Jest rekordzistą Ameryki w biegu na milę, olimpijczykiem z Aten i trenerem, który przez rok i jeden wyjazd do Indii zmienił swoją filozofię treningu o sto osiemdziesiąt stopni. Michał Bartoszak – dawniej zawodnik z wynikami 13:29 na piątkę i 2:11 w maratonie – dziś prowadzi zawodników, sklep biegowy i obozy treningowe pod Poznaniem. Rozmawialiśmy o tym, czego żałuje z kariery, dlaczego drugi zakres to absolutna podstawa i jak na igrzyskach olimpijskich można wszystko zawalić nawet z pełnym przygotowaniem.
Gościem tego odcinka był Michał Bartoszak – były zawodowy biegacz długodystansowy, olimpijczyk z Aten 2004, rekordzista Ameryki w biegu na milę, trener i właściciel sklepu biegowego w Poznaniu. Rekordy życiowe: 13:29 na 5000 metrów, 27:41 na 10000 metrów i 2:11 w maratonie. Dziś prowadzi projekt Inżynieria Biegania i obozy treningowe, dzieląc się wiedzą ze swoich ponad dwudziestu lat aktywności na światowym poziomie.
Michał opowiedział o weekend w Stanach Zjednoczonych, który do dziś wspomina z uśmiechem. W ciągu trzech dni pobiegł milę w Austin – wynik 3:47 i rekord trasy przy lekkiej prędkości wiatru w plecy – a kilka dni później w Oklahomie pokonał w tym samym biegu zawodnika z wynikiem 3:48 na bieżni. Rywale byli zupełnie zaskoczeni. Tak przy okazji pokonał też dwukrotnego wicemistrza świata na 3000 metrów w hali.
Michał należy do tej grupy zawodników, których organizm naturalnie produkuje hemoglobinę na poziomach, za które normalnych zawodników dyskwalifikowano by z podejrzenia dopingu. Przy 37 stopniach w cieniu i wilgotności powietrza charakterystycznej dla greckich sierpniowych upałów ta zagęszczona krew stała się ciężarem. Biegł maraton olimpijski na granicach możliwości fizycznych, ale w czasie który go nie satysfakcjonuje.
Michał opisał swój ostatni trening przed wylotem do Aten – trzy serie biegów po kilka kilometrów w tempach znacznie poniżej czterech minut na kilometr, na siedem dni przed startem. Dzisiaj wie, że to był absurd. Wówczas wierzył, że im więcej i ciężej, tym lepiej. Ta filozofia kosztowała go olimpijski wynik.
Michał jest wielkim zwolennikiem drugiego zakresu intensywności jako fundamentu treningu. Przez wiele lat sam tak trenował – kilkaset kilometrów miesięcznie w tempie drugiego zakresu, do których dokładał znacznie mniej jednostek tempa i szybkości. Efekty były imponujące. Dziś przekazuje tę filozofię swoim zawodnikom.
Mechanizm jest prosty: regularne bieganie w drugim zakresie powoduje, że docelowe tętno dla danej prędkości systematycznie spada. Po kilku tygodniach biegasz szybciej przy tym samym wysiłku – to znaczy, że pułap tlenowy rośnie. To nie dzieje się przez tydzień, ale przez miesiące konsekwentnej pracy.
Michał przez wiele lat zimował w Stanach Zjednoczonych – w Taos w Nowym Meksyku na 1850 metrach lub Colorado na 2600 metrach. Z doświadczenia wie, że pierwszy tydzień to wyłącznie adaptacja: biegasz wolno, czujesz się beznadziejnie, nie przekraczasz tempa wolnego rozbiegania. Dopiero od drugiego tygodnia zaczyna się prawdziwa praca. Kto tego nie respektuje – marnuje wyjazd.