zbyt mocno promuję thresholdy (biegi progowe) jako receptę na progres. Olek odpowiedział mi wprost: same thresholdy nie wystarczą. Trzeba mieć szerszą paletę bodźców.
Na pewnym etapie thresholdy przestają przesuwać zawodnika do przodu. Próg się stabilizuje, organizm adaptuje się do tej intensywności i nie ma już sygnału do dalszej poprawy. Wtedy trzeba podnieść sufit – czyli VO2Max, maksymalny pułap tlenowy.
Olek opisał mi norweskie podejście do treningu, które inspirują się dziś biegacze na całym świecie.
Najlepsi norwescy biegacze – Filip, Henrik, Jakob – dominują światowe mistrzostwa w średnich dystansach. Wszystko, co robią w treningu, jest analizowane przez społeczność biegową.
W okresie bazowym Ingebrigsenowie robią dużo podbiegów – krótkie, intensywne odcinki w terenie o nachyleniu. Daje to pracę VO2Max przy mniejszym ryzyku kontuzji niż klasyczne interwały na płaskim.
Na podbiegu uderzenie stopy o podłoże jest mniejsze – mięśnie pracują jednocześnie inaczej (więcej pracy ekscentrycznej w tylnej części nogi, więcej pracy koncentrycznej w pośladkach), co rozwija specyficzne adaptacje, których nie da się zbudować płaskim bieganiem.
W sezonie startowym Ingebrigsenowie przenoszą się na mocniejsze akcenty stadionowe – ale baza jest zbudowana z podbiegów. To kluczowa zasada: różne okresy roku wymagają różnych narzędzi.
Olek tłumaczył mi metaforycznie, jak rozumie kompleksowy plan treningowy.
Dobry trening to mieszanka różnych elementów – jak gotowanie zupy. Mięso to długie wybiegania (objętość, baza). Warzywa to akcenty progowe (jakość, próg laktatowy). Sól to krótkie sprinty (VO2Max, szybkość). Pieprz to aktywna regeneracja (sen, masaż, joga).
Niczego nie można pominąć. Same thresholdy to niedosolona zupa – smaczna, ale niepełna. Same długie biegi to surowe warzywa – zdrowe, ale ciężkie do strawienia. Klucz to proporcje i timing.
Olek sformułował mi ostrzeżenie, które dotyczy całego polskiego środowiska biegowego.
Dziś łatwy dostęp do wiedzy biegowej – podcasty, blogi, YouTube, książki przetłumaczone na polski. Można wiedzieć więcej niż amerykański zawodnik z lat 90.
Problemem nie jest brak wiedzy, tylko brak umiejętności ułożenia jej w spójny plan. Tu właśnie wnosi się trener – nie jako źródło wiedzy, ale jako architekt planu.
Do Olka czterech na pięciu zawodników mówi: „niby wiem, jak trenować, bo czytałem…”. Wiedzą, ale nie umieją ułożyć tej wiedzy w plan, który dla nich zadziała. To dziurawy stan polskiego ambitnego amatoringu.
Olek powtórzył mi myśl, która jest dla niego osobistym credo.
Olek podkreślił mi: biegać dla siebie, dla pasji. Nie dla porównań w social mediach, nie dla presji wynikowej, nie dla pokazywania innych.
Mądre planowanie, słuchanie organizmu, ale bez ciągłej walki o miejsca w tabelkach. Bieganie jako narzędzie do bycia lepszym dla siebie – to filozofia, która chroni przed wypaleniem.
Nawet Olek, jako medalista mistrzostw Polski, czasami biega po prostu dla frajdy. Nie każdy bieg musi być sprawdzianem czy wyścigiem – czasem dobry długi bieg w lesie bez patrzenia na zegarek to najlepsza rzecz dla mentalu zawodnika.
Olek zarysował mi cele.
Pierwszy duży cel – życiówka w półmaratonie wiązowskim wiosną.
Godzenie sportu z karierą strażacką – kurs się kończy, ale dopiero zaczyna się praca w jednostce, która wymaga organizacji.
Długoterminowo Olek myśli, jak przejść z bycia mistrzem Polski 5000 m do dystansów dłuższych. Maraton jest dla niego naturalnym kierunkiem za 2-3 lata. To droga, którą wcześniej przeszło wielu polskich biegaczy z bieżni na ulicę.
Trzecia rozmowa z Olkiem to wyważone spojrzenie na bieganie. Ani zbyt zafiksowane na thresholdach, ani na podbiegach. Wszystkiego trochę – jak w jego metaforze zupy. Pasja zamiast presji. Z głową, ale bez fanatyzmu. Dla mnie to inspirujące podejście, które łączy poziom zawodowca z mądrością człowieka, który ma życie poza bieganiem. Olek pokazuje, że to nie wyklucza się – można być medalistą MP i jednocześnie mieć pełne życie zawodowe.