Mikołaj Klimczak – jeden z najlepszych polskich biegaczy górskich, w 2025 roku wygrał między innymi Bieg Granią Tatr (z rekordem trasy) i ultramaraton 3 razy Śnieżka – wraca do biegania po poważnej kontuzji opisanej krok po kroku w tym odcinku. W tym pierwszym podcaście dla Mikołaja rozmawiamy o jego świeżym zwycięstwie na Baran Trail, o przeszłości z lekkoatletyki, o tym, dlaczego trzymiesięczne kręcenie 4-5 godzin tygodniowo na trenażerze w garażu okazało się jednym z najlepszych okresów w jego treningu, oraz o tym, jak mądrze wracać po poważnej kontuzji.
Moim gościem był Mikołaj Klimczak – jeden z najlepszych polskich biegaczy górskich, w 2025 roku zwycięzca Biegu Granią Tatr z rekordem trasy oraz ultramaratonu 3 razy Śnieżka. To był jego pierwszy w życiu podcast i czuło się to w rozmowie – Mikołaj otwarcie odpowiadał na pytania, ale z dystansem do publicznego dzielenia się szczegółami treningu. Mimo to udało nam się przejść przez kluczowe tematy: jego niedawne zwycięstwo na Baran Trail, drogę z lekkoatletyki do skyrunningu, powrót po poważnej kontuzji przez trenażer rowerowy oraz jego filozofię cierpliwego trenowania. Dla mnie to była okazja do rozmowy z biegaczem, który osiąga wyniki klasy międzynarodowej, ale wciąż pozostaje skromny i niemal anonimowy poza ścisłą społecznością biegów górskich.
Mikołaj wrócił z biegu, który ukończył kilka dni przed naszą rozmową.
Mikołaj opowiedział mi, że Baran Trail to bieg „strasznie szybki” – mniej technicznie, więcej biegania w typowo płaskim rytmie. Dla biegacza wyspecjalizowanego w skyrunningu (mocne podbiegi, techniczne zbiegi) taki format trasy nie jest najwygodniejszy, ale Mikołaj świadomie wybiera takie starty.
Mikołaj otwarcie powiedział mi, że trasa nie była dla niego idealna – jego atutem są techniczne, kamieniste fragmenty, a Baran Trail to bardziej biegowa imprezą. Ale właśnie dlatego chciał na nim startować – wyjście ze strefy komfortu jest dla niego strategią rozwoju.
Mikołaj uważa, że trzeba startować w biegach, które zmuszają nas do ścigania się z szybszymi rywalami w naszych słabszych obszarach. To filozofia, którą głęboko podzielam – rozwój nie przychodzi z biegania w komfortowych warunkach, tylko z konfrontacji z własnymi słabościami.
Mikołaj opowiedział mi o swoich biegowych początkach.
W lekkoatletyce Mikołaj najbardziej radził sobie w biegu z przeszkodami (3000 m z przeszkodami). To dyscyplina, która wymaga połączenia wytrzymałości, koordynacji i siły – i wszystkie te elementy okazały się fundamentem jego późniejszego sukcesu w skyrunningu.
Dziś w skyrunningu Mikołaj wraca do umiejętności, które wypracował w przeszkodach – sztywne podbiegi wymagają takiej samej eksplozywności co przeszkody, techniczne zbiegi to koordynacja podobna do skoków przez przeszkody. To pokazuje, że wszechstronność z młodości procentuje latami.
Mikołaj powiedział mi, że woli skyrunning niż łatwe trasy – wysokogórskie biegi to jego naturalne środowisko. Trudność trasy nie jest dla niego problemem, tylko atutem – bo eliminuje rywali, którzy nie mają jego specyficznych umiejętności.
Najbardziej osobista część rozmowy dotyczyła trudnego okresu kontuzji.
Mikołaj poleciał na Wyspy Kanaryjskie z myślą o biegach – typowy zimowy wyjazd polskiego biegacza górskiego do ciepłego klimatu. Okazało się, że nie może biegać – kontuzja, której nie udało się zdiagnozować szybko, zatrzymała go w pełnym biegu.
Wrócił do Polski z planem przebudowania bazy. Do końca lutego nie biegał wcale – tylko rower. To była długa, miesięczna przerwa od biegania, której większość ambitnych biegaczy by nie zniosła psychicznie.
W garażu, na trenażerze Zwift, Mikołaj kręcił 4-5 godzin co niedzielę. „Jak chomik” – tak żartobliwie opisał ten okres. To wymagało ogromnej dyscypliny, bo 4-5 godzin na trenażerze to nie zabawa, to praca.
Mikołaj powiedział mi: „bardzo, bardzo dobrze się przy tym bawiłem”. Mimo monotonii trening dawał mu satysfakcję – bo widział, że buduje coś, co potem zaprocentuje. To filozoficzna postawa, której często brakuje biegaczom kontuzjowanym.
Mikołaj opisał mi konkretne efekty miesięcy spędzonych na trenażerze.
Dziesiątki godzin na trenażerze pozwoliły Mikołajowi zbudować bardzo mocną bazę aerobową bez ryzyka kontuzji. To godziny pracy w drugiej strefie tętna, których biegowo nie da się wykonać bez przeciążenia.
W końcowym sezonie Mikołaj zauważył, że biega znacznie lepiej pod górę. Rower dał mu siłę nóg, której wcześniej nie miał – praca pedałowania mocno angażuje czworogłowy i pośladki, które na podbiegach decydują o tempie.
Dzięki bazie Mikołaj biega na niższym tętnie przy tych samych prędkościach, co rok wcześniej. To oznacza, że ten sam wysiłek kosztuje go mniej – czyli na zawodach może utrzymać tempo dłużej.
Minusem jest brak najwyższych prędkości. W zeszłym roku Mikołaj biegał 20 razy kilometr po 3:30, w tym roku 3:45. Tętno niższe, ale brak typowo szybkich akcentów. To kompromis, który Mikołaj świadomie przyjął – wybierając bazę kosztem szybkości.
Mikołaj zapowiedział mi, że zimę 2025/2026 zamierza powtórzyć w podobnym formacie.
Rower stał się dla Mikołaja stałym narzędziem – nie awaryjnym, tylko świadomie wybranym elementem zimowego treningu. Każdej zimy planuje powtarzać podobny format.
Na trenażerze nie ma ryzyka kontuzji ze ślizgania się czy upadku – może długo trenować w niskich, kontrolowanych intensywnościach.
Mikołaj sformułował mi swoje credo, które jest dla mnie inspirujące.
Najważniejsze: słuchać organizmu. Po latach Mikołaj wie, co działa – kiedy odpocząć, kiedy przyspieszyć, kiedy zrezygnować z planu. To intuicja, którą buduje się latami obserwacji własnego ciała.
Powrót po kontuzji wymagał cierpliwości. Zamiast forsować bieganie, Mikołaj wybrał rower. To wybór, który wielu ambitnych biegaczy boi się podjąć – bo czują, że „muszą biegać”.
Nie ma jednej drogi. Trzeba znaleźć to, co działa na własnym ciele – dla Mikołaja rower, dla kogoś innego pływanie, dla kogoś jeszcze – tylko bieganie. Indywidualizacja jest kluczem.
Mikołaj skomentował poziom polskiego skyrunningu.
Dominik Tabor, Marcel Fabian, Marcin Rzeszutko, Gabryś Kuropatwa – „potężna paka”, jak określił to Mikołaj. Polski skyrunning jest dziś na poziomie, który jeszcze 5 lat temu wydawał się nieosiągalny.
Mikołaj uważa mnie za jednego z silnych biegaczy górskich w Polsce – co dla mnie jest dużą pochwałą, bo Mikołaj rzadko chwali.
Mikołaj za miesiąc zostanie ojcem. Narodziny dziecka zmienią jego priorytety – mniej czasu na trening, więcej na rodzinę. Mikołaj zapewnił mnie, że nie zamierza rezygnować z biegania, ale planuje mądrzejsze gospodarowanie czasem. To tematy, które wracają u wielu zawodników biegowych – łączenie sportu wyczynowego z rodziną wymaga adaptacji, ale jest możliwe.
Mikołaj zarysował mi konkretne cele.
Kolejny duży start to Innsbruck – europejskie biegi górskie, mocna obsada, dobra okazja do sprawdzenia formy w międzynarodowej rywalizacji.
Mikołaj zapowiedział mi wpadnięcie do Karpacza, gdzie Piotr Winter regularnie go zaprasza. To miejsce, które dla wielu polskich biegaczy górskich stało się drugim domem.
Obaj liczymy, że w 2026 znowu się pościgamy. To dla mnie ważne – rywalizacja z Mikołajem to standard polskiego trail-runningu na najwyższym poziomie.
Mikołaj pokazał mi, że kontuzja może być cennym okresem rozwoju, jeśli mądrze wykorzystamy alternatywne narzędzia. Trenażer w garażu nie jest atrakcyjnym treningiem, ale daje bazę, której potem nie odbudujesz w 2 miesiące. Cierpliwość, pokora, świadomość organizmu – to są fundamenty Mikołaja jako sportowca i jako człowieka. Pierwsza rozmowa, ale mam nadzieję, że nie ostatnia.