Po raz drugi w historii podcastu solo – Florian Pyszel siada przed mikrofonem, by opowiedzieć o swojej drodze do Golden Trail National Series i o tym, jak jako gdyński biegacz znalazł się w pięciodniowym biegu na Maderze obok najlepszych biegaczy górskich świata. W tym odcinku Florian opowiada o powrocie z Malagi do Gdyni w 2020 roku, pierwszym „prawdziwym” biegu górskim w czerwcu 2022 (gdzie popełnił wszystkie możliwe błędy), o lekcjach od Marcina Stanglewicza i Kamila Kuliga z trójmiejskiego triathlonu oraz o planach maratońskich na 2023 rok.
W 92. odcinku Świata Okiem Biegacza po raz drugi w historii podcastu siadłem przed mikrofonem solo. Nagrywałem ten odcinek długo zwlekając, bo myśli się skumulowały po pięciodniowym finale Golden Trail National Series na Maderze, do którego się zakwalifikowałem i z którego wróciłem ze stłuczoną stopą i niedosytem. Postanowiłem usiąść i sam opowiedzieć, jak to wyglądało, bo trudno tę historię oddać w formacie wywiadu – to jest moja najpełniejsza, najbardziej intensywna i najbardziej osobista relacja sportowa, jaką zrobiłem do tej pory. Z perspektywy końca października 2022 mówię o powrocie z Malagi, pierwszym prawdziwym biegu górskim, kwalifikacji w Czechach, samym pobycie na Maderze i o tym, czego się nauczyłem.
Opowiadam, że w kwietniu 2022 roku, po 8 miesiącach w Maladze – moim zdaniem najfajniejszym miejscu do życia w Europie – wróciłem do Polski i zamieszkałem w Gdyni. Wiedziałem, że nie mam szans być najlepszym biegaczem na ulicy ani na stadionie, więc poszukałem niszy. Moim zdaniem poziom Biegów Górskich w Polsce jest niższy niż poziom uliczny czy stadionowy, a w silnie obsadzonych europejskich biegach górskich łatwiej mi osiągnąć dobre miejsce niż w maratonie. Mój pierwszy realnie przygotowany bieg górski to dopiero czerwiec 2022 – Europejski Festiwal Biegowy w Lądku Zdroju, w którym zrobiłem wszystkie możliwe błędy: za szybki start, mylenie trasy, kilka razy musiałem czekać na innego zawodnika, żeby się nie zgubić. Mimo to wygrałem.
Na Dolnośląskim Festiwalu Biegowym w Lądku zająłem drugie miejsce za Andrzejem Witkiem. To była jedna z pięciu kwalifikacji do finału Golden Trail National Series na Maderze, do którego pojeżdżała pierwsza trójka. Andrzej już wtedy zapowiadał, że nie pojedzie, więc mocniejszy rywal odpadł i drugie miejsce dało mi szansę. Nazwałem to przeznaczeniem – poświęciłem wakacyjne miesiące pod ten cel. Założyłem trenażer i przez cały lipiec i sierpień kręciłem na trenażerze pod nachylenie, dużo czasu na siłowni, biegałem na bieżni z nachyleniem. Marcin Kęsy zrobił mi badania wydolnościowe, Kuba Gdula z BodyWork w Poznaniu pomógł z dynamicznym treningiem siłowym, konsultowałem się z trenerem Andrzejem Orłowskim, Andrzejem Witkiem i Bartkiem Przedwojewskim.
W finałowym biegu kwalifikacyjnym w Czechach na Jesenickim Maratonie zająłem drugie miejsce i wygrałem złoty bilet na Maderę. Pamiętam, że po przyjeździe z Czech zacząłem się bać – za dwa miesiące czekały mnie najtrudniejsze zawody w życiu, a ja nigdy w życiu nie biegałem 5 dni pod rząd na poważnych przewyższeniach. W trakcie przygotowań ważnym sygnałem był obóz w Karpaczu z Kamilem Leśniakiem i Piotrkiem Winterem oraz kontrolny start w Ultra Kotlinie, gdzie wygrałem przed Kubą Gorzelońskim i Kamilem Leśniakiem. Wiedziałem, że jestem w mocnym treningu i zbudowałem dobrą bazę.
Na miejscu opisuję pięć dni szczegółowo. Pierwszego dnia skupiłem się na przebiegnięciu – 6 km z 1500 metrów przewyższenia, 25 procent nachylenia, naprawdę robiło wrażenie. Drugiego dnia byłem już 29, trzeciego dnia już 14 – piąte miejsce w klasyfikacji Golden Trail National Series. Czwartego dnia ruszyłem mocniej. Na pierwszym kilometrze biegłem w trzeciej-czwartej pozycji, przed mną tylko Rémi Bonnet i Manuel Maria z Hiszpanii. Na szczycie podbiegu byłem w Top 20. Z perspektywy czasu widzę, że pobiegłem za mocno na początku i wybrałem niewłaściwe buty – ślizgałem się na mokrym terenie. Po 8-9 km na zbiegach zacząłem się męczyć, na szybszym odcinku w tempie 3:15-3:20 nie podniosłem wystarczająco wysoko stopy i uderzyłem palcami w kamień. Z minuty na minutę ból się pogarszał, w pewnym momencie traciłem nadzieję, że ukończę bieg. Doszedłem do mety, choć powinienem zejść po 13 km. Bieg, który miał mi zająć około 2:40 zajął ponad 4 godziny. Popłakałem się kilka razy.
Kolejnego dnia zabrali mnie do Funchalu – stolicy Madery – na prześwietlenie. Lekarz powiedział, że nic nie jest złamane. Po pokazaniu zdjęcia moim znajomym fizjoterapeutom okazało się jednak, że to coś więcej niż stłuczenie – prawdopodobnie pęknięcie. Sezon skończyłem 29 października, choć miałem inne plany. Maraton w Walencji w grudniu, do którego się szykowałem, padnie – to mnie boli. Pięć dni nie pobiegłem ostatniego biegu na Maderze, więc całe doświadczenie kończy się trochę z poczuciem niewykorzystania.
Wyciągnąłem z Madery trzy główne wnioski. Pierwszy: zbieganie jest mega istotne i z biegu na bieg dużo się poprawiam, choć daleko mi jeszcze do Bartka Przedwojewskiego, który dla mnie jest punktem odniesienia. Drugi: nie mogę być zajechany do końca podbiegu, bo wtedy mój układ nerwowy nie nadąża i robi się ślizgawka jak ta, która skończyła się stopą w kamieniu. Trzeci: muszę schudnąć kilka kilogramów – przy 185 cm wzrostu jestem jednym z cięższych zawodników, idealna waga to dla mnie 70 kg. Andrzej Witek dawno temu napisał, że biegu nie można wygrać na zbiegu, ale można przegrać – i potwierdza się to z każdym moim startem.
Na Maderze dopiero zrozumiałem znaczenie żywienia w długich biegach górskich. Wcześniej na półmaraton brałem jeden żel i wystarczało. Tutaj musiałem przyjmować około 80-100 gramów węglowodanów na godzinę – 2 litry napoju węglowodanowego plus żele dawały mi około 200 gramów na cały bieg. Pierwszego dnia przesadziłem z kofeiną – zapomniałem, że żele już mają kofeinę, dorzuciłem do tego shota i tabletkę, łącznie wyszło prawie 6 mg na kilogram, co jest górnym limitem. Z czwartku na piątek nie mogłem zasnąć. Picie węglowodanów w formie płynnej działa na mnie lepiej niż żele.
Gdy mówię o tym, co zmieniam na 2023 rok, najmocniej zaznaczam wpływ triathlonistów. Marcin Stanglewicz i Kamil Kulig z Trójmiasta wytłumaczyli mi podstawy fizjologii. Aktualnie 80 procent treningu robię w tlenie, do tętna 161, około 20 procent między 162 a 172 (czyli do mojego progu), i dosłownie 0 procent powyżej. Wcześniej często ruszałem na wyższych prędkościach, dziś rzadko. Potrzebuję maksymalnie przesunąć swój próg tlenowy, a żeby to zrobić – dużo wolnego biegania. Idea jest podobna do tego, jak trenują triathloniści, choć wysiłki nie są jeden do jednego.
W tym sezonie po raz pierwszy w życiu trenowałem 15-20 godzin tygodniowo. Dla biegacza ulicznego to dużo, dla triathlonisty mało, dla mnie – bardzo dużo. Świadomie ułożyłem sobie życie tak, żeby móc trenować na takim wolumenie. Na 2023 rok nie zamierzam zaczynać współpracy z żadnym trenerem – znam swój organizm 27 lat, trenuję od 15. Konsultuję się z Andrzejem Witkiem i Andrzejem Orłowskim, ale czuję, że jestem najlepszym trenerem dla samego siebie. Wytłumaczyłem to też przez to, że nie mam możliwości, żeby trener był ze mną na co drugim treningu.
W środku odcinka pozwoliłem sobie na osobistą część. Mówiłem, że styczeń, luty i marzec 2022, gdy byłem w Maladze i gdy rozstaliśmy się z Magdą, to był najtrudniejszy okres w moim życiu. Byłem dosłownie wrakiem człowieka. Trening był jedyną rzeczą, która mnie trzymała przy życiu. Z perspektywy czasu widzę, że to rozstanie było jednocześnie najlepszą i najgorszą rzeczą, jaka mnie spotkała w tym roku, ale w tamtym momencie czułem koniec świata. Przyjaciele, którzy do mnie przyleciali do Malagi, są dla mnie nie do przecenienia. Trening długi pomógł mi to zagłuszyć i doszedłem do momentu, w którym pomyślałem – skoro tu jestem, spróbujmy gór. Pojechałem na Teneryfę, Gran Canarię, byłem w Sierra Nevada, w Nerji, w górach Sierra Blanca w Marbelli.
Na 2023 rok marzy mi się start we wszystkich biegach Golden Trail World Series – Zegama-Aizkorri w Krainie Basków, maraton Mont-Blanc, bieg w Dolomitach, Sierre-Zinal w Szwajcarii, dwa biegi w USA i finał na kolejnej wyspie. Drugim marzeniem jest start na UTMB w Chamonix, dystans OCC (56 km) – jeśli już ścigać się z najlepszymi, to właśnie tam. W Polsce chciałbym pobiec Tatra Sky Marathon, festiwal w Lądku, bieg Marduły i Mistrzostwa Polski na długim dystansie. Na ulicy chcę spróbować maratonu w Sevilli i płaskiego półmaratonu – wciąż mam apetyt na życiówki. Czuję, że pobiegłbym dyche poniżej 31 minut, maraton w 2:22-2:23, półmaraton w godzinę 7. Po prostu jeszcze nie ten moment.
Na koniec poruszam temat finansów, który nie wszystkich biegaczom górskim jest wygodny. Pierwszy sezon w Golden Trail World Series według wyliczeń Andrzeja Witka kosztuje około 30 tysięcy złotych, do tego loty do Stanów – 15-20 tysięcy więcej. Obozy plus startowe – kolejne wydatki. W polskich biegach górskich nagrody są zwykle poniżej 2 tysięcy złotych, więc po doliczeniu wpisowego, transportu i noclegu praktycznie wychodzę na zero. Apeluję, żeby organizatorzy zwalniali z opłat zawodników takich jak Bartek Przedwojewski, Andrzej Witek, Krzysiek Wodórka, Dawid Malina, Dominik Tabor – to powinno być normą. Dziękuję firmie Adidas (Martyna, Piotrek, Kuba, Weronika i Krzysiek z Adidas Runners Tri-City), firmie Triggar (nowy Fenix i mikrofon, dzięki którym to nagrywam), wszystkim sponsorom i przyjaciołom. Nadal udzielam korepetycji z matematyki, więc jeśli ktoś z was kogoś potrzebuje, dajcie mu namiar do mnie. Następny odcinek – już za tydzień – z Marcinem Kęsym.