Podsumowanie serii „Walencja” – Florian niestety nie pobiegł, Krzysztof Żygenda pobiegł 1:06 w półmaratonie. W tym odcinku rozmawiamy o tym, dlaczego Florian podjął decyzję o niezgłoszeniu się na linię startu, jak Krzysiek pomimo zimna i deszczu wykręcił świetny czas, oraz dlaczego po biegu przeziębił się tak mocno, że dziś ledwie mówi przez nos. W tle straszna powódź w Walencji i okolicach (ponad 50 ofiar), wyjazd z innego lotniska i lekcja o tym, jak bardzo stan zdrowia może wpłynąć na cały plan startowy.
Kończymy z Krzyśkiem cykl Walencja podsumowującym odcinkiem, który nie potoczył się zgodnie z naszymi planami. Niestety ja nie pobiegłem – choroba, która przyszła w sobotę przed startem, wymusiła wycofanie się z biegu. Krzysiek pobiegł 1:06 w półmaratonie, co jest świetnym wynikiem mimo trudnych warunków pogodowych. Ten odcinek ma więc dwa równoległe wątki – moja porażka logistyczna z chorobą, której nie da się ominąć żadnym treningiem, i sukces Krzyśka, który przeszedł przez trudny bieg i wyciągnął z niego ważne lekcje. W tle naszej rozmowy stale przewija się tragedia powodzi w Walencji, która zabiła ponad 50 osób i sprawiła, że Krzysiek musiał wracać z innego lotniska.
W dniach poprzedzających nasz start Walencję i okolice nawiedziły niszczycielskie powodzie, w których zginęło ponad 50 osób. Skala zniszczeń była ogromna – całe wioski pod wodą, drogi zerwane, lotnisko w Walencji częściowo nieczynne. Krzysiek miał wracać we wtorek z lotniska w Walencji, ale z powodu powodzi musiał wyjeżdżać dzień później z innego lotniska – Saragossy. Sami przez chwilę mieliśmy wątpliwości, czy maraton w Walencji 1 grudnia w ogóle się odbędzie – na szczęście organizatorzy zdecydowali kontynuować imprezy biegowe, choć z modyfikacjami. Tragedia w tle naszego startu pokazała mi, jak dalece bieganie jest mniejszą sprawą niż życie – i to perspektywa, którą warto regularnie sobie przypominać.
Krzysiek opowiedział mi szczegółowo o swoim biegu.
Warunki nie były idealne. 12 stopni Celsjusza, deszcz, mokra trasa, miejscami silny wiatr. Dla półmaratonu to znacznie gorzej niż klasyczne walenckie 15-17 stopni słońca, do których biegacze się przygotowują.
Krzysiek pobiegł świetny czas 1:06. Z perspektywy czasu jest zadowolony – przekroczył psychologiczną granicę, którą sobie wyznaczył w Kopenhadze, i potwierdził, że jest na poziomie ścisłej krajowej czołówki. Dla mnie jako jego rywala-towarzysza po drugiej stronie mikrofonu to powód do dumy – obaj wyciągnęliśmy z tego cyklu konkretne wnioski.
Po przekroczeniu mety Krzysiek przez 15-20 minut szukał swojej mamy, która miała przy sobie jego rzeczy. W tym czasie był rozebrany, w deszczu i zimnie, bo nie zostawił rzeczy w oficjalnym depozycie. Zmarznięcie połączone z gorszą jakością snu w kolejnych dniach (przez powódź, zmieniony wyjazd, stres) doprowadziło do infekcji zatok, z którą Krzysiek walczył jeszcze przez tydzień po starcie.
Krzysiek sformułował jasną refleksję – powinien był oddać rzeczy do oficjalnego depozytu, a nie polegać na mamie. Wtedy mógłby się od razu po mecie ubrać i nie zmarznąć. Dla mnie to ważna lekcja, którą wynoszę dla siebie i moich zawodników – support rodzinny jest fantastyczny w trakcie biegu i przed startem, ale logistycznie po mecie depozyt jest szybszy, pewniejszy i nie wymaga szukania w tłumie tysięcy biegaczy.
Opisuję swój dylemat ostatnich dni przed Walencją. W sobotę przed startem zachorowałem – klasyczne objawy infekcji wirusowej, ból gardła, podwyższona temperatura. W niedzielę rano czułem się jeszcze gorzej i podjąłem trudną decyzję: nie startuję. Mimo długich przygotowań, mimo zainwestowanego czasu i pieniędzy, mimo całego cyklu z Krzyśkiem – zdrowie ważniejsze niż jeden start. To była najtrudniejsza decyzja sportowa minionych miesięcy, ale dziś nie żałuję ani jej, ani sposobu, w jaki ją podjąłem.
Przez 3 dni po Walencji nie biegałem w ogóle, dopiero potem powoli wracałem do treningu. Już teraz wracam do regularnej pracy, ale nie jestem jeszcze w pełni dyspozycji – infekcja zostawiła ślad, którego nie da się obejść szybkim treningiem. Akceptuję to. Zdrowie ma swój własny rytm i nie da się go skrócić.
Formułuję uniwersalną refleksję, którą wyciągam z tej sytuacji. Ekstremalny start na 3-4 tygodnie przed głównym celem może wybić zawodnika z rytmu – i Krzysiek właśnie pokazał, jak choroba może przyjść po starcie i wpłynąć na kolejne tygodnie. Dla maratonu Walencja moja świadoma decyzja brzmi: mogę zrezygnować z półmaratonu i pełniej skupić się na maratonie. Mniejsze ryzyko, większa szansa na trafienie z formą w głównym starcie. To wniosek, który zmienia moje planowanie sezonów w przyszłości.
Mimo nieudanego półmaratonu w Walencji mam jasny plan na końcówkę roku.
Myślę o starcie w Biegu Niepodległości na 10 km, jeśli organizm pozwoli. Po cichu liczę na dobry wynik, ale ostrożnie – po chorobie wszystko trzeba dawkować rozsądnie.
Główny cel pozostaje – maraton w Walencji 1 grudnia. Cztery tygodnie do startu. Plan: poprawić życiówkę 2:20 z debiutu i pobiec poniżej. Po nieudanym półmaratonie wiem, że muszę szczególnie uważać na regenerację i nie forsować zbyt szybko powrotu do pełnych treningów.
Planuję wyjazd w piątek z Krakowa – to skraca czas adaptacji do strefy czasowej i pogody, a jednocześnie pozwala wziąć sobotę jako spokojny dzień.
Krzysiek też zarysował swoje plany.
Kolejny duży start to mistrzostwa Polski w przełajach w Atenach. Po sezonie półmaratonowym wraca do zupełnie innej intensywności – co jest doskonałą zmianą charakterystyki dla organizmu.
Zasugerowałem, że może nagramy razem świąteczny odcinek z dwoma dodatkowymi gośćmi, w wynajętym studio – format trochę inny, lżejszy, podsumowujący. Krzysiek się zgodził.
Obaj zreflektowaliśmy się nad całą serią. Cykl był ogromnie wartościowy – mimo że mój start nie wyszedł, sześć odcinków pokazało słuchaczom konkretny proces przygotowań do startu, z autentycznymi wątpliwościami, codziennymi dylematami i lekcjami z każdego tygodnia. Krzysiek dodał, że jeśli mamy plany startowe na 2025, możemy wrócić z podobną serią – to format, który się sprawdził. Dla mnie to też dobra szkoła – praca w formacie cotygodniowych odcinków uczy dyscypliny i daje słuchaczom poczucie ciągłości, jakiego pojedyncze odcinki dać nie mogą.
Piąty odcinek to lekcja o tym, że nawet najlepiej zaplanowany cykl treningowy może zostać zniweczony przez chorobę, której nie da się ominąć żadnym treningiem. Ważne jest umieć podejmować trudne decyzje (nie startować, choćbyśmy bardzo chcieli) i wyciągać z każdego doświadczenia wartość, nawet z porażki logistycznej. Krzysiek pokazał, że można pobiec świetnie w trudnych warunkach – ja nauczyłem się, że można szanować zdrowie i nie ryzykować dla jednego startu. Obaj wyciągnęliśmy lekcje, które zostaną z nami na lata.