Maciej Dombrowski – rekordzista trasy Biegu Rzeźnika, emerytowany kolarz zawodowy z Przemyśla – pamięta swój pierwszy dzień jako kucharz: wszedł do pracy o 17, a wyszedł o 8 rano następnego dnia. Po dwunastu latach kolarstwa zakończonych olimpijskimi przygotowaniami do Londynu 2012 znalazł się we Francji w kuchni i tam zaczął nowe życie. W tym odcinku Maciek opowiada, jak z drogi przeszedł do biegów górskich, jak trafił do iñakiego jako swojego trenera oraz dlaczego dziś prowadzi treningi zarówno biegaczy, jak i kolarzy.
W 85. odcinku Świata Okiem Biegacza moim gościem był Maciek Dąbrowski, biegacz górski, trener kolarzy i biegaczy oraz rekordzista trasy Biegu Rzeźnika. Maciek ma 33 lata, mieszka w Draganowej w Beskidzie Niskim i prowadzi zawodników razem z firmą Way to Champ Arka Koguta i swojego trenera Iniakiego. Zaprosiłem go do rozmowy jako naturalną kontynuację odcinka z Kasią Solińską, bo Maciek z Kasią są parą i razem przygotowują się do najważniejszych startów w sezonie. Z rozmowy wyniosłem obraz człowieka, który zaczynał karierę zupełnie gdzie indziej i biegi górskie odkrył wiele lat po pierwszych sportowych marzeniach.
Maciek opowiedział mi, że biegi górskie to dopiero jego drugi sport – przez 12 lat, między 2000 a 2012 rokiem, był kolarzem górskim. Dorastał w sportowej rodzinie w Przemyślu: dziadek i babcia uczyli WF-u, mama jeździła na kursy taternika, tato pływał, więc piłki, góry i Tatry były codziennością. W 2011 roku wygrał Puchar Europy Centralnej w kategorii młodzieżowej i w sezonie 2012 mieli realne szanse z czterema kolegami na dwa miejsca olimpijskie do Londynu w kolarstwie górskim. Polski kontrakt zaproponowany mu wtedy w Kielcach był jednak dwa razy mniejszy niż w 2011 roku – około 3 tysięcy złotych miesięcznie – więc Maciek wybrał ofertę z Norwegii zamiast z Belgii czy Holandii.
Kontrakt z norweską drużyną sponsorowaną przez Toyotę i rowery Fuji wyglądał obiecująco – praca w sklepie rowerowym, treningi, starty w Pucharach Świata kwalifikujące do Igrzysk. Maciek wytłumaczył mi, że szybko okazało się, że klub nie kupił mu żadnego biletu na zawody Pucharu Świata, że musi pracować po 10 godzin dziennie, żeby opłacić mieszkanie, a sponsor naciskał na starty w 5-godzinnych maratonach kolarskich, do których nie był przygotowany. To tak jakbyś biegał 400 metrów, a kazaliby ci nagle 3000 z przeszkodami – opowiedział mi obrazowo. Pod koniec sezonu 2012 zawiesił rower na haku.
Mając 23 lata i nic poza karierą kolarską w CV, Maciek zaczął roznosić papiery po Oslo i dostał pracę na zmywaku w wielkim hotelu na 800 osób. Pamięta pierwszy dzień jak dziś: francuski szef kuchni powiedział jak skończysz i Maciek skończył pracę o 8:00 rano. Tak wyglądały kolejne dwa lata – praca po 14-15 godzin dziennie, czasem 14 dni pod rząd, w hotelu który łamał wszelkie norweskie regulaminy pracy i nie miał jeszcze związków zawodowych. W tym czasie przytył z 63 do 75 kilogramów przy wzroście 178 cm i czuł się staro. Kucharzy podpatrywał i po kilku latach awansował na pomocnika śniadaniowego.
Kiedy hotelowy sponsor Skandik organizował lokalny bieg na 5 kilometrów, ktoś przypomniał sobie, że ten gość ze zmywaka był kiedyś kolarzem. Maciek wystartował i wygrał – okazało się, że ten zmywarkowy całkiem nieźle sobie radzi jako biegacz. Rok później pobiegł dychę, a w 2016 roku z kolegą Marcinem Kosterkiewiczem wystartował w Biegu Rzeźnika, zajmując około 14. miejsce. Nazwał to głupim błędem początkującego biegacza, ale to wystarczyło, żeby się wkręcić.
W marcu 2019 roku Maciek wrócił do Polski, ale zanim spakował torby, wszystko ułożył sobie wcześniej. Dawny kolega z czasów kolarstwa Arek Kogut, właściciel firmy Way to Champ, zaproponował mu pracę trenera, ale postawił warunek – Maciek musi się dogadać ze wspólnikiem Iniakim. Pamiętna pierwsza rozmowa z Iniakim odbyła się przez Skype na przerwie w hotelowej kuchni pomiędzy mieszaniem gulaszu. Po przylocie na badania wydolnościowe w Katowicach Iniaki zaproponował, że sam będzie go trenować, więc Maciek zyskał jednocześnie pracę i trenera.
Gdy zapytałem Maćka o największe sportowe sukcesy, najpierw wymienił wygraną w Biegu Rzeźnika z Piotrem Poznańskim w 2018 roku z czasem 8 godzin 56 minut na 80-kilometrowej trasie z prawie 4000 metrami przewyższenia – to był rekord trasy. Ktokolwiek zapytasz o biegi górskie, to powie ci, że wie, co to Bieg Rzeźnika – wytłumaczył mi, dlaczego ten start jest dla niego symboliczny. Dorzucił też trzecie miejsce w Biegu Siedmiu Dolin w Krynicy w 2020 roku z czasem 9:19:28, gdzie wyprzedzili go tylko Marcin Świerc i Bartosz Gorczyca, oraz wygrany Zimowy Ultramaraton Karkonoski 2020.
Pytałem Maćka, jak jego kolarska przeszłość wpływa na trening biegowy. Opowiedział mi, że razem z Iniakim opierają trening na ogólnej sprawności – basen, siłownia, rower, bieganie. Na basenie nie jeżdżą tylko na regenerację, ale robią ostre interwały: 500 m rozgrzewki, potem 15 razy 100 metrów, gdzie 75 płynie się na maxa, 25 luzem, 10 sekund przerwy. Po basenie często jadą jeszcze na siłownię w Krośnie – mieszkają w Draganowej 16 km od miasta, więc łączą jednostki, żeby zaoszczędzić czas. Trening siłowy uważa za absolutnie kluczowy, podobnie jak powtórzenia siłowe na niskiej kadencji blisko progu na rowerze.
Gdy poruszyłem temat dyskusji z Kamilem Mięśniakiem i Bartkiem Przedwojewskim na Teneryfie – czy polscy ultrasi pobiegliby dychę poniżej 35 minut – Maciek przyznał, że większość pewnie by nie złamała. Sam ma życiówkę 36:06 z 2018 roku, gdy jeszcze pracował w hotelu, i wie, że jest tu wielki potencjał. Planuje wystartować w Przemyskiej Dysze i zrobić nowy rekord życiowy, żeby biegacze płascy popatrzyli, że na życiówkę Maciek nie jest najgorszy.
Maciek opowiedział mi też, że razem z Iniakim testują pomiar mocy biegowej Stryd. Jego argument jest prosty: skoro w 2008 roku, gdy pierwszy raz założył czujnik mocy do roweru we Włoszech nad jeziorem Garda, zobaczył, że pod górę rzeczywiście jedzie 300 watów choć subiektywnie czuł co innego, to ten sam potencjał diagnozy może mieć moc w bieganiu. Wytłumaczył mi, że tempo na trasie biegu w terenie jest bezwartościowym wskaźnikiem – wystarczy deszcz, błoto albo prosta pod wiatr i wszystko się rozjeżdża. Tętno reaguje z opóźnieniem, moc reaguje natychmiast – to potencjalnie przyszłość treningu amatorów.
Gdy pytałem o pracę z amatorami, Maciek z miejsca wskazał największe wyzwanie: zawodnicy chcą biegać za szybko. Wszystkich wysyła na badania wydolnościowe za maksymalnie 300 złotych w każdym mieście w Polsce, i jeśli ktoś chciał biegać 4:30/km, a strefy wyznaczają 5:30/km, to wybór jest prosty – albo schodzisz z tempa, albo nie ma postępu. Dodał, że plany układa pod życie zawodnika – jeśli ktoś ma trójkę płaczących dzieci albo stresujący dzień w pracy, ciężka jednostka tego dnia idzie do kosza i wstawia się jogę albo regeneracyjny rower. To podejście, które samo w sobie jest dla mnie inspirujące.
Na koniec wypytałem Maćka o sześć tygodni w Hiszpanii, które razem z Kasią spędzili w kamperze należącym do rodziców. Zaplanowali cztery tygodnie, ale rodzice nie pojechali na ferie i mogli przedłużyć o kolejne dwa. Camper zepsuł się dwa razy – dzięki temu zwiedzili Granadę i dotarli aż do Gibraltaru. Maciek opowiedział mi, jak na losowym podjeździe pod Fuengirolą nagle zorientował się, że już tu byłem – jechał ten sam podjazd 10 lat wcześniej z norweską grupą zawodową, w czasach gdy jeszcze nie było Stravy. Na koniec zachęcił mnie do Calpe, gdzie zimą jest cała Polska i gdzie kolarze zawodowi machają sobie nawzajem na drogach. Maciek z Kasią ruszają jeszcze pod koniec maja w Dolomity przed Lavaredo Ultra Trail.