Siedem minut życiówki w maratonie w jeden sezon i piąte miejsce w maratonie warszawskim z wynikiem 2:27 – to efekt najcięższych przygotowań, jakie Bartek Falkowski kiedykolwiek przeszedł. W tym odcinku Bartek opowiadał jak wyglądał ten sezon od środka: ponad 600 kilometrów w sierpniu, dwa treningi dziennie, blok specjalny i trening w ulewnym deszczu na stadionie. Rozmowa dla każdego, kto chce wiedzieć jak naprawdę wyglądają przygotowania do maratonu na poziomie ambitnego amatora.
Bartek Falkowski – nauczyciel wf-u, biegacz amatorski i prezes klubu Piekielni Warszawa – pobiegł maraton warszawski w czasie 2:27:19, zajmując piąte miejsce i poprawiając swój rekord życiowy o ponad siedem minut. To efekt najintensywniejszych przygotowań w jego dotychczasowej karierze: ponad 660 kilometrów w sierpniu, regularne dwa treningi dziennie i seria kluczowych jednostek treningowych realizowana wspólnie z Bartkiem Olszewskim i innymi zawodnikami z ekipy Piekielni.
Bartek od dawna trenuje mocno – to nie była jego pierwsza próba podwojenia obciążeń. Tym razem jednak miał plan, grupę i dostosowany do maratonu cel: pobiec po 3:25 na kilometr przez pierwsze trzydzieści kilometrów i zobaczyć co będzie dalej. Kluczem była akceptacja ryzyka – świadoma decyzja, że biegnąc z grupą szybszą o trzy sekundy na kilometr, może zapłacić cenę na końcówce. I zapłacił, ale bez żalu.
Bartek wymienił kilka treningów, które jego zdaniem zbudowały formę na maraton. Blok specjalny to dwie dyszki rano z różnymi tempami, a po południu interwały na stadionie. Jeden z tych stadionowych treningów odbywał się w środku burzy z ulewnym deszczem i wodą po kostki. Osobno realizował 30-kilometrowe biegi w mocnym tempie – ostatni z nich po 3:40 dał mu pewność, że jest gotowy.
Bartek podkreślił, że w ciągu całego sezonu jadł wszystko – włącznie z ciastkami na balkonie, z których stał się rozpoznawalny na Instagramie. Przy takim kilometrażu organizm sam reguluje wagę. W sierpniu trzymała się na poziomie 71–72 kg, a Bartek nie robił nic specjalnego poza bieganiem. Jego wniosek: przy dużym wolumenie treningu restrykcja kaloryczna jest zbędna i wręcz szkodliwa.
Pogoda nie sprzyjała – padało i mocno wiało. Mimo to Bartek starał się nie myśleć o tym przed startem i po nim. Biegł z grupą sześciu zawodników przez pierwsze dwadzieścia pięć kilometrów, po czym rywale przyspieszyli. Nie był w stanie podjąć rękawicy, ale trzymał własne tempo do trzydziestego kilometra. Ostatnie dwanaście to była walka z komorowym zmęczeniem i wolą dobrnięcia do mety.
Bartek jest prezesem klubu Piekielni Warszawa i mówi wprost, że wiele kluczowych treningów przed maratonem odbył razem z innymi zawodnikami klubu – przede wszystkim z Bartkiem Olszewskim. Bieganie w grupie nie tylko przyspiesza trudne jednostki, ale też sprawia, że ciężkie treningi mają sens i atmosferę. Samotne bieganie 200 km miesięcznie jest po prostu dużo trudniejsze psychicznie.