Co się dzieje, gdy prowadzący podcast staje się gościem we własnym programie? W tym wyjątkowym odcinku to ja odpowiadałem na pytania, a Magda Dias – lekarka, biegaczka i gościni odcinka #013 – prowadziła rozmowę. Opowiedziałem o tym, skąd wziął się pomysł na podcast, dlaczego przez kilka miesięcy przestałem nagrywać i jak naprawdę wygląda trenowanie samemu sobie. To też dobra okazja, żeby zobaczyć, jak podcast zmienia człowieka – i czy naprawdę nauczyłem się słuchać.
W tym odcinku po raz pierwszy to nie ja pytałem, lecz byłem pytany. Rolę prowadzącej przejęła Magda Dias – studentka medycyny, biegaczka i gościni odcinka trzynastego, w którym rozmawialiśmy o problemach kobiet w bieganiu wyczynowym. Tym razem to ona zadawała pytania, a ja starałem się być tak samo szczery jak moi rozmówcy.
Pomysł narodził się w listopadzie 2015 roku podczas obozu biegowego w Wiśle. Był to trudny czas – nie szło mi ani na uczelni, ani w sporcie. Pisanie i rozmowy z innymi biegaczami stały się sposobem na przepracowanie tego okresu. Fanpage Świat Okiem Biegacza istnieje już ponad pięć lat i przez cały ten czas ewoluował od prostych postów do podcastu z ponad dwudziestoma czterema gośćmi.
Przyznałem otwarcie, że najważniejszym kryterium doboru gości jest to, czego sam chcę się dowiedzieć. Nie zastanawiam się, ile osób to posłucha – zastanawiam się, co sam z tego wyniosę. To podejście pomaga mi utrzymać autentyczność i unikać nagrywania dla samych statystyk.
Między lutym a kwietniem 2020 roku w podcaście panowała cisza. Był to czas wzmożonej pracy przy korepetycjach, a moje bieganie też straciło rytm przed odwołanymi zawodami w Poznaniu. Ironicznie – koronawirus okazał się dobrym pretekstem, żeby wrócić do nagrywania i posłuchać, jak inni biegacze radzą sobie z nową rzeczywistością.
Jako osoba prowadząca własną działalność mogłem pracować zdalnie bez większych zakłóceń. Pandemia zmusiła mnie do przeniesienia korepetycji online – i po trzech miesiącach nie wyobrażam sobie już pracy inaczej. Uczniowie zyskują czas, który wcześniej tracili na dojazd, a jakość nauki wcale nie spada.
Od ponad roku jestem sam sobie trenerem. Pierwsze półrocze było kompletną porażką – brakowało planu, harmonogramu i samozaparcia. Przełom nastąpił, gdy Darek Kraśnicki i Bartek Zalewski – obaj znani mi dobrze biegacze – zwrócili mi uwagę, że trening, który zrobiłem, był po prostu za mocny. Od tamtej chwili zacząłem myśleć mądrzej zamiast najciężej – i miesiąc później pobiłem rekord życiowy na dychę po dwóch i pół roku stagnacji.
Moja metoda to słuchanie i pytanie. Zamiast polegać na tym, co czytam, rozmawiam z doświadczonymi biegaczami i pytam wprost: czy ten trening ma sens? To ważniejsze niż jakakolwiek książka, bo dostosowane do mojego konkretnego przypadku. Uczę się też znać granice swojego organizmu – wiem już, co mogę zrobić cztery dni przed startem, a co jest absolutnie wykluczone tydzień przed zawodami.
Jestem częścią drużyny piekielny team Warszawa, z którą razem zajęliśmy dziesiąte miejsce na świecie w wirtualnym maratonie sztafetowym podczas pandemii. To dla mnie ważne – bieganie w grupie ludzi, którzy poza treningiem żyją normalnym życiem, daje mi energię i motywację, której brakowało mi przez lata. Moim marzeniem jest wygrać bieg na każdym kontynencie – nie gonię za konkretnym wydarzeniem, ale za połączeniem podróży z bieganiem, gdziekolwiek prowadzą mnie bilety.