Jak się czujesz, gdy biegasz zawsze po asfalcie, przebiegłeś już setki kilometrów, byłeś mistrzem Europy w triathlonie – a potem nagle odkrywasz, że nie wiesz nic o biegach górskich? Rozmawiałem z Mateuszem Kołodziejem, który dokładnie 10 lat temu zaczął biegać jako hobbista w Londynie, przeszedł przez triathlon, kontuzje i chaos treningowy, żeby ostatecznie znaleźć się w Pieninach, wymęczony, zapłakany, ale zakochany na nowo w bieganiu. Opowiada o tym, jak proces treningowy okazał się ważniejszy niż sam wynik, i dlaczego góry uratowały mu motywację, którą utracił gdzieś na ulicach dużego miasta.
Gościem tego odcinka był Mateusz Kołodziej – jeden z moich najszybszych zawodników, który właśnie zaczyna swoją przygodę z biegami trailowymi. Ale jego droga do tego momentu wcale nie była prosta. Mateusz pracuje w branży budowlanej, która jest zarówno fizycznie, jak i psychicznie obciążająca. To człowiek, który znalazł wyzwanie w sporcie 10 lat temu, podczas wakacji 2016 roku w Londynie, kiedy zapisał się na bieg półmaratońskiego impulsu.
Mateusz zafascynował się triatlonem po pierwszym półmaratonie. Treningi z lokalnym klubem w Londynie przerodził się w poważną karierę – w 2020 roku zdobył mistrzostwo Europy na dystansie olimpijskim i równocześnie mistrzostwo Wielkiej Brytanii w kategorii wiekowej. W tamtym czasie trenował 12-15 godzin tygodniowo, łącząc pracę fizyczną na budowie z intensywnymi treningami. Pięć do sześciu jednostek kolarskich i maksymalnie trzy biegowe tygodniowo – to był jego horyzont. Wszystko zmieniło się w 2021 roku, kiedy kontuzja wybiła go z triatlonu.
Po powrocie do biegania Mateusz przyznaje, że jego trening był chaotyczny. Nie pracował z trenerem, a głównie podłączał się pod treningi biegaczy takich jak Bartek Falkowski czy Andrzej Witek, którzy trenowali w tym samym parku. Podpatrywał ich, chciał robić to samo – zbyt mocno, zbyt szybko. Rezultatem były częste kontuzje przeciążeniowe. Przez wiele lat brakował mu szerszego planu, celów na 6-12 miesięcy. Dopiero kilka lat temu zaczął myśleć perspektywicznie. Do dziś jego życiówka na piątkę to poniżej 16 minut – rezultat, z którego jest całkiem dumny.
W lutym zeszłego roku Mateusz zdecydował się na maraton w Sewilli z ambitnym celem: 2:30. Po analizie pokazaliśmy mu, że jest to osiągalne. Przygotowania wyglądały obiecująco – nigdy nie przekraczaliśmy 8 godzin pracy tygodniowo, ale treningi były intensywne. Typowe jednostki maratońskie: 2×10 km, 4×4 km, 4×6 km – wszystko na bieżni mechanicznej. To była świadoma decyzja; zima okazała się niezwykle srogą i ostatni mocny trening na zewnątrz miał miejsce w okresie świątecznym.
Cztery tygodnie przed Sewillą Mateusz doznał zapalenia ścięgna biodrowego. Wypadły mu dwie ważne jednostki. Wraz z fizjoterapeutą wdrożył plan naprawczy i zdołał stanąć na starcie czując się dobrze – ale na biegu ta kontuzja zaczęła dokuczać. Świadomi był, że coś może pójść nie tak. I rzeczywiście: przez pierwszych 27 kilometrów biegł idealne tempo (całą połówkę w 1:14:50-55), skupiony, pewny siebie. Plan to 1:15 na pierwszy maraton maratonu. Ale po 24. kilometrze poczuł gwałtowny ból, który zablokował cały mięsień czworogłowy.
Ostatnie 14 kilometrów przebiegł w tempie 5:10/km, a może nawet wolniej. Skoncentrował się na dotarciu do mety „nawet na czworaka”. Ostatecznie dobiegł z czasem 2:57:04 – wynik, który rozczarował go w momencie, ale z perspektywy czasu wzbudza dumę. To był jego debiut maratoński. Wcześniej, w 2023 roku, chciał spróbować w Walencji, ale trzy tygodnie przed startem naderwał więzadła w stawie skokowym. Sewilla była drugą szansą – i mimo bólu, pomimo że nie udało się złamać 2:30, Mateusz celebruje to doświadczenie. Fakt, że przebiegł go poniżej 3 godzin jako debiutant, to sukces.
Mateusz obserwował moją karierę – jak zmieniłem ścieżkę z biegania po asfalcie na biegi górskie, jak inni biegacze łączą obie dyscypliny. Szukał nowych wyzwań, poczuł, że asfaltu zaczyna mu brakować romantyzmu. W pewnym momencie poczuł się znużony treningiem na ulicy i postanowił spróbować czegoś zupełnie innego. Powiedział mi wprost: „Gdyby nie trail, nie wiem czy dalej bym biegał”. Górki dały mu nową motywację, nowy cel, nowy rodzaj frajdy. To były nowe bodźce treningowe, które okazały się tym, czego potrzebował.
Pierwsza przygoda Mateusza w biegach górskich zaczęła się od Żwawych Wierchów na Pieniny Ultra Trail – 33 kilometry i 1500 metrów przewyższenia. Zajął 17. miejsce z wynikiem 721 punktów ITRA – fantastycznie jak na debiut. Pierwsze co go zaskoczyło: znaczenie przyjmowania węglowodanów. Wziął ich więcej niż kiedykolwiek. Drugie: siła – odkrył, że zbieganie nie jest tylko o tempie, ale o niesamowitej mocy mięśniowej, którą trzeba zbudować latami.
Ostatnia godzina biegu, szczególnie na zbiegu ze schroniska do Jaworek (8-9 kilometrów bez przerwy), była dla Mateusza najtrudniejszą godziną w ostatnich 12 miesiącach biegania. Fizycznie cierpiał z każdą minutą. Zbiegał „wrzeszcząc z bólu”, ku uciesze turystów, którzy go dopingowali. Ale jednocześnie – pomimo zmęczenia – zakochał się w biegach górskich na nowo. Atmosfera festiwalu Pienin okazała się najlepszą imprezą sportową, w której kiedykolwiek startował. Każdy polecił byśmy takie festiwale. Mateusz wrócił do domu innym człowiekiem.
Mateusz mieszka w Warszawie – brak dostępu do prawdziwych gór. Jednak zmaksymalizował to, co ma pod ręką: trenażer, Zwift, bieżnia mechaniczna na nachyleniu, schody, trening siłowy. Wykorzystuje bieżnie z nachyleniem 15% – i już zajechał dwie z nich! Połączył to z pracą siłową, żeby przysposabiać mięśnie do takiego typu wysiłku.
Najtrudniejsza dla niego jest praca na schodach – psychicznie, nie fizycznie. Minutę za minutą, krok za krokiem, na tym samym urządzeniu. Ale robi to, słuchając muzyki, oglądając treningi innych osób. Dłuższe interwały na nachyleniu – ponad 30 minut – są mordercze. Jednak w porównaniu do treningów maratońskich, pot na bieżni mechanicznej jest znacznie większy. To mimowolny heat training plus praca siłowa pod obciążeniem.
Praktyka pokazała Mateuszowi, że na półtoragodzinnym treningu na bieżni z elementami podbiegu przyjmuje 1,5-2 litry płynów. Węglowodany przychodzą mu dużo łatwiej – może trenować jelita, uczyć organizmu, robić heat training i adaptację mięśniową jednocześnie. To all-in-one rozwiązanie dla kogoś bez dostępu do prawdziwych gór.
Mateusz podkreśla: regeneracja to wszystko. W chaosie treningowym z przeszłości miał trzy bardzo mocne treningi tygodniowo, przy braku fokusu na regenerację. To był przepis na porażkę. Teraz, przy pięciu treningach tygodniowo (albo cztery biegi + dwa rowery), robi postępy szybciej.
Mateusz nauczył się mówić „nie”, jeśli czuje zmęczenie albo ma ciężki dzień w pracy. Dobra komunikacja między trenerem a zawodnikiem to klucz. Trening nie musi być idealnie skrojony – musi być dopasowany do twoich możliwości w danym dniu.
Śpij, ile się da – drzemki po pracy są bezcenne. Nie odmawiaj sobie przyjemności (lody, ciastka – grupa dietetyczna Mateusza wymienia się przepisami). Czasem odpuszczenie pozwala nabrać dystansu. Bieganie to hobby, a my robimy to dla frajdy – nie dla lajków czy pieniędzy.
Kolejny maraton zaplanowany na Frankfurt. Mateusz wybrał go świadomie – to trasa sprzyjająca życiówkom, szybsza niż Berlin. Chce „z dużym zapasem” złamać 2:30. Tym razem będzie zdrowy.
Drugi start trailowy to impreza z cyklu UTMB w Łotwie – 53 kilometry i 1200 metrów przewyższenia. Pierwszy raz ta trasa będzie rozgrywana, więc brak porównania. Mateusz liczy na top 20, może nawet top 10. Park narodowy niedaleko Rygi – fajne widoki, ale nie dla nich chodzi. Fokus: szybki bieg, pewna siebie rejestracja tempa na początku (5 km po asfalcie).
Mateusz ma potencjał na naprawdę szybkie bieganie w górach. Kombinacja szybkiego biegu na asfalcie z nauką techniki trail to recepta na fajne wyniki. Potrzebna cierpliwość i czas – ale jest szansa, że w 2027 roku przekroczy 800 punktów ITRA i pobiegnie 2:25 na maratonie.