Bartosz Jarczok: Jak trenować, aby wciąż się poprawiać?

Sto procent – tylu zawodników w jego grupie kadrowej łapało w ciągu roku kontuzję. Rozmawiałem z Bartoszem Jarczokiem, fizjoterapeutą, youtuberem i biegaczem z życiówkami 3:03 na 1500 m, 14:18 na 5000 m i 8:09 na przeszkodach, o tym, dlaczego polski trening przez lata był po prostu za mocny i co dziś robi inaczej ze swoimi zawodnikami. Mówimy o metodzie norweskiej i jej pułapkach dla amatorów, o tym, jak Bartek rozpisuje trening progowy na tętno, i o badaniach wydolnościowych, które w Polsce – jak twierdzi – są robione fatalnie. Jest też o Hyroxie, w którym Bartek znalazł radość z rywalizacji, gdy bieganie przestało ją dawać.

Streszczenie odcinka

Mój gość – Bartosz Jarczok, fizjoterapeuta, trener i youtuber

W tym odcinku wracamy na uliczne i stadionowe tereny, bo moim gościem był Bartosz Jarczok – fizjoterapeuta, od niedawna także fizjolog wysiłku robiący badania wydolnościowe, trener biegania i autor kanału na YouTubie. Ciekawostka: mimo wielu lat w świecie biegowym nigdy wcześniej nie poznaliśmy się twarzą w twarz, tylko słyszeliśmy o sobie przez Instagram. Bartek to zawodnik z życiówkami 3:03 na 1500 metrów, 14:18 na 5000 i 8:09 na przeszkodach, przy czym sam najbardziej ceni trójkę – ulubiony dystans, na którym zdobywał medale mistrzostw Polski w młodszych kategoriach. To tempo 2:43 na kilometr, czyli dokładnie tyle, ile biegnie Jacob Ingebrigtsen pokonujący półmaraton w 58 minut. Dziś Bartek biega coraz mniej, bo bieganie coraz wolniej przestało sprawiać mu przyjemność, i przerzucił się na Hyrox.

Brat jako pierwszy trener i talent do przesuwania się

Bartek pochodzi ze Śląska, z Ligoty koło Bielska-Białej. Wcześniej od pierwszej klasy podstawówki pływał trzy razy w tygodniu, bez żadnego wyczynu. Wszystko zmieniło się, gdy jego brat Miłosz zaczął pracować w szkole jako wuefista, przyszedł i powiedział: „Bartek, będziesz biegać?”. Bartek nie protestował i zaczął trenować pod jego okiem – a że brat był jego wuefistą, zdarzało mu się chodzić biegać po wsi w ramach lekcji. I tu rzecz, która mnie uderzyła: Bartek wcale nie był na starcie dobrym biegaczem. W klasie, gdzie było piętnastu chłopaków, przybiegał trzeci albo czwarty, a na zawodach gminnych lądował w okolicach piętnastego miejsca. Jak sam mówi, nie miał talentu do startu, tylko ogromny talent do przesuwania się – trening dawał mu po prostu dużo więcej niż jego kolegom.

Szkoła Danielsa zamiast polskich podbiegów

Zapytałem Bartka, czy jego juniorski trening był za ciężki, i odpowiedź była jednoznaczna: za młodzika i juniora młodszego na pewno nie, ale w okolicach kadry narodowej już tak. Ciekawe jest to, że jego brat dosyć szybko odszedł od typowej polskiej szkoły – podbiegi, siła biegowa, drugie zakresy – z którą w Polsce zetknął się praktycznie każdy. Bartek tego prawie w ogóle nie biegał, od razu wszedł w szkołę Danielsa. Dziś, w porównaniu z metodą norweską, szkoła Danielsa też bywa uważana za lekko za mocną, choć zdecydowanie nie tak ciężką jak szkoła polska czy metody pana Kiryka albo Czecha Klausa. Problem leżał gdzie indziej: progi biegali tak, że kończyli przy czterech-sześciu milimolach kwasu mlekowego, dokładali do tego mocne odcinki VO2max przy dziesięciu-dwunastu milimolach, a kompletnie brakowało pracy w okolicach dwóch-trzech milimoli, czyli dokładnie tam, gdzie dziś trenuje się najwięcej.

Trzy milimole kontra pięć, czyli różnica w regeneracji

Zgodziliśmy się obaj, że dużo lepiej jest zrobić więcej odcinków trochę wolniej niż kilka o parę sekund za szybko – trzeba tylko schować ego do kieszeni. Zakwaszenie cztery i pół wygląda bardzo podobnie do trzech, ale dla organizmu to zupełnie inna historia, zwłaszcza w dłuższej perspektywie. Jak tłumaczył mi Bartek: po trzech milimolach dwa dni później jesteśmy gotowi na kolejny fajny trening, a po pięciu czy sześciu potrzeba znacznie więcej regeneracji. A po dużych odcinkach VO2max Bartek uważa dziś, że potrzebowałby około dziesięciu dni, żeby naprawdę dojść do siebie. Sam przyznałem się, że takich treningów robiłem kiedyś dwa w tygodniu.

Stuprocentowa kontuzyjność w kadrze narodowej

To był dla mnie najmocniejszy moment rozmowy. Bartek mierzy dziś kontuzyjność u swoich zawodników i podaje konkretne punkty odniesienia: wśród amatorów dwadzieścia procent to powinna być maksymalna granica, a z badań naukowych dla zawodników wychodzi około dziewięciu procent rocznie. Zapytał mnie, ile wynosiła kontuzyjność w jego grupie kadrowej. Strzelałem, że może połowa. Odpowiedź brzmiała: sto procent. Każdy w ciągu jednego cyklu sezonowego miał kontuzję – mowa oczywiście o urazach przeciążeniowych wykluczających z treningu, nie o skręconej kostce. Różnica polegała tylko na tym, kto miał więcej szczęścia: kto złapał kontuzję w okresie przygotowawczym, ten jakoś dokaraskał się do sezonu, a kto przed sezonem startowym, ten po prostu nie startował. Według Bartka to właśnie z kontuzyjności trener kadry powinien być rozliczany w pierwszej kolejności. Jeśli wskaźnik jest wyraźnie wyższy od tych liczb, to znaczy, że trening jest za ciężki – koniec, kropka, nie ma o czym dyskutować.

Periodyzacja przeciążeniowa u siedemnastolatków

Bartek długo szukał odpowiedzi na pytanie, jaką periodyzacją w ogóle trenowali na kadrze, bo klasycznej liniowej z blokami tam nie było. Znalazł jedną, która pasuje: periodyzacja przeciążeniowa. To model, w którym przez pięć, sześć dni robi się bardzo mocne treningi dzień po dniu – progi, VO2max, rytmy – a potem dziesięć dni się odpoczywa. To narzędzie dla zawodników wyczynowych z piętnastoletnim stażem, szukających pod koniec kariery jednej bomby atomowej, która ich jeszcze przesunie. A oni robili to w wieku siedemnastu, osiemnastu lat, w jeszcze mocniejszej formie, bo przez dwa tygodnie praktycznie codziennie coś biegali. Dla trenerów spokojne rozbieganie wieczorne albo dwudziestokilometrowy bieg w niedzielę uchodziły za regenerację – tyle że nogi zawodników wiedziały swoje. Potem zawodnik wracał do domu i wszystko zależało od jego trenera klubowego. Brat Bartka wypuszczał go bardzo lekko, dzięki czemu jakiś czas dawał radę się regenerować. Potem i tak przyszła kontuzja.

Osiemnaście płotków na „rozruch” i brak komunikacji

Największym problemem kadry była według Bartka komunikacja, a właściwie jej brak. Dwa tygodnie zawodnik trenuje w domu u swojego trenera, dwa tygodnie na kadrze u trenera kadrowego, a ci dwaj w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Nikt nie pytał, kto co ma pobiegać – wszyscy wychodzili razem, niezależnie od poziomu i tego, czy ktoś był po kontuzji. To się po prostu nie mogło udać. Bartek podał mi też konkretny przykład absurdu: na jednym z obozów na poranny rozruch robili płotki. Tylko że tych płotków nie było sześć, a osiemnaście, i wracało się między nimi w truchcie – z czego wyszły spokojnie dwa kilometry siły biegowej zamiast rozruchu. Jego recepta jest prosta: dwa, trzy mocne treningi w tygodniu zamiast siedmiu, realna komunikacja między trenerem klubowym a kadrowym, kontrola kwasu i wyciąganie wniosków z danych – tak jak robi to na przykład trenerka Dziubińska. I jeszcze jedno: zamiast drugiego treningu biegowego można wyjść na rower, co obniżyłoby kontuzyjność o jakieś dwadzieścia-trzydzieści procent. Bartek zapowiada, że pewnie powstanie o tym film na jego kanale – ale zaznacza wyraźnie, że nie chce atakować trenerów, bo każdy wkładał w to serce.

Metoda norweska, książka Marius Bakkena i trening X

Bartek pierwszy raz usłyszał o double thresholdach jakieś cztery lata temu, ale przełom przyszedł w marcu, gdy wyszła książka twórcy metody norweskiej – „The Norwegian Method” Mariusa Bakkena. Czytał ją już dwa razy, szykuje się do trzeciego i jest zachwycony. Jak to ujął: to jest Jack Daniels, tylko napisany przez człowieka, który sam biegał szybko. Daniels był genialnym trenerem i pionierem badań wydolnościowych oraz treningu wysokogórskiego, ale nie był biegaczem na najwyższym poziomie, jego tabele są trochę za szybkie, a trening trochę za mocny. Bakken miał 13:06 na 5000 metrów, co było rekordem Norwegii przed Ingebrigtsenem. Zapytałem Bartka o zastrzeżenie, które słyszałem od Jacka Tyczyńskiego – że zbyt dużo biegania progowego może mechanicznie spowolnić amatora. Bartek odpowiedział, że właśnie po to w metodzie jest trening X, a do tego bardzo szybkie podbiegi w okresie przygotowawczym, które można zamienić na rytmówki na stadionie. Jego własna obawa jest inna: amatorzy będą chcieli robić dwa progi jednego dnia, a to dla nich po prostu za dużo. Za to progowe odcinki po 45 sekund i minutówki uważa za świetne wejście dla początkujących – to jedna z pierwszych mocniejszych jednostek, jakie im wrzuca.

Hyrox, czyli gdzie wrócił progres i radość

Gdy starty uliczne przestały wychodzić, Bartek przeszedł na Hyrox – i trafił idealnie. To zawody fitness: osiem kilometrów siedemset metrów biegu podzielonego na osiem odcinków, a między nimi osiem konkurencji siłowo-wytrzymałościowych. Po kolei: kilometr biegu, kilometr na ergometrze narciarskim, bieg, pchanie sanek, bieg, ciągnięcie sanek, bieg, 80 metrów burpees, bieg, kilometr na wioślarzu, bieg, 200 metrów noszenia farmerskiego, bieg, 100 metrów wykroków, bieg i na koniec 100 rzutów piłką o tarczę z przysiadu. Bartek zawsze był cięższy od kolegów biegaczy – ważył 66-67 kg przy 176 cm wzrostu, podczas gdy inni schodzili poniżej 60 – więc formuła siłowa mu odpowiada. Po pół roku treningu osiągnął bardzo dobry wynik. Co do temp: przy mniejszych ciężarach biegał średnio po 3:06 na kilometr, w parze z Darkiem Nowakowskim po 3:25, a z większymi ciężarami po 3:30. Wydaje się wolno, ale jak sam mówi – przepchnij sanki 50 metrów albo zrób 100 metrów wykroków, a potem porozmawiamy. Kategorie to open (mniejsze ciężary) i pro: wykroki 20 kontra 30 kg, wallball 6 kontra 9 kg, pchanie sanek 150 kontra 200 kg.

Najszybszy biegacz Hyroxa w Polsce i przykładowy tydzień

W Polsce Bartek jest bezdyskusyjnie najszybszym biegaczem w Hyroxie – w Elite 15 na świecie zawodnicy biegają dychę w okolicach 32:30, a w Polsce dobry hyroxiarz to jakieś 35 minut. We Włoszech, gdzie startował w Rzymie, byłby pewnie dziesiąty, bo tam faceta biegającego 30 minut na dychę znaleźć nie jest problem. Jego tydzień wygląda tak: poniedziałek wolne, bo robi plany treningowe. Wtorek to podwójny próg – rano 40 minut biegu, wieczorem 20-30 minut na ergometrach, łącznie 60-70 minut, norwesko, do trzech milimoli. Środa luźno: spokojne rozbieganie albo zakładki bieg-ergometr narciarski-wioślarz. Czwartek to konkurencje, siłowo albo w wytrzymałości siłowej, też jako trening podwójny. Piątek lekko, sobota symulacja, niedziela znów lekkie rozbieganie albo zakładki. Jego próg biegowy to dziś około 3:25, kilometr 3:20. Co ważne, Hyrox dał mu to, czego brakowało w bieganiu: progres, bo konkurencje zawsze można poprawiać, oraz drużynowość – starty w parach i sztafety, czyli emocje, których biegacz długodystansowy w lekkiej atletyce po prostu nie zna.

Stres psychiczny gorszy dla regeneracji niż praca fizyczna

To obserwacja Bartka, pod którą podpisuję się w stu procentach. Najgorzej regenerują mu się nie ci zawodnicy, którzy pracują fizycznie – ci muszą po prostu mieć trochę lżejszy trening, odpoczną i będą się fajnie przesuwać. Najgorzej mają osoby z dużym obciążeniem psychicznym: dyrektorzy sprzedaży, ludzie prowadzący stresującą firmę. Jak zmęczysz się fizycznie, wracasz do domu i śpisz osiem godzin. Jak masz mentlik w głowie, śpisz pięć. Bartek zaryzykował stwierdzenie, że pod kątem wyników ciężej mają osoby pracujące biurowo z dużym obciążeniem psychicznym niż te pracujące fizycznie. Dorzuciłem do tego, że każdy stres życiowy – zmiana pracy, rozstanie, choroba dziecka – ma na trening dużo większy wpływ, niż przypuszczamy, i potrafi siedzieć w głowie przez tygodnie czy miesiące. Bartek dodał wskaźnik, po którym to poznaje: zawodnik przewlekle zestresowany po prostu przestaje się przesuwać. Wykonuje treningi, ale stoi w miejscu, bo regeneracja nie działa tak, jak powinna. To zresztą ładnie łączy się z tym, o czym mówiłem w odcinku o HRV – obniżony wynik nie powie nam, co jest przyczyną.

Największa bolączka amatorów – za szybkie biegi spokojne

Zapytałem o najczęstszy błąd i odpowiedź była natychmiastowa: za szybkie biegi spokojne. Ktoś ma biec po 6 minut na kilometr, biegnie po 5:30, czuje się świetnie i mówi „dałem radę”. Tyle że to miał być trening odpoczynkowy między mocniejszymi jednostkami, a dwa dni później na progu nie ma już siły – i albo biegnie go wolniej z za wysokim tętnem, albo, co gorsza, realizuje założenia i przepala, co wydłuża regenerację. Jak podsumował Bartek: bieg spokojny każdy potrafi pobiec za szybko, to żaden wyczyn. Jego rozwiązanie jest radykalne i stosuje je praktycznie u wszystkich: w najlżejsze dni rozpisuje marszobiegi. Nawet u zawodników biegających po 5:00-5:30 na kilometr. Wtedy ma pewność, że nikt nie przesadzi, a jak przesadzi, to i tak odpocznie na przerwie marszowej. I potem trening progowy oraz VO2max wychodzą po prostu lepiej.

Jak Bartek rozpisuje trening progowy

To był dla mnie najbardziej praktyczny fragment rozmowy. Bartek zawsze zaczyna od prędkości, ale celowo wolniejszych od ustalonego progu – jeśli ktoś ma próg 4:00 na kilometr, zaczyna od 4:10-4:15, czyli 10-15 sekund wolniej. Pierwszy odcinek biega na tempo, ale pod koniec obserwuje tętno: chce być w dolnym zakresie czwartej strefy, bardzo daleko od progu. Jeśli wyjdzie jeszcze niżej – świetnie, to znaczy, że jest dobry dzień i będzie się można rozpędzić, a nie, że „za wolno było”. Drugi odcinek to 3-5 sekund szybciej, kolejny znów 5 sekund, i trzeci odcinek powinien już być mniej więcej w docelowym tempie. Tętno z odcinka na odcinek powinno rosnąć o dwa-trzy uderzenia. Na koniec jest twarda granica tętna, której się nie przekracza – na przykład 180 uderzeń. Jak dzień jest gorszy, zawodnik zostaje na prędkościach startowych do końca treningu. LT1 Bartek rozpisuje rzadko, a jeśli już, to nie jako ciągły bieg spokojny, tylko naprzemiennie: bieg spokojny, tempo maratońskie, bieg spokojny, tempo maratońskie – żeby mieć pewność, że zawodnicy zbijają kwas i nie przepalają.

Badania wydolnościowe w Polsce są robione źle

Na pytanie o badania Bartek odpowiedział bez owijania: w Polsce są strasznie słabo robione. Przeskoki co 2 km/h to za dużo, bo to trzydzieści parę sekund na kilometr – przeskakujemy w ten sposób progi. Drugi problem to kwas mlekowy, mierzony rzadko i źle. Jeśli ktoś przychodzi do niego z badaniem, w którym są trzy pomiary kwasu, to po prostu nie da się z tego nic sensownego wyznaczyć. Sam robi 10-13 pomiarów, dzięki czemu krzywa ładnie wychodzi, a potem potwierdza ją progami wentylacyjnymi i dopiero z tego wyznacza strefy tętna przyklejone do progów – z korektą dla osób trenujących metodą norweską. U lepszych zawodników zaczyna od 12-13 km/h, bo pierwsze prędkości niewiele wnoszą, choć zgodziliśmy się, że pierwsze odcinki pozwalają organizmowi ustawić termostaty: oddech się reguluje, a kwas mlekowy spada w miarę dogrzewania. Koszt badania u Bartka to 450 zł przy trzynastu pomiarach kwasu, z laboratoryjną wirówką zamiast maszynki. Jeśli ktoś nie ma życiówki ani tętna maksymalnego, Bartek trenuje go wyłącznie na odczucia. Gdy ma wynik z zawodów, bierze tabele Danielsa, ale konsekwentnie od nich odejmuje: 20-30 sekund od biegów spokojnych, 15-20 od tempa maratońskiego i 10 sekund od tempa progowego.

Ciągły pomiar laktatu, skąd czerpać wiedzę i YouTube

Zapytałem Bartka o optyczne czujniki do ciągłego pomiaru laktatu. Jest sceptyczny wobec optyki – mleczan to pomiar z krwi i nie wyobraża sobie, jak miałoby to działać optycznie; podobnie wątpliwe były próby pomiaru z potu. Ale gdyby powstał czujnik działający jak te, które noszą cukrzycy, z realnym dostępem do krwi, byłaby to stuprocentowa rewolucja w sporcie wytrzymałościowym. Wiedzę czerpie przede wszystkim z badań, które traktuje z dużym dystansem, i z literatury pisanej przez ludzi łączących doświadczenie z zacięciem naukowym – Daniels, teraz Bakken. Gdy w książce trafia na badanie, od razu przegląda inne prace tego samego fizjologa. Drugie źródło to rozmowy z doświadczonymi trenerami – jego brat konsultuje się na przykład z Januszem Szczyrkiem, trenerem Maćka Wyderki. Podcastów świadomie nie słucha, bo stara się nie konsumować treści konkurencji i woli czytać. Jego kanał na YouTubie, dziś prawie 11 tysięcy subskrybentów, zaczynał jako reklama usług fizjoterapeutycznych, a skończyło się tym, że ludzie zaczęli przychodzić po plany treningowe. Bartek otwarcie przyznaje, że jest więźniem algorytmu: robi tytuł i miniaturę tak, jak „zażre”, a potem wkłada w film tyle wiedzy, ile się da. Jego cel to przebić bieganie.pl pod względem subskrypcji i oglądalności – bo jeśli jednoosobowa armia z jedną kamerą w małym pokoju tego dokona, to będzie coś dużego. Kanał będzie się zresztą nazywał Laboratorium Biegowe Bartosz Jarczok.

Najnowsze odcinki podcastu

Bartosz Jarczok: Jak trenować, aby wciąż się poprawiać?

Julian Alps by UTMB – relacja z zawodów

HRV: co mówi nauka o pomiarze, treningu i regeneracji