Bartek Falkowski zaprosił mnie do podcastu bieganie.pl i zamieniliśmy się rolami – tym razem to ja siedziałem po drugiej stronie mikrofonu. Przez blisko dwie godziny rozmawialiśmy o tym, skąd wziął się debiut maratoński 2:18 w Walencji, dlaczego byłem dla siebie najlepszym trenerem i jednocześnie najgorszym – i jak Strava mogła mieć swój udział w moim przetrenowaniu przed Wingsem. Rozmowa, w której powiedziałem głośno rzeczy, które dotąd mówiłem tylko sam do siebie.
W tym odcinku zamieniłem się miejscami z Bartkiem Falkowskim z bieganie.pl – to on prowadził rozmowę, a ja odpowiadałem. Bartek przedstawił mnie jako człowieka, który być może zainspirował go do nagrywania własnego podcastu, i zapytał wprost: czy mi brakuje nagrywania? Odpowiedź była szczera: traktuję to jako zamkniętą przygodę. Podcast nauczył mnie wychodzić do ludzi i poznawać środowisko biegowe od środka – ale regularnego powrotu nie planuję.
Bartek zapytał wprost czy wynik 2:18 w debiucie był zaskoczeniem. Moja odpowiedź brzmiała: i tak, i nie. Zaskoczeniem był dlatego, że moje życiówki na 10 km czy 5 km nie wskazywały na taki zapas prędkości. Nie był zaskoczeniem, bo wreszcie mądrze trenowałem – biegałem w prędkościach startowych, zachowałem ciągłość bez kontuzji i choroby, a przygotowania były idealnie zaplanowane. Był to pierwszy bieg od lat, po którym nie było momentu, w którym poczułem że mogłem zrobić coś lepiej.
Trzon przygotowań to biegi progowe: jednostki od 3 do 25 minut łączone w sumy 50–60 minut pracy w tempie półmaratońskim. Longi rzadko przekraczały 33–34 km. Dwa razy w tygodniu siłownia. Bieganie na czas zamiast na kilometry – to podejście zdjęło ze mnie presję tempa i pozwoliło skupić się na wysiłku.
Po Walencji poczułem się nieomylny i nieśmiertelny. Do Wingsa zacząłem robić treningi, które trwały po 2:45 i obejmowały 45 km. Kamil Kulik ostrzegał mnie wcześniej, że bieganie ponad dwie godziny stwarza więcej ryzyka niż korzyści. Nie posłuchałem. Dwa tygodnie przed startem wiedziałem już, że coś jest nie tak. Jednym z czynników była Strava – bo takie treningi świetnie się sprzedają, a ja chciałem pokazać, że jestem gotowy.
Po długich jednostkach byłem niezdolny do jakiejkolwiek aktywności umysłowej przez resztę dnia – nie mogłem się skupić w kinie, grałem bezmyślnie w gry. To był sygnał, że trening był za mocny. Dobry trening powinien być budujący – po nim powinna zostać siła na jeszcze jeden odcinek, nie na leżenie na kanapie.
Jestem dla siebie najlepszym trenerem – i jest ku temu powód. Mój nieregularny grafik pracy z korepetycjami sprawia, że żaden zewnętrzny trener nie byłby w stanie elastycznie reagować na zmiany dnia. Lubię analizę, lubię podpatrywać trening triathlonistów, biegaczy górskich i sprinterów. Ta eklektyczna wiedza buduje mój własny system. Nie wykluczam jednak, że dobry trener kiedyś mi pomoże – ale musi ktoś, kto zna mój rytm życia.
Chciałbym być biegaczem wszechstronnym – biegać poniżej 30 minut na dyszce i jednocześnie walczyć o rekord Polski na 100 km. Chciałbym też kiedyś reprezentować Polskę w biegach górskich drużynowo – po tym jak chłopaki zdobyli srebro na Mistrzostwach Europy, żałowałem, że nie próbowałem kwalifikacji. Medal Mistrzostw Polski jeszcze nie ma – może kiedyś w maratonie. A poza sportem – po prostu dobrze żyć z Anią.