Co nie wyszło podczas Mistrzostw Świata? Florian długo zbierał się do tego nagrania – w sobotę 27 września 2025 roku startował na mistrzostwach świata w biegach górskich w Hiszpanii na dystansie 82 km, ale po 56 km zakończył rywalizację. W tym solowym odcinku otwarcie opowiada, dlaczego wybór dystansu ultra zamiast short był prawdopodobnie błędem (na shorcie Marcin Kubica zajął historyczne piąte miejsce!), o trzech wyzwaniach trasy oraz o budujących wiadomościach od zawodników po nieudanym starcie.
Długo zbierałem się do tego nagrania. W sobotę 27 września 2025 roku startowałem na mistrzostwach świata w biegach górskich w Hiszpanii na dystansie 82 km, ale na 56. kilometrze zakończyłem rywalizację. To trudny odcinek – łatwo mówić o sukcesach, znacznie trudniej o porażkach. Celowo odsunąłem nagranie o tydzień, żeby emocje opadły i żeby móc mówić rzeczowo, a nie reaktywnie. Mimo że minęło kilka dni, wciąż czuję rozczarowanie – ostatni start sezonu, który miał być zwieńczeniem najlepszego roku w mojej karierze, zakończył się niepowodzeniem. Ale właśnie dlatego ten odcinek może być wartościowy dla słuchaczy – bo pokazuje, że nawet zawodnicy klasy międzynarodowej mają trudne dni, i że umiejętność uczenia się z porażek jest być może ważniejsza niż sama umiejętność wygrywania.
Warto pamiętać, jak wyglądał mój sezon przed MŚ. Maraton w Gdańsku – wygrana z czasem 2:20. Wielka Prehyba – 4. miejsce na mistrzostwach Polski, kwalifikacja na MŚ short. Mozart by UTMB – 875 punktów ITRA, kwalifikacja na MŚ long. Sezon obiektywnie najlepszy w mojej karierze – i właśnie dlatego MŚ miały być zwieńczeniem, dowodem, że dorastam do absolutnej czołówki światowej.
Otwarcie analizuję, gdzie być może popełniłem największy błąd.
Zakwalifikowałem się na obie odsłony MŚ – short (45 km, 3500 m przewyższenia) i long (82 km, 5500 m). To rzadka sytuacja, w której zawodnik ma realny wybór.
Uznałem, że na trudnej, mało biegowej trasie ultra moja siła wytrzymałościowa będzie atutem. Mozart pokazał, że dam radę dystansowi 90 km, więc 82 km wydawało się logicznym wyborem. To był błąd.
Na shorcie Marcin Kubica zajął historyczne 5. miejsce – najwyższe miejsce w historii polskich startów na mistrzostwach świata w biegach górskich. To gigantyczny sukces dla polskiego trail-runningu i Marcinowi należą się ogromne brawa. Ironizuję żartobliwie: „może gdybym wybrał short, Marcina by tam nie było” – ale natychmiast podkreślam, że Marcinowi należą się wszystkie pochwały, a moja własna decyzja musi być oceniana niezależnie od jego startu. Muszę sobie odpowiedzieć: czy short rzeczywiście byłby dla mnie lepszy? Z perspektywy czasu – prawdopodobnie tak.
Opisuję, dlaczego trasa była dla mnie szczególnie trudna.
Trasa była zbyt techniczna jak na moje umiejętności – mało biegowa, dużo balansowania na kamieniach, korzeniach, kruchych podłożach. To uwypuklało mocne strony lekkich i zwinnych biegaczy (typu Mikołaj Klimczak, Marcin Rzeszutko), a nie wytrzymałościowych jak ja.
5500 m przewyższenia na 82 km – to dużo nawet na tle innych biegów ultra. Każdy podbieg wymagał ogromnej siły mięśniowej, której u mnie wciąż jest mniej niż u biegaczy stricte górskich.
W Hiszpanii pod koniec września było gorąco – dodatkowy stres organizmu, którego nie ma w Polsce w tym okresie roku. Adaptacja do upału wymaga 7-14 dni, których nie miałem.
Mój plan wyglądał logicznie na papierze.
Pierwsze 10 km podbieg z gap 5:00 (równoważnik tempa płaskiego). Dogrzać organizm, zachować siły na trudniejsze partie.
Na 50-60 km wziąć kofeinę, zaatakować pozycje. Wielu zawodników miało umierać w ostatnich godzinach, a u mnie wytrzymałość zwykle daje przewagę w drugiej połowie.
Uważać, by nie połamać się na zbiegach – to lekcja z Walencji 2024, która we mnie siedzi.
Analizuję sam moment kapitulacji.
Na 56 km wiedziałem, że nie dokończę. Ciało dawało sygnały, że zostały rezerwy mniejsze, niż zakładałem – tempo spadało, nogi traciły moc, głowa zaczęła kalkulować, czy ma sens kontynuować.
Główny powód – trasa była zbyt mało biegowa, bym mógł wykorzystać swoje atuty wytrzymałościowe. Im więcej technicznej pracy w terenie, tym bardziej moja przewaga się zacierała.
Również – brak adrenaliny startu. Nie czułem, by moje ciało chciało walczyć. To dla mnie nowa obserwacja – może wynika z długiego sezonu, może z presji, może z wątpliwości w głowie po nieudanej Walencji rok wcześniej.
Mimo nieudanego startu chcę powiedzieć bardzo wyraźnie – polski zespół był fenomenalny.
Stan Orłowski jako trener kadry zrobił świetną robotę – przygotowania, logistyka, atmosfera w grupie były na najwyższym poziomie.
Michał Dudczak wszedł w rolę asystenta – dla biegaczy support na zawodach to ogromna wartość, a Michał wykonał ją perfekcyjnie.
Jacek Tyczyński w roli pomocniczej, bez którego logistyka byłaby znacznie trudniejsza.
Mimo nieudanego startu wraz z grupą stworzyliśmy niesamowitą atmosferę – to coś, co zostanie ze mną z tych mistrzostw, niezależnie od mojego wyniku.
Po nieudanym starcie dostałem wiele wiadomości od zawodników, których prowadzę.
Większość zawodników, którzy mnie znają, najpierw pisała: „jak się czujesz?”. Dopiero potem mówili o swoich startach. To dla mnie była ogromna lekcja empatii i pokazanie, jaką społeczność zbudowałem wokół siebie.
W ten weekend wielu moich zawodników pobiło życiówki – to było pocieszenie. Mimo własnej porażki widziałem sukcesy ludzi, których prowadzę, a to jest dla mnie ważniejsze niż jeden mój wynik.
Podkreślam, że pytanie „jak się czujesz?” to bardzo ważna sprawa. Po nieudanym starcie człowiek potrzebuje empatii, nie analiz „dlaczego nie pobiegłeś szybciej”. Zawodnicy, którzy mi tak napisali, dali mi więcej niż znają.
Odpoczynek to nie koniec – już teraz zarysowuję kolejny rok.
Celuję w 900 punktów ITRA. To wyższa półka, której nigdy wcześniej nie osiągnąłem.
Głównym celem 2026 jest festiwal UTMB i start na CCC (100 km). To naturalne rozszerzenie mojej trajektorii ultra.
W perspektywie kilkuletniej – mistrzostwa świata na 100 km, kolejny dystans, w którym chcę się sprawdzić.
Zapowiadam okres roztrenowania, który po MŚ jest niezbędny.
Zamiast dwóch dziennie – dwa tygodniowo. Bardzo lekko, dużo spacerów, dużo snu, dużo regenerujących posiłków.
Chcę się „pobawić w normalnego człowieka”. Czas dla narzeczonej Ani, dla rodziny, dla siebie. To moment, na który zasługuję po roku totalnego zaangażowania.
Nieudane MŚ to lekcja o pokorze. Mówię otwarcie o swoim błędzie wyboru dystansu, o emocjach po porażce, o sile zespołu, który wspierał mnie mimo wszystko. Pokazuje, że nawet zawodnik klasy międzynarodowej musi nauczyć się przyjmować porażkę – i że umiejętność wyciągania z niej wniosków jest być może ważniejszą umiejętnością niż samo wygrywanie. Wracam silniejszy, mądrzejszy i z bardziej realistycznym obrazem własnych mocnych stron.