Nie dotyczy to tylko Ciebie. Codzienne problemy biegaczy. Prezentuję listę 10 najczęstszych myśli, które mam wrażenie, że wielu z nas uważa za swoje wyjątkowe zmartwienia, a tak naprawdę dotyczą większości biegaczy – od ambitnych amatorów po zawodowców. W tym solowym odcinku rozmawiamy m.in. o tym, że wyjazdy na zawody do Hiszpanii kosztują co najmniej 5–6 tysięcy zł, że zegarki sportowe przekraczają już 4000 zł, że buty z karbonem są droższe niż kiedyś telefony – oraz o tym, że i ambitnym amatorom, i zawodnikom brakuje dnia wolnego.
Otwieram ten odcinek refleksją z młodości. Kiedy byłem młodszym biegaczem, myślałem, że moje problemy są wyjątkowe – że tylko ja zmagam się z brakiem czasu, ze stresem przed startem, z drogimi butami, z kontuzjami. Z czasem zrozumiałem, że większość zmartwień biegaczy jest uniwersalnych – dotyczą zarówno ambitnych amatorów, jak i zawodników, którzy żyją z biegania. Cel dzisiejszego odcinka to znormalizować świat biegowy zawładnięty social mediami. Pokazać, że nawet zawodnikom mistrzowskiej klasy problemy są podobne. Przygotowałem listę 10 najczęstszych myśli i sytuacji, które mam wrażenie, że wielu z nas uważa za swoje wyjątkowe zmartwienia. Kolejność jest losowa, każdy punkt jest tak samo ważny.
Pierwszy problem dotyczy każdego, kto ma ambicje na poważne starty. Krótki city break do Hiszpanii, na przykład maraton w Walencji czy Barcelonie, to minimum 5-6 tysięcy złotych na osobę. Loty, hotele, wpisowe, jedzenie, transport na miejscu. Sam odpuściłem maraton w Sewilli ze względu na koszty plus remont mieszkania, który właśnie robimy. Liczyłem koszty: lot z Polski 1200 zł, hotel na trzy noce 1500 zł, wpisowe 400 zł, jedzenie i drobne 1000 zł, transfer i transport 500 zł. Łatwo dochodzi do 5 tysięcy. Dla ambitnego amatora, który chciałby wyskoczyć dwa razy w roku za granicę, to ogromny wydatek. Nie da się tego pokryć z normalnej pensji bez świadomych wyborów.
Drugi problem dotyczy mentalności. Wielu ambitnych biegaczy boi się dnia wolnego. Każdy pominięty trening wydaje się porażką. To pułapka. Z mojego doświadczenia – z dnia wolnego organizm wraca silniejszy, świeższy, gotowy na lepszy trening następnego dnia. Ciągłość treningu jest ważniejsza niż jego intensywność. Ja sam czasami biegam zbyt często szybko – ale nauczyłem się, że jedno wolne w tygodniu to nie luksus, to konieczność. Szczególnie u biegaczy, którzy mają wymagające życie poza bieganiem – pracę etatową, dzieci, drugą pracę. Bez dnia wolnego organizm zaczyna się rozsypywać po kilku tygodniach. Drobne kontuzje, zmęczenie, gorszy sen, słabsza forma na startach.
Trzeci problem dotyczy ekonomii. Zegarki sportowe – nowy Garmin Fenix to dziś 3000-4000 zł. Buty z karbonem przekraczają 1000 zł i mają żywotność około 200-300 km, czyli kilka miesięcy intensywnego trenowania. Kurtki techniczne, koszulki termoaktywne, opaski – wszystko drogie. Żartuję, że tylko bokserki w Decathlonie pozostały tanie. Każdy nowy model zegarka ma więcej funkcji – ale czy potrzebujesz Garmina za 4000 zł, jeśli biegasz głównie po asfalcie i twój próg laktatowy pozostaje stabilny? Niekoniecznie. Producenci wypuszczają coraz droższe produkty, a marketing podpowiada, że bez nich nie biegasz dobrze. To pęd konsumpcjonizmu, który dotyczy całej kultury sportu, nie tylko biegania.
Czwarty problem to ceny pakietów na flagowe biegi. Festiwal UTMB i biegi z cyklu UTMB mają drogie pakiety – CCC to ponad 300 euro samego wpisowego, plus loty, plus noclegi w Chamonix, gdzie ceny w sezonie są kosmiczne. Tygodniowy pobyt w Alpach łatwo wyjdzie 8-10 tysięcy złotych. Wings for Life, Bieg Wazów, comrades w RPA – wszystkie te marzenia wymagają ogromnych budżetów. Często odrealnione od typowych zarobków polskich biegaczy. Dlatego sponsorzy są tak ważni – moja współpraca z Brooks i Trek częściowo redukuje moje koszty, ale dla zawodników bez sponsorów to wydatki rzędu kilku tysięcy złotych miesięcznie. Nie każdy może sobie na to pozwolić.
Piąty problem jest mentalny. Każdy biegacz miewa okresy słabej formy. Po sezonie świetnym przychodzi zimowy zastój. Po wygranej zawodach – kilka tygodni gdzie nogi nie chcą biec. Po obozie – paradoksalnie czasem najgorsza forma. To normalne. Nie jesteś sam ze swoimi wątpliwościami. Ja sam po świetnym sezonie 2024 (Chudy Wawrzyniec, srebro mistrzostw Polski) wszedłem w trudny grudzień i styczeń – nieudany maraton w Walencji, choroby, brak motywacji. Klucz to nie panikować w takich momentach. Trening długoterminowy działa nawet wtedy, gdy formy nie czujesz. Adaptacje zaszły, organizm wraca, trzeba tylko dać mu czas i nie podejmować pochopnych decyzji.
Szósty problem to social media. Instagram pokazuje tylko sukcesy – świetne treningi, medale, zdjęcia z ucieczek do gór. Mało kto pisze o nieudanych treningach, o dniach, gdy noga boli, o tygodniach bez biegania. To zniekształca obraz świata biegowego – wydaje się, że wszyscy są lepsi, szybsi, bardziej konsekwentni. Sam czasem wpadam w tę pułapkę. Klucz to świadomość – pamiętać, że to wycinek, nie rzeczywistość. Każdy biegacz ma słabe dni, każdy ma porażki. Ja staram się pokazywać też to – nieudany maraton w Walencji, łzy w trakcie biegu, kryzysy. Ale i tak widzicie tylko lepszą stronę mnie. To bańka, która wymaga świadomego korzystania.
Siódmy problem dotyczy całego życia. Wielu biegaczy ma rodzinę, pracę, zobowiązania. Regeneracja schodzi na drugi plan. Sen krótszy niż 7 godzin, masaż raz w miesiącu zamiast tygodniowo, brak czasu na fizjoterapię. Wszyscy z tym walczymy. Ja sam, mimo że biegam zawodowo, mam etat trenerski – zajmuję się 30+ zawodnikami online, prowadzę podcast, kanał YouTube. Czasem nie ma czasu na drzemkę. Klucz to priorytetyzacja – jeśli sport jest celem numer jeden, regeneracja musi mieć status priorytetowy. Sen przed 22:00, drzemka 20-30 minut po obiedzie, masaż przynajmniej raz w tygodniu. To inwestycja, nie luksus. Bez tego organizm wcześniej czy później powie dość.
Ósmy problem to wydatki na zdrowie. Fizjoterapeuta, masaż, badania krwi, podologia, ortopeda. Dla amatora to często 200-400 zł miesięcznie wydatków regeneracyjnych. Dla zawodnika z budżetem profesjonalnym – tysiące złotych miesięcznie. Wraz z eskalacją celów eskalują też koszty. Drobne urazy wymagają fizjoterapii, większe – ortopedy, czasem nawet operacji. Bez sponsorów medycznych ten budżet wisi nad biegaczem. Ja sam pracuję z Bartkiem Zyborowiczem (fizjoterapeuta z Gdańska) i moją siostrą Zuzanną, która też jest fizjoterapeutką. To redukuje koszty, ale i tak fizjoterapia to standardowa pozycja w moim budżecie. Każdy biegacz na poziomie ambitnym mierzy się z tym wyzwaniem.
Dziewiąty i dziesiąty problem są mentalne. Nawet zawodowi sportowcy się wypalają. Bieganie 7 dni w tygodniu to wyzwanie nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim mentalne. Każdy trening to decyzja, każdy poranek to walka z łóżkiem, każdy dzień ze stresem zawodów to obciążenie psychiczne. A do tego strach przed startem. Nawet doświadczeni biegacze mają „motyle” przed maratonem. Ja przed Walencją 2024 byłem totalnie zestresowany – być może aż tak, że spaliłem się przed startem. To normalne, ale trzeba uczyć się przekuwać tę energię. Z czasem strach staje się przywilejem – znakiem, że temat jest dla ciebie ważny. To częste rozmowy z innymi zawodnikami pokazują, że nawet ci najlepsi mają wątpliwości.
Dla ilustracji opowiadam o własnej decyzji. Maraton w Sewilli odbywał się 15 lutego. Płaska, szybka trasa, idealne warunki, pakiet elity dostępny. Rozważałem start. Ale po policzeniu kosztów: loty 1500 zł, hotel 1500 zł, wpisowe, jedzenie, transport – minimum 5-6 tysięcy złotych. Plus remont mieszkania w domu, który właśnie ruszył. Plus stres logistyczny, brak Ani jako supportu, niepewna pogoda. Zrezygnowałem. Nie każdy start trzeba zaliczyć – budżet też ma znaczenie. Wiele osób w social mediach pisałoby o tym jako o porażce, ale ja patrzę na to jak na świadomy wybór. Czasem nie startować to też strategia. Zostawić energię, pieniądze i czas na coś ważniejszego, co przyjdzie później.
Na zakończenie podkreślam, że nie wszystko jest mroczne. Społeczność biegowa to ogromna wartość. Bieganie z grupą pozwala dzielić koszty wspólnych wyjazdów, wymieniać się sprzętem, motywować nawzajem. Adidas Runners (gdzie jestem kapitanem Tri-City) to przykład darmowych treningów grupowych – można biegać profesjonalnie bez wydawania majątku. Klub lokalny w twoim mieście pewnie organizuje podobne treningi. Plus internetowe społeczności – Strava, Instagram, podcasty. To wszystko buduje sieć wsparcia. Ja zapraszam słuchaczy na obóz w Kartuzach – od czwartku do niedzieli, przy stadionie lekkoatletycznym, z dwoma fizjoterapeutami, dużo biegania szybkiego, cena 1800 zł. Pokazuję problemy, ale też pokazuję, że są rozwiązania. Nie jesteś sam – i to jest najważniejsza myśl tego odcinka.