Jak wygrałem maraton w Gdańsku?

Jak wygrałem maraton w Gdańsku? Florian dwa dni po wygranej w gdańskim maratonie z czasem 2:20 wraca z odcinkiem solo. W tym podcaście opowiada o przygotowaniach, samym biegu (wraz z partnerem treningowym Wojtkiem Serkowskim do półmaratonu), o pomocy karbonów Brooks na zaledwie 3-4 treningach przed startem oraz o nadchodzących celach: mistrzostwa Polski w biegach górskich na Wielkiej Prehybie i Mozart by UTMB w Salzburgu (92 km, 4600 m przewyższenia).

Streszczenie odcinka

Dwa dni po zwycięskim maratonie

Nagrywam ten odcinek 8 kwietnia, dwa dni po zwycięskim maratonie w Gdańsku. Emocje powoli już opadły, więc mogę na chłodno przeanalizować ten bieg, zobaczyć, jak przygotowania wyglądały, co można było poprawić, czy rzeczywiście warunki były aż tak trudne. Bardzo dziękuję wszystkim za dobre słowa i gratulacje – było ich naprawdę dużo i jest mi niezmiernie miło, że tak wiele osób mnie wspiera. To naprawdę motywujące i zachęca do dalszego biegania, ścigania się z najlepszymi o jak najlepsze rezultaty. Wynik 2:20:01 z poprawą rekordu trasy o ponad 3 minuty to dla mnie ogromny sukces, choć po samym biegu czułem się tak zmęczony, że ciężko było mi przejść kaczym chodem do samochodu.

Gdańsk jako środek do celu

Start w Gdańsku był dla mnie celem, a bardziej środkiem do celu, ponieważ w tym roku duże skupienie chcę poświęcić biegom górskim. W zeszłym roku zdobyłem srebrny medal mistrzostw Polski w biegach górskich na dystansie ultra. W tym roku mam dwie szanse na kwalifikację do mistrzostw świata. Za 2,5 tygodnia odbędą się Mistrzostwa Polski w biegach górskich w Szczawnicy na dystansie 44 km na Wielkiej Prehybie i tam zrobię wszystko, żeby być w pierwszej szóstce. Pięć tygodni później mam w planach najdłuższy bieg w moim życiu – Mozart by UTMB w Salzburgu na dystansie 92 km z 4600 m przewyższenia. Startowanie z orzełkiem na piersi we wrześniu w Hiszpanii to byłoby spełnienie moich marzeń.

Ogromna konkurencja na Prehybie

Na Wielkiej Prehybie zapowiada się najsilniej obsadzony bieg w historii polskiego trailu. Z moich informacji wynika, że na starcie staną Marcin Rzeszutko, Marcin Kubica, Andrzej Witek, Krzysztof Bodurka, Dominik Tabor, Dawid Malina, Rafał Matuszczak, Dominik Milewski, Marcel Fabian, Kamil Leśniak. Do tego mój teamowy kolega z Brooksa – Michał Dudczak. Już to jedenaście osób, więc naprawdę będzie ciężko załapać się do top 6. Dodatkowo trzeba uzyskać odpowiednią liczbę punktów ITRA – do tego potrzebuję Mozarta, gdzie zasady kwalifikacji wymagają biegu między 70 a 105 km z minimum 500 m przewyższenia na każde 10 km.

Większa objętość, więcej godzin treningu

Kwiecień miał być momentem sprawdzianu mojej formy. Miałem za sobą dwa starty – lokalny w styczniu i Pomeranię w marcu, ale oba traktowałem jako mocny trening, nie jako start z odpuszczeniem. To, co zmieniło się względem poprzednich lat, to dużo większa objętość – mniej więcej 16, czasami nawet 18 godzin tygodniowo, przez około osiem tygodni bardzo ciężkiej pracy. Sporo było roweru, jedna siłownia w tygodniu, ale nie robiłem jakichś niesamowitych jednostek treningowych. Z ważniejszych treningów: 2 razy 10 km w tempie okołomaratońskim – pierwsza dyszka 3:17, druga 3:16, czyli całkiem szybko. Trzeba pamiętać, że na GPS-ie wychodzi zwykle kilka procent więcej, więc na atescie było jeszcze szybciej.

Ostatni tydzień przed maratonem

W niedzielę 7 dni przed startem pobiegłem 12 razy 1 km bardzo spokojnie po 3:30-3:35 na km na przerwie 60 sekund. Poniedziałek – godzina roweru rano i godzina spokojnego biegu po południu. Wtorek – 4 razy 2 km na przerwie 2 minuty po 3:18-3:19 na km, czyli 8 km w tempie maratońskim. Środa rano spokojna godzina roweru, po południu godzina biegu. Czwartek – 5 razy 1 km na przerwie 2 minuty z prędkością maratońską. Piątek był pierwszym dniem wolnym od stycznia – nagrywaliśmy wtedy vloga z Trek Nutrition. Pierwszy raz wziąłem też udział w konferencji prasowej jako jeden z faworytów. W sobotę luźne 10 km, jedyną troską była pogoda.

Pogoda i pomoc Wojtka Serkowskiego

Tydzień wcześniej, podczas Półmaratonu Warszawskiego, narzekano na gorąco i zbyt późny start. We Gdańsku problem był odwrotny – temperatura zera, trzech, może pięciu stopni, ale silne podmuchy wiatru i padający śnieg. Daniel Krzyzel, którego załatwiłem do prowadzenia tempa przez 25 km, doznał kontuzji i nie mógł biegać. Wielka ulga, że Wojtek Serkowski – też świetny biegacz – zgodził się go zastąpić. Poprowadził mnie nie 25, a dokładnie 21 km, czyli półmaraton. Przez tę połówkę nie musiałem o niczym myśleć – po prostu trzymałem tempo Wojtka, a on cały wiatr przyjmował na siebie. Bez Wojtka pewnie byłoby 2:21, a może i 2:22.

Brak presji – komfort domowego startu

Nie czułem aż takiej presji jak przed Walencją. Po pierwsze, nie musiałem nigdzie jechać. Wstałem o 6:30, maraton był o 9:00, śniadanie zjadłem we własnej kuchni, 20 minut samochodem od mojego mieszkania był start. Dzień przed jadłem normalne rzeczy – około 500 g makaronu, sos pomidorowy, tofu jako źródło białka. Nie stosowałem klasycznego ładowania węglowodanami, bo na co dzień jem ich naprawdę dużo – minimum pół kilo makaronu lub ryżu, do tego rano 100-150 g kaszy jaglanej, owoce, izotonik. Przy mojej masie ciała to już około 10 g węgli na kilogram, więc nie musiałem się o to dodatkowo martwić. Pogoda paradoksalnie pomogła – zniknął problem czy pobiegnę 2:20 czy 2:21.

Plan żywienia w trakcie biegu

O 6:30 pobudka, śniadanie – 100 g kaszy jaglanej z daktylami, białko (by obniżyć indeks glikemiczny) i mrożone owoce. Na start wziąłem 8 żeli Trek po 22 g – razem 176 g węgli. Dodatkowo dwie tabletki kofeiny i napój węglowodanowy: 100 g węgli rozpuszczonych w 750 ml wody, popijany od 7:30. Niestety jedna tabletka kofeiny musiała mi wypaść z kieszeni przy wyciąganiu żelu w trakcie biegu – szukałem jej dosyć dokładnie, ale nigdzie jej nie było. Co więcej, na końcu biegu zrobiło mi się tak niekomfortowo na żołądku, że nie wziąłem dwóch ostatnich żeli. Zauważyłem też mały dryf tętna na koniec – organizm potrzebował jeszcze trochę węglowodanów.

Pierwsze 10 km – kontrolowane tempo

O 8:15 ruszyliśmy z Wojtkiem na rozgrzewkę. Zrobiliśmy luźne 4 km. Przed startem na trasie nie widzieliśmy nikogo, kto chciałby z nami biec. Pocałowałem Anię, która biegła 5 km i ostatecznie zrobiła 21:39 – z kilometrażu 15-20 km tygodniowo to dla mnie kolosalny wynik. Pierwszy kilometr 3:23, dosyć wolno. Pierwsze 3 km wyszło po 3:26 – „kurde, za wolno” – pomyślałem. Ale biegliśmy w stronę morza, gdzie wiatr był silniejszy, a od czwartego kilometra po nawrotce wiało już z plecami. Kolejne 3 km wyszły 3:16, dychę minęliśmy w 33:20. Wszystko trzymało się kupy. Jadłem żel co 5 km. Kibiców było wielu – minimum 50 osób krzyknęło „Dawaj Florian”, a pewnie było ich więcej.

Aleja Zwycięstwa i półmaraton

Najbardziej obawiałem się alei Zwycięstwa, która przeradza się w aleję Grunwaldzką – tu miało być najbardziej pod wiatr. W pewnym momencie zapytałem Wojtka, czy biegniemy z wiatrem, czy pod wiatr, bo nic nie czułem. Wojtek się zaśmiał i powiedział, że wieje ostro. Czyli on przyjmował cały wiatr na siebie. Półmaraton minęliśmy w 1:10 – Wojtek pobiegł odrobinę szybciej, bo chciał, by jego półmaraton był poniżej 1:10. Tam się ze mną pożegnał i potem żartowaliśmy, że chciał szybciej, by zdążyć na SKM-kę – mieszkał w okolicach Kartuz i był w domu szybciej, niż ja dobiegłem do mety, choć musiał pokonać 30-40 km.

Pułapka 24-27 km

Po półmaratonie biegłem już sam. Przed mną jechał samochód, więc nie musiałem patrzeć na zegarek na każdym kilometrze. Kolejna trójka 24-27 km to było 9:36 – z tempa 3:18-3:19 nagle przyspieszyłem do 3:12. Z perspektywy czasu to mógł być błąd, który mnie odrobinę zabił. Choć możliwe, że źle rozstawione były znaczniki. Kolejna trójka 27-30 km to 9:57. Biegliśmy szeroką ulicą, gdzie było dużo więcej kibiców, trasa płaska, bezproblemowa. Tam miałem też nieszczęście ze znikającą tabletką kofeinową. Ostatnie 6-7 km nie były łatwe – odrobinę cierpiałem, na 41 km oddałem rękawiczki Ani i poczułem, że szansa na połamanie 2:20 mi się wyślizgnęła.

Finisz na stadionie Lechii

Końcówka była taka, gdzie wciąż wydaje się, że już dobiegasz, ale jeszcze trzeba okrążyć cały stadion. Fantastyczny moment, gdy zobaczyłem Tomka z bieganie.pl, który razem ze mną przebiegł ostatnie 50 metrów. Usłyszałem swoje imię i nazwisko, przybijałem piątki i wbiegłem na metę jako pierwszy zawodnik gdańskiego maratonu z rekordem trasy poprawionym o ponad 3 minuty. Ludzie mówili, że nie wyglądałem na zmęczonego, ale uwierzcie – zmęczenie było ogromne. Po prostu wiedziałem, że czekają mnie wywiady i muszę się sprężyć, by powiedzieć coś sensownego. Wywiadów było całkiem sporo – TVP Info, RMF, lokalne portale.

Karbony i ćwiczenie ekonomii biegu

Odpowiadam na pytanie z Instagrama – jak często używam karbonów. Naprawdę rzadko. Nawet trening 2 razy 10 km w tempie maratońskim robiłem w zwykłych butach. Karbony założyłem dosłownie 3-4 razy przed startem. Nie chodzi o oszczędzanie ich żywotności, ale po prostu większość treningów lubię biegać w zwykłych butach od Brooksa. Co do tętna – miałem 176 uderzeń przy tempie 3:18, choć mój próg jest na 175. Odpowiadam: w dniu startu emocje, kofeina, jedzenie podnoszą tętno. To normalne. Oddychałem przez nos i nos, nie rękami. Trening to nie tylko klikalne jednostki, ale suma kilometrów i mądra regeneracja – sen, drzemki, dieta.

Plany dalsze i pytania słuchaczy

Po biegu poszedłem na 35 minut na trenażer – sprawdzić, czy nogi nie protestują. Były w porządku, co pokazuje, że siłowo jestem dobrze przygotowany do gór. Poniedziałek – godzina roweru i godzina biegu. Wtorek – dwie godziny roweru i godzina biegu. W rankingu Race My Trail przed Wielką Prehybą jestem 10. – muszę pokonać 4 osoby, by wskoczyć do top 6. Na pytanie, czy byłaby życiówka w lepszych warunkach – tak, prawdopodobnie 2:18-2:19. Nie 2:15 czy 2:16, jeszcze nie czuję tego wyniku. Czy poprawię rezultat w Walencji na koniec roku? Prawdopodobnie, choć priorytet to bieg na 100 km w Szwecji w październiku w cyklu UTMB. Najważniejsze: bieg gdański był etapem, nie celem – cele dopiero przede mną.

Najnowsze odcinki podcastu

Max Czyżykowski – Jak tworzyć treści o bieganiu, które nie są nudne?

Damian Rudnik: Moja biegowa przygoda – od 1500 metrów do ultra

Te suplementy faktycznie działają w bieganiu. Kamil Suwała