Poczucie niewykorzystanej szansy – Maraton Łódź 2026. 13 kwietnia, dzień po nieudanym maratonie w Łodzi, Florian nagrywa odcinek pełen emocji – kończąc bieg na 24. kilometrze przy stacji Łódź Kaliska, krzyczał na siebie. W tym solowym odcinku opowiada o książce „Marathon Excellence” Johna Davisa, która dała mu cały marzec fenomenalnych treningów, o presji rosnącej liczby kibiców i osób, które na niego liczą, oraz o tym, dlaczego ten nieudany start jest ważną lekcją na drodze do CCC 100 km we wrześniu 2026.
Nagrywam ten odcinek 13 kwietnia 2026, dokładnie dzień po nieudanym maratonie w Łodzi, który był też mistrzostwami Polski w maratonie. Emocje wciąż są świeże – trudno o spokojną analizę, ale wiem, że muszę o tym powiedzieć, bo to dla mnie odcinek terapeutyczny. Emocje muszą gdzieś znaleźć ujście. Dodatkowo na przełomie lutego i marca z Anią się przeprowadziliśmy i pracownia, w której zwykle nagrywam, jeszcze nie jest skończona. Dźwięk będzie gorszy niż zwykle – proszę o wyrozumiałość. Zatrzymałem bieg na 24. kilometrze przy stacji Łódź Kaliska. Schowałem się przy torach kolejowych i krzyczałem sam na siebie z bezradności. Aż Ania, moja narzeczona, na chwilę się przestraszyła, gdy mnie tam zobaczyła – stałem skrajnie wkurzony, a obok przejeżdżał pociąg.
Zarysowuję mój plan na ten sezon. Pierwsze trzy miesiące roku miały być solidnym okresem bazowym – dużo objętości biegowej, heat training, poprawa parametrów krwi. Świadomie odpuściłem kilka kuszących startów. Po pierwsze maraton CV (mimo że miałem już zarezerwowany pakiet elity). Po drugie mistrzostwa świata na 50 km w Indiach – wspólna decyzja z Anią, że nie warto narażać zdrowia na tak wymagające warunki klimatyczne. Po trzecie bieg Chianti UTMB. Skupiłem się tylko na maratonie w Łodzi. Cele jasne: walka o medal mistrzostw Polski, czas w okolicach 2:15-2:16. Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że jestem gotowy – treningi szły fenomenalnie, parametry były świetne, sprzęt dopracowany, logistyka ogarnięta.
Głównym źródłem inspiracji w przygotowaniach była dla mnie książka „Marathon Excellence” autorstwa Johna Davisa. Niestety nie ma jej w polskiej wersji – tylko po angielsku. Już zapowiadam, że zaproszę Davisa do podcastu, bo jego praca naukowa i trenerska zasługuje na rozgłos w polskim świecie biegowym. Książka łączy najlepsze praktyki z różnych szkół treningu – kanadyjską szkołę Petera Magillsa, norweski sznyt Ingebrigtsenów, amerykańskie tempo runy szkoły Bowermanów. To mieszanka, która ma logikę – każda szkoła wnosi co innego, a Davis pokazuje, jak je połączyć. W książce są plany dla różnych poziomów zaawansowania. Wybrałem plan pod cel 3:15 (tempo około 3:15 na km), bo wiedziałem, że na maraton jestem gotowy do takiego tempa.
Marzec 2026 był dla mnie najlepszym okresem treningowym, jaki kiedykolwiek miałem. Nigdy nie czułem się tak silny treningowo. Treningi z planu Davisa, które na początku wydawały mi się nieosiągalne, zrealizowałem w pełni. Konkretne sesje: 3 razy 10 km w tempie maratońskim (3:18 na km), 5 razy 5 km z krótkimi przerwami, długie biegi po 35 km z elementami szybkiego biegania w środku. Każdy trening dawał mi większą wiarę. Kaskada dobrych treningów dawała mi pewność, że na maratonie pobiegnę 3:15. Heat training w siedzibie partnerskiej (kontrolowana temperatura, godziny na bieżni) dał mi adaptację, która wcześniej była dla mnie nieznana. Czułem się jak nigdy dotąd – siła, świeżość, mentalna gotowość.
Dzień startu w Łodzi rozpoczął się logistycznie idealnie. Wybrałem hotel Puro – mój ulubiony, choć nie współpracujący partner. Zawsze daje świetne warunki snu, ciemne zasłony, ciszę, dobrą klimatyzację. Do Łodzi dojechały moja mama i siostra, by mnie kibicować. Wsparcie rodziny przed ważnym startem to ogromna wartość. Śniadanie zjadłem o 6:30 – kasza jaglana z owocami i białkiem, sok pomarańczowy, żele zapakowane. Dotarłem na start o 8:00, zrobiłem rozgrzewkę, czułem się dobrze. Logistycznie dzień startowy był idealny. Pogoda chłodna, ale nie zimna – około 8 stopni, lekki wiatr. Nic nie wskazywało na to, co miało nastąpić. Tylko forma nie dowieziona. Wszystko zagrało – oprócz tego najważniejszego.
Widziałem od samego początku, że tętno jest za wysokie. Przy tempie 3:25, które miałem trzymać przez pierwsze kilometry, miałem tętno powyżej progu mleczanowego. Coś było ewidentnie nie tak. Próbowałem zwolnić, ale tempo i tak powoli zaczęło spadać. Z 3:25 powoli do 3:30, potem do 3:35, potem do 3:40. Jak gdyby ktoś włączył mi inną osobę. Na około 20 km poczułem kolkę – ostry ból w boku, który nie ustępował mimo zwalniania, oddychania, masowania. Każdy krok ważył jak 110 kg, a ja ważę 75. To uczucie, którego znienawidzili wszyscy, którzy biegali z kolką – bezradność, niemożliwość znalezienia komfortu. Na 24 km zdecydowałem: nie kontynuuję. Stacja Łódź Kaliska – tam zszedłem.
Najbardziej emocjonalny moment przyszedł zaraz po zejściu z trasy. Poszedłem w okolice torów kolejowych przy stacji Łódź Kaliska, by nikt mnie nie widział. Tam krzyczałem sam na siebie z bezradności. Wykrzyczałem całe miesiące pracy, oczekiwań, presji. Ania, moja narzeczona, na chwilę się przestraszyła. Zobaczyła pociąg nadciągający w oddali i mnie, gdy byłem skrajnie wkurzony. Jak to potem opowiadała – nie miała pomysłu, co robić, jak mnie uspokoić. Ja muszę uspokoić wszystkich słuchaczy – nigdy nawet nie pomyślałem o czymś złym. Jestem zbyt świadomy wartości życia i mam zbyt wiele rzeczy, dla których warto żyć. Ale stan był skrajnie złościowy, frustrujący. To było wykrzyczenie wszystkiego, co się przez te miesiące w głowie nazbierało.
Po tym kryzysie zacząłem myśleć o jednym z głównych powodów dzisiejszej porażki – presji. Z roku na rok więcej osób kibicuje mi, więcej zawodników u mnie trenuje, więcej znajomych zna mój start, więcej mediów pisze o moich biegach. 10 lat temu nieudany start widziała tylko mama, siostra i kilku znajomych. Dziś tysiące słuchaczy podcastu, dziesiątki tysięcy obserwatorów Instagrama. Mam pokorę, wiem, gdzie jest moje miejsce w światowym bieganiu – nie jestem na poziomie Bekele czy Kipchoge’a. Ale wiem też, że ludzie liczą na mnie, czekają na moje sukcesy, traktują mnie jak swojego reprezentanta polskiego biegania. To presja, której kilka lat temu nie znałem. Trzeba uczyć się jej zarządzać.
W okresie przygotowań do Łodzi natknąłem się na podcast Kuby Pawlaka z profesorem Stevenem Stylerem – fizjologiem sportu z USA. Zachwycam się jego wiedzą. Polecam słuchaczom kanał Stylera – to świetna skarbnica wiedzy o treningu, fizjologii, regeneracji. Już zaplanowałem zaproszenie go do mojego podcastu. Jego podejście jest bardzo praktyczne – każdą tezę popiera danymi, badaniami, eksperymentami. Dla mnie, który dużo czytam, szukam wiedzy, to fenomen. Po porażce w Łodzi zacząłem analizować, czy nie popełniłem błędów, których Styler ostrzegłby mnie uniknąć – na przykład czy moja kaskada fantastycznych treningów w marcu nie była przesadą, czy organizm zdołał się zregenerować. Te pytania będą przedmiotem dłuższej analizy.
Reszta 2026 to góry. Po porażce w Łodzi nie biegam już maratonu w tym roku. Skupiam się na celu wrześniowym – CCC 100 km podczas festiwalu UTMB. To bieg z Courmayeur do Chamonix, jeden z najbardziej prestiżowych biegów ultra na świecie. 100 km, około 6000 metrów przewyższenia, trasa przez Alpy. Andrzej Witek niedawno zajął tam trzecie miejsce – największy polski sukces w historii CCC. Chciałbym podążyć tą drogą. Plan: po krótkim odpoczynku po Łodzi (2-3 tygodnie roztrenowania) wracam do treningu. Maj-czerwiec to obozy w górach, wzmocnienie nóg na trudnym terenie. Lipiec-sierpień to specyficzne przygotowania pod CCC – długie biegi na technicznym terenie, dużo przewyższenia, heat training jeśli trafi się gorące lato.
Planuję zaprosić Johna Davisa, autora „Marathon Excellence”, do podcastu. To rozmowa, którą długo będę przygotowywał – chcę zapytać go o szczegóły jego filozofii treningowej, o to, jak łączy różne szkoły, jak indywidualizuje plany. Zaplanuję też rozmowę po angielsku, co będzie wyzwaniem dla polskich słuchaczy, ale też wartością – Davis jest znany w globalnym świecie biegowym, ale w Polsce mało kto słyszał o jego pracy. Dodatkowo planuję zaprosić Stevena Stylera. Te dwie rozmowy plus moje własne refleksje po nieudanym maratonie złożą się w cykl odcinków o tym, jak pracować z presją, jak budować plan i jak znosić porażki.
Na zakończenie zapraszam słuchaczy do współpracy. Moja nowa strona internetowa florianpyszel.pl ma teraz formularz kontaktowy, link do wszystkich podcastów, zakładkę współpraca trenerska. Walczymy o twoje życiówki – takie jest motto. Aktualnie prowadzę około 40 zawodników, od początkujących po ambitnych amatorów walczących o sub-3:00. Po Łodzi paradoksalnie przybyło zgłoszeń – ludzie widzą, że mimo porażek wracam, analizuję, idę dalej. To dla nich cenne. Nieudany maraton w Łodzi to mocna lekcja. Mówię otwarcie o emocjach, presji, lękach. Pokazuje, że nawet zawodnicy klasy międzynarodowej mają nieudane dni. Klucz: nie pozwolić, by porażka określała twoją drogę. To, że zszedłem na 24. km, nie definiuje mnie. Definiuje mnie to, jak po tym wracam do treningu, do podcastu, do życia. A wracam – mocniej niż wcześniej, z większą pokorą i mądrością.