Julian Alps by UTMB – relacja z zawodów

Trzy dni po Julian Alps by UTMB, z nogami, które wciąż nie są w idealnym stanie, opowiadam wam o swoim pierwszym prawdziwym górskim ultra od bardzo dawna. Czwarte miejsce na 80 km, osiem godzin wysiłku, 600 mg kofeiny, siedem litrów picia i jakieś sześć czy siedem wywrotek, po których pojawiła się panika, że może zacząłem zbyt mocno. Mówię otwarcie, ile taki wyjazd do Słowenii kosztuje, jak wyglądał mój trening – łącznie ze schodami mechanicznymi z obciążeniem i ośmiogodzinną jednostką rower plus bieg – i dlaczego mój rekonesans trasy okazał się kompletnie mylący. Jest też o tym, czego mi u siebie brakuje: zbiegania i odrobiny biegania ponad to, co wskazują rankingi.

Streszczenie odcinka

Trzy dni po Julian Alps by UTMB

Nagrywam we wtorek 22 września o 8:53, trzy dni po biegu Julian Alps by UTMB, w którym zająłem czwarte miejsce na dystansie 80 km. Nogi wciąż nie są w idealnym stanie, od soboty nie wychodziłem na trening – może dziś wyjdę na lekki rower albo truchtanie. Całkiem dobrze zniosłem ten wysiłek, poza zniszczeniem mięśniowym, do którego jeszcze wrócę. Pomysł na ten start pojawił się po relacji z łotewskiej Gauja by UTMB, gdzie byłem drugi na 50 km. Pomyślałem wtedy, że wrzesień będzie dobrym momentem, żeby wreszcie spróbować swoich sił w prawdziwym biegu górskim. W tym roku miałem cztery ukończone starty – Garmin Ultra Race w Tolkmicku, Pomeranię, Maraton Wigry i Gauję – ale to były raczej biegi przełajowo-leśne, bez długich podbiegów. W Słowenii miałem wreszcie do czynienia z prawdziwymi górami.

Ile realnie kosztuje wyjazd do Słowenii

Chcę być wobec was transparentny, więc rozpiszę koszty. Pakiet dostałem od organizatora ze względu na mój indeks UTMB, ale normalnie trzeba liczyć od 130 do nawet 250 euro. Transport: leciałem z Gdańska do Lublany z przesiadką w Warszawie, LOT-em, i zapłaciłem za to około 1500 zł, bo trochę za późno kupiłem bilety – przy wcześniejszym zakupie można się pewnie zamknąć w tysiącu. Połączenie jest bardzo wygodne, cztery godziny łącznie. Auto wypożyczyłem za 550 zł na pięć dni, paliwo wyszło około 25 euro, czyli jakieś 200 zł. Najdroższy był nocleg: 2400 zł za pięć dni w małej kawalerce w Bohinjskiej Beli, niedaleko jeziora Bled. Ceny w sklepach są dosłownie takie jak w Polsce, a ja i tak gotowałem sobie sam – zjadłem tylko jedną pizzę. Podsumowując: bez pakietu trzeba liczyć jakieś 4-5 tysięcy złotych. Nie jest to tania zabawa, dlatego jeszcze raz dziękuję Brooksowi za wsparcie finansowe wyjazdów.

Sokołda, Rumunia i tydzień z prawie 200 kilometrami

Trening zaczął się od tygodnia w Sokołdzie pod Białymstokiem, gdzie rodzice Ani mają domek letniskowy. Nie mogłem tam szykować się pod góry, więc robiłem spokojne wybiegania po dwie, dwie i pół godziny w lesie oraz podwójne treningi progowe – na przykład rano 3 razy 15 minut, a wieczorem 8 razy 4 minuty, wszystko w tempie pomiędzy maratońskim a półmaratońskim. Ten tydzień zakończył się startem w Maratonie Wigry i miałem wtedy prawie 200 km na liczniku. Czułem, że powoli dochodzę do swojego maksimum obciążenia. Potem tydzień spędziliśmy w Rumunii – pierwotnie mieliśmy być wtedy w okolicach Chamonix, gdzie miałem startować na festiwalu UTMB, ale losy potoczyły się inaczej. Byliśmy tam w trójkę, z bratem Ani Bartkiem, i każdego ranka robiłem 15-20 km z około tysiącem metrów przewyższenia. Urokliwe miejsce, mnóstwo ścieżek, jedyne, na co trzeba uważać, to niedźwiedzie – których na szczęście nie zobaczyłem.

Schody mechaniczne z obciążeniem i ośmiogodzinna jednostka

Po powrocie do Gdańska zostały mi niecałe trzy tygodnie i wprowadziłem trening, który był dla mnie nowością: schody mechaniczne z obciążeniem. Zaczerpnąłem go najpierw od Andrzeja Witka, który w zeszłym roku podchodził pod stromą górę z flaskami napełnionymi wodą, a pierwotnie spopularyzował go Scott Johnson, trener między innymi Toma Evansa i Ruth Croft, zwycięzców UTMB 2025. To temat, który bardzo mnie interesuje: muscular endurance, czyli wytrzymałość mięśniowa. Kasia Dąbrowska też pokazywała u siebie, że robi to w przygotowaniach zimowych. Przy obciążeniu rzędu 10-15 procent masy ciała tętno wcale nie szaleje – u mnie wszystko zostaje poniżej pierwszego progu – ale bodziec jest bardzo konkretny. Zrobiłem bodajże pięć takich jednostek. Dwa tygodnie przed startem, dokładnie 13 dni, zrobiłem też długą jazdę na rowerze, a po piętnastu minutach przerwy dwie godziny biegania w trzeciej strefie po lesie. Prawie osiem godzin aktywności i niemal kilogram zjedzonego cukru. Ponad pięć godzin powyżej 200 W to naprawdę dobry trening, a po trzech dniach byłem już w stanie normalnie trenować.

Czego zabrakło w przygotowaniach

Brakło mi spokojnego podbiegania na bieżni mechanicznej – to coś, po co powinienem sięgać częściej. Zabrakło też siłowni, bo po tych mocnych jednostkach nie byłem już w stanie przerobić kolejnej. I teraz nie wiem, czy to, że tak bardzo bolały mnie nogi i że to właśnie siła najpierw wysiadła, wynikało z gorszego przygotowania siłowego, czy po prostu z tego, że trasa była wyjątkowo trudna. Bo w tym biegu było dosłownie wszystko: łatwe odcinki, po których zbiegaliśmy 3:40-3:50, bardzo trudne momenty wymagające marszu, mnóstwo błota i asfalt.

Rekonesans, który mnie oszukał

Przyleciałem w środę i już o 13:00 byłem w Lublanie – w samolocie spotkałem ekipę Kamila Leśniaka i Piotra Wintera. Tego samego dnia pojechałem zrobić rekonesans między 50. a 60. kilometrem, w czwartek między 15. a 20. i na początkowym odcinku, w piątek jeszcze 7 km. I to jest myśl, którą zapisałem sobie w samolocie w drodze powrotnej: pierwszy raz zdarzyło mi się, że rekonesans nie pomógł, tylko zaszkodził. Te odcinki wywołały we mnie przekonanie, że bieg jest szybki i wcale nie taki trudny, że owszem, między 20. a 50. kilometrem nabija się większość przewyższenia, ale reszta to po prostu łatwe, szybkie bieganie. I to jest fałsz. Właśnie ten fragment między 20. a 50. kilometrem jest naprawdę trudny – zgadzam się z chłopakami, że przypomina nasze Tatry. To teren pod zawodników radzących sobie technicznie, a nie pod przelotowców, którzy dobrze podbiegają. Lekcja na przyszłość: lepiej wcześniej popytać kilka osób, które już tam startowały.

Słowenia, przedstartowa hipochondria i spadające HRV

Zakochałem się w Słowenii. Byłem tam pierwszy raz i zachwyciło mnie wszystko: otoczenie gór, małe państwo z dobrymi drogami, czystość, dobra aura tego miejsca. Na szlakach prawie nikogo nie spotykałem. Na pewno będę chciał tam wrócić, zwłaszcza że bardzo żałuję, że nie miałem roweru – to kraj mocno kojarzący się z kolarstwem, z mnóstwem ścieżek. Przed startem zawsze stresuję się tym, żeby się nie rozchorować – maseczka w samolocie to dla mnie podstawa, a Ania od tygodnia była mocno osłabiona i bałem się, że się zarażę. To lekko paranoiczne i hipochondryczne, ale wiem, że wielu z was ma tak samo. Zmienił mi się też ostatnio tryb funkcjonowania: koło 21:00 robię się senny, budzę się przed szóstą, ale kilka razy w nocy się wybudzam. HRV lekko mi się obniżyło przed startem, z wyraźnym trendem spadkowym, choć formy wcale nie czułem gorszej. I to dokładnie to, o czym mówiłem w poprzednim odcinku: HRV nie mówi nam, że nie pobiegniemy dobrze, tylko że ten bodziec będzie dla organizmu droższy, niż mógłby być.

Plan żywieniowy na osiem godzin biegu

Założyłem, że we flaskach wypiję około 340 g węglowodanów, a w siedmiu żelach zjem 280 g, czyli łącznie 600-650 g – i to się udało, wyszło 80-85 g węglowodanów na godzinę. Przyjąłem też 600 mg kofeiny, co przy mojej masie ciała daje 8 mg na kilogram i skończyło się bardzo ciężką nocą. Łącznie wypiłem siedem litrów płynów, czyli około 900 ml na godzinę wysiłku, a i tak przez cały czas chciało mi się pić. Wyposażenie obowiązkowe było obszerne: dwie czołówki, długie spodnie, bluza, czapka, rękawiczki. Ja lubię biegać bez kamizelki, ale tutaj nie było takiej możliwości. Ogromne podziękowania należą się Sergiuszowi z Beskidy Trail, który pomagał mi na punktach – na 14. i na 60. kilometrze ten szybki punkt pozwolił mi oderwać się od rywali i ostatecznie utrzymać czwarte miejsce.

Stawka i pierwsze czternaście kilometrów

Mieszkałem 2,5 km od startu, więc poszedłem tam spacerem – przy 80 km i ośmiu godzinach rywalizacji nie ma sensu rozgrzewać się na siłę. Wstałem o 5:40, zjadłem owsiankę z owocami, wypiłem kawę, zrobiłem prostą mobilizację bioder. Według rankingów powinienem być w okolicach czwartego miejsca. Marcel Fabian zrobił w tym roku fantastyczny progres, byli też dwaj Amerykanie – David Norris i Nicolas Handel – którzy rok wcześniej pobiegli świetnie na festiwalu UTMB, zajmując dziewiąte i jedenaste miejsce. Z Polaków startowali Dawid Leśniak, Tomek Skupień, Paweł Czerniak i Andrzej Kowalczyk, był też zwycięzca z 2024 roku, mocny Słoweniec Zan Zepic. Pierwsze 14 km to chyba najnudniejsza część trasy: dużo asfaltu, proste technicznie ścieżki, niewiele przewyższenia. Norris od razu wyskoczył do przodu, Marcel biegł z Handelem, a ja trzymałem się ze Słoweńcem. Zegarek pokazywał w pewnym momencie metę o 13:50, czyli bieg w 5 godzin 50 minut – co okazało się wielką nieprawdą.

Statystyki z ośmiu godzin ścigania

Skoro bieg trwał osiem godzin, warto rozłożyć to na czynniki. W drugiej strefie spędziłem 40 minut, w trzeciej 4 godziny i 5 minut, w czwartej, progowej, 2 godziny i 50 minut, a w piątej, ponadprogowej, 28 minut. Średnie tętno z paska na klatkę piersiową wyniosło 164 uderzenia na minutę, czyli dokładnie granica trzeciej i czwartej strefy. W drugiej części tętno spadło do okolic 155-160, maksymalne wyniosło 184 przy moim maksie około 200 – widać więc wyraźnie, że druga połowa była już cięższa. Najwyższy punkt trasy to prawie 2200 metrów nad poziomem morza i tam krajobraz zmieniał się całkowicie: z łagodnych, przyjemnych gór w teren, którego absolutnie nie dało się podbiegać. Na 27. kilometrze, na drugim punkcie, napełniłem dwa flaski, wziąłem kofeinę, założyłem słuchawki i zacząłem podbiegać.

Zbiegi, wywrotki i moment paniki

Trasy 80 i 120 km szybko się łączyły, więc praktycznie do mety wyprzedzałem kolejnych zawodników. Rozumiem logistykę organizatora, ale to bywa niebezpieczne – raz czy dwa wywróciłem się, próbując kogoś minąć na wąskim odcinku. Ludzie schodzili bardzo uprzejmie, często krzyczeli coś miłego, co było super. Problem był inny: dosyć szybko wskoczyłem na wysoką pozycję, a ja lubię zaczynać spokojnie i dogrzewać się z każdym kilometrem. Podejrzewam, że pierwsze podbiegi zrobiłem zbyt mocno, mimo że pilnowałem tętna i przy przekroczeniu 175 od razu przechodziłem do marszu. Na zbiegach kompletnie nie czułem się swobodnie i tracę tam naprawdę dużo czasu, co jest niepokojące. Nie wiem, czy winne były też buty – Cascadie Elite, w których świetnie mi się biega, ale nie są aż tak stabilne – bo dosyć szybko lekko podkręciłem kostkę i czuję to do dziś. Wywrotek miałem sześć albo siedem. Jedna była komiczna: poleciałem na trawę obok ścieżki i zrobiłem przewrót. Ale pojawiła się wtedy panika, że może zacząłem zbyt mocno i jestem w miejscu, którego się boję. Musiałem sięgnąć po wewnętrzny spokój, którego nie było za wiele, i powiedzieć sobie: trzy miesiące temu marzyłbyś o tym, żeby tu być, więc po prostu biegnij.

Berek na piątej godzinie i walka z Dawidem

Około 35.-40. kilometra usłyszałem, że dogania mnie dwójka biegaczy, i byłem lekko przerażony, a jeszcze bardziej zdziwiony, bo byli to Dawid Leśniak i Tomek Skupień. Mam ich za bardzo dobrych zawodników – progres Dawida w tym roku i jego 888 punktów za Chudego Wawrzyńca na 50 km to fantastyczny wynik – ale jakaś moja duma nie zakładała, że będę się z nimi ścigał. Najpierw mnie dogonili, potem wyprzedzili. Podnosiło mnie na duchu to, że na każdym podbiegu ich doganiałem i czułem się naprawdę dobrze. Na 44. kilometrze, po kolejnym punkcie, mocny podbieg pozwolił mi minąć najpierw Tomka, potem Dawida – ale podbieg był krótki i zaraz zaczął się długi zbieg, na którym Dawid znów mnie dogonił i krzyknął do mnie „berek”. Po pięciu godzinach wysiłku uważam to za jedną z najśmieszniejszych rzeczy, jakie spotkały mnie ostatnio w bieganiu. Potem biegliśmy razem w dół po 4:00, 3:50, 3:40 i szczerze mówiąc, sam bym w takim tempie nie zbiegał – dobrze, że był obok.

Ostatnia godzina, która była tragiczna

Na 60. kilometrze stał Sergiusz, dostałem dwa flaski, od razu wypiłem 600 ml i dzięki temu, że punkt zrobiłem błyskawicznie, znów minimalnie uciekłem Dawidowi – i do mety już go nie zobaczyłem. Myślałem, że ostatnie 20 km będzie szybkie i łatwe, ale nie było. Znowu pojawiło się błoto, potem asfalt, a na 70. kilometrze dobiegłem do ostatniego punktu, z którego zostało mi już tylko osiem kilometrów. Ta ostatnia godzina była po prostu tragiczna pod względem tempa – odcinek trzech kilometrów po asfalcie lekko pod górę, który normalnie robię po 4:20, mijał w okolicach pięciu minut. Puściłem sobie muzykę, ale niewiele pomagała. Dzieliłem dystans na możliwie małe odcinki: jeszcze kilometr, jeszcze kilometr. Zrobiło się ciepło, około 20 stopni. Kamil Leśniak spotkał mnie na trasie i krzyczał, żebym wytrzymał w cierpieniu – wtedy strasznie mnie wkurzał, ale wiem, że co jak co, ale Kamil potrafi cierpieć i to on wie o tym najwięcej.

Czwarte miejsce, over performance i to, czego wciąż się uczę

Na mecie okazało się, że Dawid stracił do mnie niewiele ponad minutę. Pobiegliśmy pół godziny szybciej niż Karol Sowioła, który wygrał w zeszłym roku, a Marcel był od Karola szybszy o godzinę – to pokazuje, jaki progres zrobił w tym roku, wkładając mi 33 minuty i pokonując dwóch mocnych Amerykanów. Marcel, wielki szacun. Ja znowu lądowałem na czwartym miejscu w biegu UTMB, tak jak na Mozarcie i na Wielkiej Przehybie rok wcześniej. Jestem zadowolony, bo ten bieg był dużo trudniejszy, niż się spodziewałem, ale brakuje mi u siebie tego, co po angielsku nazwałbym over performance. Na Gauja byłem drugi w rankingach i zająłem drugie miejsce, tutaj byłem czwarty i zająłem czwarte – pobiegłem dokładnie tyle, ile powinienem. A chciałbym biegać szybciej i wiem, że mogę. Do poprawy jest przede wszystkim zbieganie, a tego można nauczyć się tylko zbiegając i spędzając więcej czasu w górach. Cieszę się, że wróciła mi zajawka na takie bieganie i chęć do cierpienia na zawodach.

Meta, autobusy i to, co zostaje po sezonie

Meta była w Kranjskiej Gorze, 45 km od Bledu, gdzie mieszkałem, więc największym wyzwaniem po biegu okazał się powrót. Wszyscy Polacy, których pytałem, mieli nocleg gdzie indziej, więc z dwiema przesiadkami wróciłem autobusem, a w Bledzie czekały mnie jeszcze cztery kilometry spaceru – w mieszkaniu byłem dopiero przed 20:00. Miałem mocno ściśnięty żołądek i wypiłem może pół litra coli. Noc była ciężka, zasnąłem dopiero koło trzeciej. Ale to był moment szczęśliwy: to było moje pierwsze tak długie ultra od dawna, osiem godzin wysiłku, więcej zajął mi tylko zeszłoroczny Mozart. Następnego dnia pojechałem na dekorację – polsko-amerykańskie podium, Marcel pierwszy, ja czwarty, Dawid piąty. Po biegu odpaliłem Instagram Florian Pyszel Team i zobaczyłem kilkanaście powiadomień od moich zawodników, którzy startowali w ten weekend. To jest coś, co kładę na równi z własnym rozwojem sportowym. Na koniec podziękowania dla Ani, mojej narzeczonej, która jest ze mną w dobrych i złych momentach. Ten sezon dobitnie pokazał mi, jak ważne jest mieć wokół siebie ludzi, dla których nie ma znaczenia, czy jesteś czwarty, czy 404 – bo twoją wartością nie jest zajmowane miejsce, tylko to, jakim jesteś człowiekiem. Wciąż się tego uczę. Za półtora tygodnia startuję na Bizonie w Supraślu na Podlasiu, na dystansie 50 km.

Najnowsze odcinki podcastu

Bartosz Jarczok: Jak trenować, aby wciąż się poprawiać?

Julian Alps by UTMB – relacja z zawodów

HRV: co mówi nauka o pomiarze, treningu i regeneracji