Magdalena Sznigir: Od 383 km po górach do maratonu poniżej 3 godzin

Moją gościnią jest Magda Sznigir – analityczka danych, która w tym samym roku przebiegła 380 km Biegu Kreta i złamała trzy godziny w maratonie. Podejrzewam, że jest jedyną kobietą na świecie z takim zestawieniem w jednym sezonie, a ona od razu zapowiedziała mi, że za miesiąc biegnie kolejne 300 km. Rozmawiamy o tym, jak wygląda trening, gdy dopiero od dwóch lat ma się trenera, dlaczego UTMB jej nie pociąga i co naprawdę zostaje w głowie po 71 godzinach biegu z halucynacjami. Pada w tej rozmowie zdanie, które zapamiętałem najmocniej: nie ma nagrody za cierpienie.

Streszczenie odcinka

Moja gościni – Magda Sznigir, analityczka danych i ultramaratonka

Zaprosiłem do rozmowy Magdę Sznigir, osobę znaną zarówno w świecie ultra, jak i wśród ludzi śledzących polski maraton. Magda przedstawia się jako analityczka danych, która bardzo lubi biegać, opowiadać o bieganiu i pisać o bieganiu. Sama mówi o sobie, że jest chciwa, jeśli chodzi o bieganie – chce próbować wszystkiego: długich i krótkich, szybkich i powolnych, jednodniowych i kilkudniowych. Nie ma jednej specjalizacji, tylko ogromną ciekawość. Pierwszy raz usłyszałem o niej w podcaście RacePace Kuby Pawlaka, gdy wygrała Bieg 7 Szczytów na 240 km podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji spotkać się na zawodach, bo po prostu biegamy inne dystanse.

380 km i maraton poniżej trzech godzin w jednym roku

Powiedziałem Magdzie wprost, że podejrzewam, iż może być jedyną kobietą na świecie, która w jednym roku przebiegła bieg na 380 km i maraton poniżej trzech godzin. Jej odpowiedź: za miesiąc biegnie kolejne 300 km, więc tego już nikt nie przebije. Zajmuję się treningiem zawodników i wiem, jakim wyzwaniem jest złamanie trzech godzin nawet dla zdrowych facetów, więc dla mnie to naprawdę mocny wynik. Magda od razu dodała, że ma nadzieję poprawić go w przyszłym roku.

Armenia, Azory i droga do biegania

Magda przez dziesięć lat mieszkała za granicą – pięć lat w Armenii, potem na Azorach. W Armenii nie było dostępu do morza, więc przeprowadzka na wyspę na środku oceanu była kompletną zmianą wszystkiego: klimatu, jedzenia, ludzi, języka. Nauczyła się portugalskiego, ale wróciła, bo mimo otwartości Portugalczyków trudno było jej zbudować tam przyjaźnie i poukładać dorosłe życie. Do biegów górskich doszła przez chodzenie po górach i wspinaczkę wysokogórską, a wcześniej przez kilka lat trenowała triathlon – i to bardziej towarzysko niż z miłości do sportu. Zapisała się w Armenii do grupy kolarskiej, która okazała się grupą triathlonową, i pewnej soboty obudziła się z myślą: ja trenuję triathlon. Po ukończeniu pełnego dystansu wokół jeziora Sewan już nigdy nie wsiadła na rower. Dziś mieszka w Warszawie, ma też mieszkanie na Dolnym Śląsku, skąd pochodzi, i pracuje zdalnie.

Jak poznała swojego trenera

To jedna z jej ulubionych historii. Na Ultra Kotlinie, do mety zostało jakieś 30 kilometrów, Magda była już w stanie, który miał niewiele wspólnego z bieganiem. Zaczął ją wyprzedzać facet i rzucił, że świetnie jej idzie i że przy tym tempie będzie rekord trasy. Ona odpowiedziała, że przed chwilą wymiotowała, a potem dodała: przed tobą jest typ, masz do niego trzy minuty, musisz go wyprzedzić, bo go nie lubię. Facet odpowiedział „dobra, zrobię to” – i zrobił. Tym facetem był Wojtek Weinert, dziś jej trener. Skończył trzeci, ona piąta w open i pierwsza wśród kobiet. Napisał do niej potem z pytaniem, czy ma trenera, bo prowadzi Ultra Trail Academy. Magda uznała to za przeznaczenie. W listopadzie minie druga rocznica ich współpracy. Nad treningiem siłowym czuwa Ola Koszela, a jako fizjoterapeuta Kamil Klich.

Z „sobie biegałam” na „trenuję”

Magda bardzo lubi to rozróżnienie: wcześniej sobie biegała, a od Wojtka zaczęła trenować. Największą zmianą było to, że ktoś mówi jej, co ma robić, i że ma biegać szybko – wcześniej nie robiła żadnych interwałów ani mocniejszych jednostek. Mieszkając na Dolnym Śląsku wychodziła w góry w Karpaczu, robiła 40 km, następnego dnia 30, miała ogromną objętość, ale nic jakościowego. Przystosowanie układu nerwowego do szybkiego biegania zajęło jej sporo czasu. Pamięta rozmowę, w której Wojtek zaproponował szybką dychę. Zapytała, co to znaczy szybka dycha – 50 minut? Usłyszała: nie, 40. Zapytała, jakim cudem ma zrobić 40, a trener odpowiedział, że wskaźniki pokazują, że może. Drugą dużą zmianą jest planowanie całego roku z wyprzedzeniem, dzięki czemu wie, kiedy przyjdzie roztrenowanie, i nie musi sama o tym myśleć.

Maraton warszawski, plan Davisa i 2:59:08

Rok wcześniej Magda przebiegła maraton warszawski w 3:17 na zaproszenie Fundacji Maratonu Warszawskiego, totalnie dla zabawy, jako część treningu do Kullamannen. Spodobał jej się cały vibe – bieganie w dużej grupie w tym samym rytmie dało jej poczucie człowieka pierwotnego, biegnącego na polowanie. Biega bez słuchawek, więc sam tupot wprowadził ją w stan flow. Postanowiła spróbować pobiec tak szybko, jak potrafi. Przygotowania to było 18 tygodni klepania ulicy według metody z książki Johna Davisa „Marathon Excellence”, mocno dostosowanej do jej możliwości. Metoda polega na tym, że biega się bardzo mało w tempie maratońskim, za to dużo wokół niego – na 102, 105 czy 108 procentach. W docelowym tempie 4:14 miała tylko trzy treningi, maksymalnie po 16 km, więc stojąc na starcie w ogóle nie wierzyła, że da radę. Tabele Stravy i Korosa pokazywały jej 3:02-3:03. Druga nowość: ta metoda praktycznie nie przewiduje taperingu, bo trzeba utrzymać napięcie mięśniowe. W ostatnim tygodniu, razem z maratonem, wyszło jej ponad 90 km. Pisała do Wojtka, że nie wie, jak ma to zrobić, a usłyszała: na tym polega ta metoda, trust the process. Zaufała i wyszło 2:59:08 – o 50 sekund szybciej, niż zakładała rozpiska, i z dużym zapasem.

Co ultra dało maratonowi, a czego nie dało

Magda przyznaje, że po latach ultra maraton wydaje jej się dystansem stosunkowo krótkim. W trakcie przygotowań powtarzała sobie: to tylko 15 minut treningu, to tylko 20 minut w tym tempie, to nie jest 71 godzin na Krecie. Tak samo myślała na półmaratonie, który zrobiła w 1:26. Ultra bardzo pomogło jej w zakresie wytrzymałości – nie musiała uczyć się biegać trzydziestek, po prostu wychodziła i je robiła. Musiała za to od zera wytrenować zapasy prędkości.

Bieg Kreta, czyli 71 godzin i halucynacje w Sudetach

Bieg Kreta to najdłuższy wspierany ultramaraton w Polsce – Sudecki Trójkąt, czyli trasa Ślęża – Śnieżka – Śnieżnik – Ślęża, w wersji Hardcore liczy około 380 km. Dla Magdy był to pierwszy start, na którym miała pacerów i support przygotowany w stu procentach. Wcześniej support miała tylko raz, na DFBG, gdzie jej Piotrek jeździł od stacji do stacji. Z Kreta wyniosła przekonanie, że ultra to sport zespołowy: da się to robić samemu, bo robiła starty na 300 km bez supportu, ale z drużyną jest nieporównywalnie łatwiej. Podkreśla, że więcej czasu spędziła na planowaniu Kreta niż na przygotowaniach na siłowni i w biegu. W nocy zaczęła mieć halucynacje – widziała strefę wojenną w Karabachu, potem obrazy z Palestyny. Urwał jej się film; obudziła się w busie i okazało się, że Wojtek fizycznie przekazał ją Piotrkowi. Nie pamiętała, jak tam trafiła. Napiła się kawy, założyła buty i poszła dalej, bo wiedziała, że im dłużej stoi, tym będzie zimniej.

„Nie ma nagrody za cierpienie”

Na trasie Kreta Magda odbyła z trenerem długą filozoficzną rozmowę o fizjologicznym koszcie ultramaratonów. Powiedziała mu wtedy, że nie ma opcji, by biegła Cocodonę – że to za duży koszt, że bolą ją zęby od żeli, mimo że ma zdrowe zęby. Stwierdziła, że to fajna przygoda, ale nie coś, co chce robić tak często, żeby niszczyć swoje ciało. I padło zdanie, które zapamiętałem najmocniej: nie ma nagrody za cierpienie ani za niszczenie siebie. Magda od razu doprecyzowała, że mówi o poziomie amatorskim – rozumie zawodniczki pokroju Courtney Dauwalter, dla których to kontrakty, sponsorzy i realne nagrody finansowe. Oboje zaznaczyliśmy, że jesteśmy ostatnimi osobami, które zniechęcałyby kogokolwiek do dużych wyzwań – chodzi o to, żeby robić je z głową.

Dlaczego UTMB jej nie pociąga

Magda nie ukrywa, że cykl UTMB jej nie motywuje. Przeraża ją skala przedsięwzięcia i liczba startów, a w górach woli anonimowość – nie znosi momentów, gdy na single tracku robi się kolejka. Ma też zastrzeżenia do właściciela cyklu: wykupywanie i wypychanie mniejszych biegów z większą historią, rosnące ceny, elitarność. Porównała system zbierania punktów do piramidy finansowej – kiedyś na UTMB kwalifikowały biegi z listy ITRA, czyli dużo szersza pula. Dodaje jednocześnie, że sama jest uczestnikiem tego systemu i małym elementem tej inflacji biegowej, bo startuje w biegach by UTMB. Dostała możliwość zapisania się bez loterii po Kullamannen i nie skorzystała – woli poczekać, aż bańka pęknie. Trasę dookoła Mont Blanc zrobiła zresztą sama, w cztery dni.

Lista marzeń: Tor des Géants, Spine Race, FKT

Przez wiele lat motywowała ją Cocodona 250 – miała nawet odłożone pieniądze na wpisowe, które wynosi 1995 dolarów w pierwszym terminie i 2100 w późniejszym, czyli prawie 9 tysięcy złotych plus loty, nocleg i support. Po Krecie zrobiła sobie mentalny przegląd i uznała, że nie jest gotowa na tak długie starty, a dodatkowo wprowadzono loterię. Na liście zostają: Tor des Géants 330 (z kwalifikacją przez krótszy dystans), zimowy Spine Race, Rzeźnik, etapówka na Głównym Szlaku Beskidzkim, powrót na DFBG 240 z poczuciem niedosytu, Sudecka Setka i backyardy – te za kilka lat, bo to duży projekt wymagający osobnego przygotowania siłowego. Coraz bardziej ciągnie ją jednak w stronę FKT: Camino de Santiago (784 km, 13 tysięcy metrów przewyższenia – kobiecy rekord to 9 dni z supportem i 11 bez), a także Główny Szlak Beskidzki. Lubi też fast packing – trasę Rota Vicentina w Portugalii, około 250 km, zrobiła w cztery dni z plecakiem, nie biorąc nawet wolnego w pracy: rano biegła 60 km, wieczorem pracowała.

Kullamannen, czyli bieg, którego nie poleca

Gdy zapytałem, czy lepiej radzi sobie na trudnym technicznym terenie, czy na szybkim, rozmowa niespodziewanie skręciła w stronę szwedzkiego Kullamannen by UTMB. Magda chciała ten bieg usunąć z dysku twardego zaraz po mecie i nikomu go nie poleca. Jej zarzuty: 45 km asfaltu o nachyleniu dwóch-trzech procent, na którym ani się nie rozpędzisz, ani nie odpoczniesz, brak supportu, zimno, tylko jeden przepak i do tego skręcona kostka. Rozumie, że bywają trudne starty, ale uważa, że Tor des Géants jest przy tym piękny, a tam były bagna. Zaznaczyła uczciwie, że pogodę miała dobrą jak na Szwecję – padało, ale bez dramatów – więc to nie pogoda zdecydowała o jej opinii.

Newsletter The Magdalorian i miłość do biegowych dram

Magda prowadzi newsletter The Magdalorian, który w dniu nagrania miał dokładnie 2001 subskrybentów. Zaczęła go rok temu i po pierwszym miesiącu miała już 450-500 osób. Pomysł wziął się stąd, że w Polsce nie było newslettera niepoważnego – Kuba Pawlak pisze o poważnych rzeczach, KingRunner o wynikach, a ona chciała zbierać memy, polecać filmy i opowiadać o tym, jak influencerki jadą na rowerze w trakcie maratonu albo jak ludzie oszukują. Sama mówi o sobie, że jest fanką dymów i patologii biegowych. Ceni newsletter za formę: dłuższą, bardziej osobistą i interaktywną niż rolka czy post. Ma jednak twardy limit – przy 2500 subskrybentach musi zacząć płacić 80 dolarów miesięcznie, a jak sama mówi, nie będzie płaciła 80 dolarów za wysyłanie memów o bieganiu. Pisze też okazjonalnie dla KingRunnera, choć nie jest częścią redakcji.

Amatorka bez kompleksów i plan na kolejne lata

Magda w stu procentach uważa się za amatorkę i nie ma aspiracji, żeby być profesjonalną biegaczką – myśli realistycznie o karierze i finansach. Chciałaby za to wypracować w sobie więcej brawury, bo brakuje jej umiejętności rywalizacji: biega konserwatywnie i zawsze kończy z zapasem. Po to właśnie zaczęła próbować ulicy – żeby mieć namacalny dowód, że potrafi biegać szybko. Jak mówi, życie jest łatwiejsze, kiedy godzisz się z tym, że jesteś amatorem, bo wtedy wysokie ITRA czy UTMB Index są wypadkową twojej pracy, a nie jej motorem. Ma 34 lata i uważa, że ma przed sobą jeszcze dobre siedem-osiem lat korzystania z wypracowanej wytrzymałości. Inspiruje ją Courtney Dauwalter, która po czterdziestce jest z roku na rok lepsza. Oboje zgodziliśmy się, że za mało mówi się o ludziach robiących życiówki po czterdziestce – a to prowadzi do tego, że dwudziestoparolatkowie zapisują się na setki i dwusetki zamiast korzystać z zapasu szybkości.

Plany na 2027 i start w Puglii

Rok Magda zaczyna od Transgrancanarii – już piąty raz z rzędu, bo lubi zimować na Teneryfie i traktuje ten start jako start B, sprawdzian formy. W tym roku na dystansie 80 km była siódma z czasem około 11 godzin i 619 punktami ITRA. Potem Pieniny, gdzie kusi ją vertical, dalej maraton w Berlinie, na który aplikowała jako szybki biegacz z celem poprawienia życiówki, w międzyczasie półmaraton, a po maratonie powrót w góry: Mallorca by UTMB i 160 km na Azorach, bo chciałaby wrócić na Sao Miguel, gdzie zaliczyła swój pierwszy górski start. Rozmawialiśmy 21 października, a w najbliższą sobotę Magda startowała na Puglia by UTMB na dystansie 85 km z metą na plaży w Castellaneta Marina. Jej cel na ten bieg był prosty: nie zrobić sobie krzywdy przed startem na 300 km w Portugalii, zobaczyć, gdzie jest na podbiegach i zbiegach, i skończyć z poczuciem, że dała z siebie wszystko.

Najnowsze odcinki podcastu

Magdalena Sznigir: Od 383 km po górach do maratonu poniżej 3 godzin

Dawid Leśniak: o swoich początkach, współpracy z Andrzejem Witkiem i mądrym podejściu do treningu

Bartosz Jarczok: Jak trenować, aby wciąż się poprawiać?