Radosław Dudycz – mistrz Polski w maratonie z 2009 roku z czasem 2:14:58 w Dębnie i rekordzista Polski M40 w półmaratonie – udowadnia, że wytrzymałe długodystansowe życiówki nie biorą się z miesięcy, lecz z lat. Zaczął biegać dopiero w wieku 17 lat, dojeżdżając codziennie 25 minut autobusem ze wsi Kołczygłowy do szkoły w Słupsku z dwiema torbami: w jednej książki, w drugiej sprzęt biegowy. W tym odcinku Radek opowiada, jak przez 13–15 lat budował podstawy, zanim przyszły jego najlepsze wyniki, i czego trening nauczył go o systematyczności.
W 81. odcinku zaprosiłem do rozmowy Radosława Dudycza – świetnego polskiego maratończyka, mistrza Polski w maratonie z Dębna 2009 roku (2:14:58), rekordzistę Polski M40 w półmaratonie z 2015 roku, absolwenta AWF i dziś trenera amatorów w Trójmieście. Radek pochodzi z Kołczygłów, ma czwórkę dzieci, a jego kariera trwała od 1991 do 2015 roku – czyli aż 24 lata, co jest ewenementem w polskim długodystansie. Po latach wyczynowego biegania prowadzi grupy biegaczy amatorskich (m.in. trening do półmaratonu w Warszawie 27 marca i projekt w Gdyńskim Ośrodku Sportu, gdzie prowadzi zajęcia dla 70-80 osób). Rozmowę nagrywaliśmy po 23:00 – Radek przyznał mi z humorem, że to chyba najpóźniej nagrana rozmowa w moim podcaście.
Radek zdradził mi swoje życiowe rekordy: 3:54 na 1500 m, 8:15 na 3000 m, 14:08 na 5 km, 29:16 na 10 km na bieżni (debiut na 10 km jako drugi rok młodzieżowca – 30:11, rok później 29:26), 1:04:01 w półmaratonie (Mistrzostwa Polski w Pile 2004 – brąz, jego pierwszy medal w wieku 30 lat) oraz 2:14:58 w maratonie (Dębno 2009 – tytuł mistrza Polski). Powiedział mi, że jego najlepsze wyniki przyszły dopiero po 13-15 latach treningu – co jest dziś dla młodego pokolenia trudne do zrozumienia, gdy wszyscy oczekują efektów po pół roku.
Gdy zapytałem Radka o najważniejszy wyścig kariery, odpowiedział mi z błyskiem w oku: maraton w Dębnie 2009.
Radek powiedział mi, że tego dnia po prostu wiedział. „Czy ty masz taką umiejętność? Ja zawsze widzę po skórze, po sylwetce, po ruchach, czy ktoś jest w formie”. W swoim wypadku tego dnia w Dębnie po prostu czuł, że wygra. Tak był tego pewien, że dzień wcześniej w swojej Nokii skasował 30 SMS-ów do zera, bo wiedział, że po wygranej skrzynka się zapełni gratulacjami.
Radek opowiedział mi, że biegli z Mariuszem Giżyńskim za zającem z Ukrainy, który nie utrzymywał tempa. Półmetek na 1:06:33-1:06:53. Tomek Kozłowski (trener z Międzyzdroi) prosił ich, żeby któryś poszedł na czoło. Radek wytrzymał i na 30. km szarpnął – piątka między 30 a 35 km na 15:10 – i odjechał.
Na stołach na trasie były tylko personalizowane odżywki. Radek był wtedy sponsorowany przez Enervit. Dwa dni przed startem przyszedł do niego Geoffrey Bondom (kenijski zawodnik) i prosił o jakieś odżywki – Radek zapomniał. Później na trasie zauważył, że Bondom co rundę bierze… jego Enervit Concentrate Energy z czystej kradzieży. Okazało się, że Bondom przebiegł całą rundę zwiadowczo, sprawdził, gdzie czyje odżywki leżą. „Nie obraziłem się – walczył” – ze śmiechem powiedział mi Radek.
Radek żałował, że bieg był prowadzony tylko na miejsce, nie na czas. Pogoda była świetna, forma życiowa, a tych 8 km bardzo wolnym tempem za zającem mogło zaważyć na sub-2:14.
Rok później Radek wystartował w Dębnie po tygodniu z naciągniętym nerwem kulszowym. Kontuzja powstała na treningu, gdy uciekał przed psem i zrobił wykrok. Drogę 300 km z Gdańska do Dębna musiał przejechać z postojami co kawałek, żeby się rozchodzić. Pierwsze rytmy zrobił dopiero w niedzielę przed startem na rozgrzewce. Mimo to wygrał polską klasyfikację. „Każdy maraton mam w karierze inny – ta sama trasa, a zupełnie inna historia” – powiedział mi.
W kwietniu 2001 roku Radek brał udział w wypadku samochodowym w Bukowinie Tatrzańskiej, wracając z półmaratonu na Węgrzech.
W wypadku zginęli jego dwaj najbliżsi koledzy – Wacek Piątkowski i Artur. Radek przeżył – siedział za kierowcą. Powiedział mi, że nic nie pamięta z samego wypadku – „pustka, jak wychodziłem z auta, kto mnie wyprowadzał”. Mirek (kierowca) również przeżył, ale ciężko to przeżył psychicznie.
Radek z dużą czułością wspominał Wacka Piątkowskiego, który stworzył klub KKS Katowice z marzeniem o profesjonalnej drużynie biegowej. „On wyprzedził epokę” – mówił. Tam byli też Artur, Osman Ociepa, Adam Dobrzyński, Marcin Stwarzała, Piotr Trwalsza. Mieli stypendia, umowy o pracę. Po jego śmierci klub jeszcze się trzymał półtora roku, potem wygasł. Wacek robił też zakupy podczas obozu w Belgii – Radek zmywał i sprzątał, Artur gotował.
Po wypadku Radek nie mógł się pozbierać psychicznie i ortopedycznie. Trenował za mocno, debiutował w maratonie w Koszycach – „rozsypał się tam taki”. Półtoraroczna przerwa, ortopedzi, problemy z kolanem (zaglądał do różnych specjalistów). Powiedział mi: „dziś uważam, że ta przerwa była mi potrzebna”. Wrócił do biegu w 2003-2004, a w 2004 wygrał Maraton Warszawski.
Dawniej Radek wierzył, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Dziś mówi: „co cię nie zabije, to cię nie zabije” – niektóre lekcje po prostu zostają na zawsze.
W 2015 roku, mając 41 lat, Radek pobił rekord Polski M40 w półmaratonie w Gdańsku. To był też jego oficjalny ostatni start.
Radek opowiedział mi, że decyzja o zakończeniu kariery zapadła po jego porażce 32:40 na 10 km na biegu na Westerplatte – bardzo dobry wynik na 40-latka, ale trzecie miejsce, gdy wszyscy zakładali, że wygra. „Byłem zszokowany, że ja, Dudycz, w Gdyni czy Gdańsku, mogłem przegrać”. Postanowił zejść ze sceny zwycięsko.
Rekord ustanowił czasem 1:06:0x. 10 dni przed wyścigiem zrobił sprawdzian 4×3 km – w każdej trójce zmieniał buty, żeby przetestować. Pierwsza po 3:18, druga gorzej, trzecia maksymalnie 3:13. „Stwierdziłem, że jak dam radę przebiec ten półmaraton w tempie życiowym, to będzie magia” – powiedział mi. Magia się stała.
Radek zwrócił mi uwagę, że klucz do jego 24 lat w sporcie to był… spokojny trening.
Zaczął trenować dopiero w wieku 17 lat (1991 r.) – był już dorosły biologicznie, więc nie obciążał rosnącego organizmu.
Trening Radka nie zawierał klasycznej pracy ze sztangą i przysiadami. Ćwiczenia siłowe odbywały się z ciężarem ciała, izometrycznie, na mięśnie brzucha, grzbietu, rąk – 2-4 razy w tygodniu. „Gdyby trening był mocniejszy, miałbym więcej kontuzji”.
Dopytałem Radka, czy nie żałuje tego umiarkowania – może z mocniejszym treningiem pobiegłby 2:10 zamiast 2:14:58? Odpowiedział pytająco: „A gdybyś miał wybierać 2:09 z karierą krótszą – co byś wybrał?”. Sam jest spełniony.
Radek opowiedział mi też o swoim technikum.
Mieszkał w Kołczygłowach, do szkoły w Słupsku dojeżdżał autobusem. Wyjazd o 6:45, podróż 25 minut, dwie torby – jedna z książkami, druga z biegowym sprzętem.
Po lekcjach od razu na trening (czasem nawet w trakcie szkolnych zajęć). Wracał do domu o 21:30. Robił to dzień w dzień przez trzy lata. Zimą szybko robiło się ciemno, było zimno – wymagało to ogromnej dyscypliny. „Mało kto by się dziś podjął takich wyrzeczeń” – przyznał z perspektywy.
Radek wspomniał, że Kołczygłowy to bardzo biegowa okolica – Tadeusz Zblewski, Angelika Cichocka, Beata Toca, Daniel Pytel, Wojtek i Piotrek Kałdowscy, Marcin Pacyno, Grzegorz Kujawski. „Tam była kuźnia talentów”.
Radek dla pracy magisterskiej (AWF, 2000) zebrał dzienniki treningowe Andrzeja Gajdusa, Jacka Choróbka, Jasia Białka, Mirka Hytry, Artura Osmana i Bogusia Mamińskiego. Zidentyfikował trzy szkoły treningowe:
Gigantyczna objętość – długie wybiegania, mozolne przygotowania. Według Radka „za długie i za dużo objętości”.
Duża objętość, ale spokojniejsze prędkości w stosunku do startowych maratońskich.
Spokojniejszy trening, mniejsza objętość, prędkości bardziej zbliżone do startowych. Radek wzorował się głównie na Jasiu Choróbku, którego treningi były „relatywnie spokojniejsze, a wyniki kosmiczne”.
We wszystkich trzech szkołach nie było treningu siłowego ze sztangą. Radek twierdzi, że to nie był błąd – była praca na ciężarze ciała, izometryczna, ogólnorozwojowa. To zresztą uchroniło wielu z nich od poważnych kontuzji.
Radek otworzył mi swój dziennik z 2009 roku.
200 km/tydzień to był rekord, zwykle 180. Drugie zakresy – 16 km po 3:35-3:40 (tylko 2-3 razy w cyklu 12-14 tygodni), wybiegania po 4:45/km („śmieszna prędkość”).
Na tydzień przed Dębnem Radek robił 6×1 km z 3-minutową przerwą po 3:35-2:50. Czasami 4 odcinki, ale kluczowy moment: jeśli ostatni 1 km pobiegł w 2:45, kończył trening; tego dnia pobiegł 2:40, więc zamiast dokładać kolejny km, zmodyfikował na 10×200 m po 32-32,5 sekundy. „Gdyby był trener, kazałby dołożyć 2 km – ja zmieniłem trening sam i dzięki temu nie przeciążyłem się”.
Obowiązkowy sprawdzian – półmaraton lub mocny test.
Obowiązkowy stres-test – zawody lub mocna jednostka. Lubił startować w przygotowaniach.
Po wypadku w 2001 roku Radek zaczął trenować pod własną opieką, konsultując się z Jasiem Choróbkiem. Wcześniej trenował go Janusz Rolicki z Gryfu Słupsk. Radek wspomniał, że pierwszy trening, jaki dostał od Rolickiego, miał wyglądać tak: 4 km, sprawność, drugi zakres, jakieś odcinki, trucht. Trener się spóźnił, Radek zrobił trening „po swojemu” w kolcach z 12-mm szpicami na bieżni i zrobił 16 km. Przyszedł trener i polecił mu jeszcze raz – z czego Radek do dziś się śmieje.
Najmocniejszy fragment rozmowy. Radek otwarcie powiedział mi: gdyby był trenerem kadry, „odciąłbym chłopaków od Facebooka”.
Radek docenił Marcina Chabowskiego za długość kariery (już 30+ lat). Arka Gardzielewskiego też. Ich treningi są dużo intensywniejsze niż w latach 90., ale dwa-trzy ostatnie tygodnie są kluczowe i tam można by jeszcze coś poprawić.
Radek wskazał Karolinę Nadolską jako wzór – „praktycznie nie istnieje na Facebooku, jest skupiona na treningu i rodzinie, według mnie najlepsza polska maratończyka w historii”.
Radek dodał, że gdyby Wacek Piątkowski żył, kadra biegowa wyglądałaby zupełnie inaczej. Radek sam zorganizowałby 2-3 grupy maratończyków rywalizujących ze sobą, każda z opiekunem, i dał im wsparcie finansowe oraz obozy.
Na marginesie zaznaczyłem, że Marcin Chabowski może być postacią kontrowersyjną, ale jego praca i wynik 4. miejsce na ME w półmaratonie wzbudza tylko szacunek. Trzymam za niego kciuki w Paryżu.
Radek powiedział mi, że na początku popełniał błąd, przenosząc wyczynowy trening 1:1 na amatorów. Z czasem zrozumiał, że amator potrzebuje zupełnie innej intensywności, objętości i przede wszystkim cierpliwości.
Przez ręce Radka przeszło około 120 amatorów. Najlepszy wynik – Rafał Gniła – 2:30 w maratonie. Największe progresje – jeden zawodnik z 4:45 zszedł do 3:00 na maratonie, czyli prawie 1:45 godziny lepiej.
Radek opowiedział mi o trzech zawodnikach na życiówce 3:55 na maratonie – 35-, 45- i 55-latek – którzy trenują kompletnie inaczej. Starszy zawodnik regeneruje się wolniej, więc jego trening musi być lżejszy.
Dopytałem Radka o największe pułapki amatorów.
„Chcą za szybko i za dużo i już”. Da się skomponować trening pod szybkie wyniki, ale po sezonie zawodnik gaśnie.
Radek opowiedział mi o zawodniku, który gdy nie zrobił treningu w czwartek, w piątek robił dwa treningi pod rząd. „Nie tak to działa”.
Najłatwiej Radkowi pracuje się z osobami, które przychodzą do niego od początku przygody z biegiem. Zawodnicy z poprzednich szkół trenerskich są najtrudniejsi – „muszę ich przekonywać, że moja koncepcja działa, dopiero po 2-3 miesiącach widzą efekty”.
Radek zwrócił mi uwagę na ciekawe zjawisko – po pandemii ogólnie biega mniej osób w Polsce, ale za to przychodzą zupełnie nowi biegacze, którzy nigdy wcześniej nie biegali, a teraz chcą się od razu nauczyć biegać poprawnie. „Ci, którzy biegali dla samych startów 2-3 lata, już się wykruszyli – ale jest nowa fala”.
Na zakończenie Radek apelował: badania krwi, USG serca, EKG, morfologia. „Jak ktoś ma kontuzję, da się temu zaradzić. Jak ktoś ma problem z mięśniem sercowym – jest gorzej”. Wszyscy jego zawodnicy w pierwszym miesiącu współpracy muszą przejść te badania. „Lepiej być spokojnym i wracać do tych badań” – brzmiał jego ostatni apel.
Z rozmowy z Radkiem wyniosłem perspektywę pokolenia, które zaczynało biegać w latach 90. – cierpliwość, długi staż, rzemiosło wzorowane na Jasiu Choróbku, brak gigantycznej siłowni, badania medyczne i trening „w punkt”. To była jedna z najbardziej wartościowych rozmów dla każdego, kto myśli o bieganiu długodystansowym przez wiele lat, a nie jeden sezon.