Dziesięć dni po tym, jak ścigaliśmy się ramię w ramię na Julian Alps by UTMB, rozmawiam z Dawidem Leśniakiem – i przyznaję wprost, że przed tym biegiem lekko nie doszacowałem jego możliwości. Dawid zaczął trenować po trzydziestce, od diagnozy nadciśnienia i ciśnienia 220 na 180 po jednym zbyt mocnym treningu, a dziś biega Chudego Wawrzyńca w 4:37 i ściga się z czołówką w Alpach. Opowiada o dwóch kontuzjach krytycznych, które wywróciły mu ten sezon, o przejściu od Gniewomira Skrzysińskiego do Andrzeja Witka i o tym, dlaczego płaskie treningi szybkościowe zrobiły z niego lepszego biegacza górskiego. Jest też szczera analiza OCC, czyli startu, który okazał się najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobił w bieganiu.
Po trzech solowych odcinkach wracam do rozmów z gościem, a moim rozmówcą jest Dawid Leśniak – przedsiębiorca, ojciec dwójki dzieci, pasjonat gór i muzyki, który od czterech lat intensywnie i profesjonalnie trenuje biegi górskie. Możecie go kojarzyć z ostatniego Julian Alps by UTMB, gdzie ścigaliśmy się ze sobą przez dobre dwie godziny. Przyznaję szczerze, że przed tym startem lekko nie doszacowałem jego możliwości. Ten sezon jest dla niego przełomowy: świetny bieg na Chudym Wawrzyńcu, rekordowe punkty ITRA i kilka innych udanych startów. Sam Dawid mówi, że przełomowe sezony ma właściwie od początku, ale teraz spija śmietankę z czterech lat mocnego treningu i sporych wyrzeczeń.
Dawid nigdy nie miał ustrukturyzowanego treningu. W podstawówce jeździł na deskorolce, był w sekcji pływackiej, jeździł na jakieś zawody, ale nic z planem i trenerem. Pierwszą poważną zajawką była dla niego wspinaczka górska, a zaczęła się nietypowo: na osiemnaste urodziny rodzice spakowali go do samolotu i wysłali do swojego znajomego w Colorado. Spędził tam prawie dwa miesiące, wspinali się i spali w rowach, a gospodarz zaraził go górskim stylem życia, w którym nie liczy się wiek ani pochodzenie, tylko wysiłek i przygoda. Szok kulturowy był ogromny – Wyoming i Colorado, pięciopasmowe drogi, zakupy raz w tygodniu po pięć zgrzewek naraz, ogromne przestrzenie, na których w ciągu całego dnia mijało się ledwie kilka grup ludzi. Musieli też uważać, bo często poruszali się po prywatnych terenach, a Amerykanie potrafią ich bronić. Wrócił tam raz jeszcze z partnerką Sylwią, na półtora miesiąca, próbując się zakotwiczyć na dłużej – nie wyszło.
Do biegania przekonał Dawida przyjaciel Szymon, który pokazał mu, że po górach nie trzeba tylko chodzić. Pierwsze ślady w ITRA z 2021 roku to prawdopodobnie Rzeźniczek, na który przygotowywał się dwa, trzy tygodnie. Potem zaczął szukać trenera i na celowniku miał Łukasza Łagożnego z Sanoka – alpinistę i himalaistę, który jako pierwszy mieszkaniec Podkarpacia zdobył Koronę Ziemi, a w 2023 roku ukończył Bieg Kreta na 377 km na piątym miejscu. Łagożny nie podjął się prowadzenia go, bo specjalizuje się w górach wysokich, ale pewnego razu spotkali się na szlaku sanockim i Dawid przebiegł z nim 5-10 km. Po tym treningu nie był w stanie wrócić do domu – musiała przyjechać po niego Sylwia, a w domu położył się z mroczkami przed oczami. Pomiar ciśnienia pokazał 220 na 180, czyli stan przedzawałowy. Okazało się, że ma nadciśnienie tętnicze. Trafił na sensownego lekarza, który powiedział mu wprost: zmieni pan dietę, będzie pan regularnie trenował, dwa, trzy lata i zejdziemy z leków. To go zainspirowało bardziej niż cokolwiek wcześniej – od tego momentu wiedział, że trail go uzdrowi.
Kardiolog zalecił rezygnację z czerwonego mięsa i soli. Dawid poszedł dalej i przeszedł na dietę roślinną, ale od razu podkreśla, że nie było w tym ideologii ani przypadku – od początku współpracował z dietetyczką sportową i kliniczną Sylwią Maksym. Suplementacja B12, żelazo, kwas foliowy, wszystko wyliczone i zbilansowane, do tego badania co najmniej dwa razy w roku. Mięsa nie je funkcjonalnie: stek potrafi mu smakować, ale po pierwszej, drugiej godzinie czuje się po nim ciężko. Nigdy nie miał problemów z hemoglobiną, jedyne, co zwraca jego uwagę, to ferrytyna utrzymująca się w okolicach 40-45, której mimo dużej podaży żelaza nie udaje się naturalnie podbić. Zgodziliśmy się obaj, że przejście na dietę roślinną na własną rękę przy treningu wytrzymałościowym to prosta droga do niedoborów. Dawid zwrócił uwagę, że zawodniczki ze względu na cykl menstruacyjny powinny szczególnie pilnować ferrytyny i żelaza.
Dawid napisał do Gniewomira Skrzysińskiego w czerwcu 2022 roku, po tym jak posłuchał podcastu z jego udziałem i zainspirował się tym, że można trenować, zdrowo żyć i mieć z tego frajdę. Gniewomir mieszka jakieś 30 minut drogi od niego. Na pierwszym spotkaniu zapytał, ile Dawid biega tygodniowo – usłyszał, że ze 20 km, i zrobił wielkie oczy. Od tamtej pory Dawid nie pamięta, żeby opuścił jakikolwiek niezaplanowany trening. Zaczynał od 50-60 km tygodniowo plus małe akcenty w stylu 15 razy 30 sekund pod górę z wolnym zbiegiem, trochę pliometrii, podbiegi tyłem, do tego rower lub trenażer i siłownia. Jak sam ocenia, była to raczej szkoła Andrzeja Orłowskiego – bez luzu od początku, co jego ciału akurat odpowiadało, bo lubi dużo i intensywnie trenować. Po drugim roku sam zaproponował przeskok z ośmiu do dwunastu godzin tygodniowo, dorzucając dwa baseny jako dodatkową pracę tlenową.
Po dwóch latach Dawid stwierdził, że potrzebuje nowych bodźców i nowej metodologii – nie dlatego, że było mu źle, tylko dlatego, że świat trailowy pędzi do przodu. Przejrzał rynek trenerów i wybrał Andrzeja Witka, bo mentalnie najbardziej mu odpowiadał: jego zacięcie treningowe i bardzo profesjonalne podejście od do. Dogadywanie szczegółów zajęło im dwa miesiące, a teraz zaczynają trzeci rok współpracy. Największa zmiana to płaskie treningi szybkościowe, które u Gniewomira praktycznie nie miały swojego slotu w tygodniu – tam dominowała specyficzna praca w górach. Dawid początkowo nie był przekonany, bo chciał trenować góry, ale szybko to polubił: prędkości rosły, samopoczucie się poprawiało, a on sam uznał, że to musi się przełożyć na przelotówki i zbiegi w górach. I przełożyło się. Kilka dni po Julianie miał już akcent w tempach 3-5 km, czyli około 3:10 na kilometr, co przy braku szkoły lekkoatletycznej i rozpoczęciu biegania po trzydziestce robi na nim wrażenie. Najlepszą dychę – 33:42, czyli po 3:22 – zrobił w lutym jako test na stadionie, bo docelowego startu płaskiego właściwie nigdy nie miał.
Po zeszłorocznym Chudym Wawrzyńcu odezwał się przywodziciel – prawdopodobnie tendinopatia przyczepu. Wyjście z tej kontuzji zajęło około dwóch miesięcy: dużo izometrii i protokół HSR, czyli heavy slow resistance – trening z dużym obciążeniem i bardzo powolnym ruchem. Dawid mówi, że polubił kontuzje, bo one dużo uczą i pokazują, że coś jest nie tak, zanim wybuchnie później. Nauczył się też, że z kontuzji wychodzi się nie tylko przez odciążenie tkanek, ale przez ich umiejętne dociążenie. Do grudnia był na treningu zastępczym – dużo orbitreku, potem bieżnia mechaniczna pod górę – przy czym objętości nie zeszli wcale, tylko przerzucili bodźce tam, gdzie ciało nie reagowało bólem. Druga kontuzja krytyczna przyszła po obozie na Teneryfie: przyczep zginacza biodrowego w przeciwległej nodze wykluczył go z biegania na sześć tygodni. Protokół, znów mocno oparty na HSR, znalazł dla niego Dominik Tabor.
Luty to był pierwszy w życiu Dawida obóz wysokogórski – miesiąc na Teneryfie z bazą w Vilaflor, dwa tygodnie bez rodziny, skupione wyłącznie na treningu. Objętość określa jako gargantuiczną: pierwszy tydzień to 150 km i około 10 tysięcy metrów w pionie, drugi mniejszy biegowo, za to z dużą ilością roweru, a średnia z całego miesiąca wyszła około 130 km. Nigdy wcześniej nie zrobił takiego bloku i po czterech tygodniach poczuł prawdziwe biegowe flow – stan, w którego istnienie wcześniej powątpiewał. Obóz miał się zakończyć startem w Blue Trailu, ale bieg odwołano z powodu cyklonu krążącego nad Wyspami Kanaryjskimi, czego na wybrzeżu zupełnie nie było widać.
Po powrocie do formy Dawid pobiegł Babią Górę, gdzie na podbiegach szło mu świetnie, a na zbiegach gorzej, bo przez dużą część sezonu nie miał okazji zbiegać – wyhaczył tam około 829 punktów ITRA. Potem przyszedł bieg Marduły w Tatrach i piąte miejsce na mistrzostwach Polski w skyrunningu, czyli miejsce na szerokim podium. Największą ekscytację wzbudził jednak Tatra Sky Marathon: 46 km i ponad 3000 metrów przewyższenia. Dawid lubi przygotować się logistycznie – miał rozpisane międzyczasy i własny support – i uznał ten start za bardzo udany. To po nim poczuł, że OCC może wyjść dobrze. Przez cały ten okres biegał z bólem na lekkich treningach, ale zawody przebiegał bez bólu i wiedział, że to nie pogarsza jego sytuacji.
Na OCC dostał się w loterii i długo nie miał werwy, żeby jechać – jego priorytetem był Julian Alps, a do Chamonix chciał pojechać w szczytowej formie, a nie po dwóch kontuzjach. Przekonał go Andrzej Witek i Dawid jest mu za to wdzięczny. Z treningu i prędkości osiąganych w Tatrach wyliczał sobie, że powinien zrobić ten bieg nawet z zapasem po mniej więcej 6:00, a wyszło 6:30 z haczykiem. Do dziś nie wie dokładnie, co nie zagrało: zbieg zrealizował jak zawsze, a nawet mocniej, intensywność trzymał w stu procentach według założeń, nigdzie nie odpuszczał. W analizie z Andrzejem nie znaleźli jednego głównego czynnika – raczej kilka mniejszych rzeczy: upał, może jakieś mikropotyczki z zawodnikami, może wpływ tego, że żeby zdążyć na start o 8:00 w Orsieres, trzeba było wstać o 3:30 i o 5:15 wsiąść w bus z Chamonix. Mimo wszystko odbiera ten bieg jako najtrudniejszą rzecz biegową, jaką zrobił – Julian Alps trwał półtorej godziny dłużej, a tak go nie zniszczył. Zaczynał z 300. pozycji, co, jak mówi, nieźle ustawia człowieka w szeregu, bo na polskich biegach mógł stawać z przodu.
Dawid jechał do Chamonix z przekonaniem, że festiwal jest przehajpowany, i to było jego największe zaskoczenie na plus. Zamiast zatłoczonego, nieprzyjaznego miejsca zastał małe alpejskie miasteczko, a meta – wbrew temu, jak wygląda w teleobiektywach – okazała się wąską uliczką zrobioną dla ludzi, nie dla biegaczy. Cały anturaż z pasmem Mont Blanc w tle nazywa magnetycznym i planuje wrócić tam z rodziną na dłużej. Im bliżej imprezy, tym więcej biegaczy, i to też działało na niego na plus – expo, marki, ludzie sportu. Co ważne, wcale go to nie drenowało energetycznie, choć się tego obawiał. Polskie biegi uważa za cudownie zorganizowane, ale impreza takiej skali to zupełnie inne przeżycie.
Bieg na 80 km z około 3800 metrami przewyższenia Dawid ocenia jako jeden ze swoich najlepszych występów. Liczył po cichu, że jest predestynowany do dłuższych dystansów, i to się potwierdza. Początek przebiegł bardzo lekko, w towarzystwie Tomka Skupnia i innych zawodników, potem zaczął dokręcać. Trzymał się swojego programu żywieniowego na poziomie około 105 g węglowodanów na godzinę, co świetnie na niego działa – ale po raz pierwszy przekonał się, że to miecz obosieczny. Po sześciu godzinach, dwa kilometry za punktem, dopadła go kolka, którą bezpośrednio łączy z tą podażą. Musiał się zatrzymywać i zwalniać, tętno spadło mu o 20 uderzeń, a po kolejnym żelu dolegliwość wróciła natychmiast. Umówił się już na konsultację, żeby to skorygować. Mimo tego ocenia bieg jako niemal idealny. Po raz pierwszy miał też okazję współpracować z rywalami na trasie: od drugiego punktu biegł z Tomkiem, który naciskał na podbiegach, a potem dwie godziny ze mną w górach i na zbiegu. Uważa, że to realnie poprawiło jego wynik, i mówi, że odkrył nową twarz biegania – zwłaszcza w porównaniu z tegorocznym Chudym Wawrzyńcem, gdzie cztery i pół godziny biegł w samotności. Ja z kolei przyznałem, że po tym, jak uciekłem mu na 62. kilometrze, moje tempo odrobinę spadło i gdybyśmy biegli dalej razem, oba wyniki byłyby lepsze.
Sezon Dawid zaczyna od Transgrancanaria Advanced na 80 km w lutym, poprzedzonej małym obozem na Kanarach. Potem z sentymentem wystartuje w Pieninach, będzie czekał na ogłoszenie mistrzostw Polski i planuje CCC – bilet dostaliśmy obaj jako zawodnicy z indeksem, przy czym, jak doprecyzowaliśmy w rozmowie, nie są to darmowe pakiety, tylko możliwość zakupu z pominięciem loterii. Jest jedno „ale”: pod koniec sierpnia jego siostra wychodzi za mąż i to będzie priorytet. Dawid zauważył jednak, że w tym samym czasie i regionie mają się odbyć mistrzostwa świata w kolarstwie, więc jest szansa na przesunięcie terminu festiwalu. Jego największym celem pozostaje kwalifikacja na mistrzostwa świata. Na koniec pogratulowałem mu, bo cieszy mnie, że trenerami zawodników na wysokim poziomie są dziś ludzie pokroju Andrzeja Witka i Bartka Przedwojewskiego. Rozmawialiśmy też o Bartoszu Ligasie, który trenuje u Andrzeja i zajął piąte miejsce w SkyUltra na mistrzostwach świata w skyrunningu – Dawid uważa jego progres za niesamowity i dowód na to, że ta szkoła po prostu działa. Zakończyliśmy tym, co powtarzamy wszyscy swoim zawodnikom: w treningu najważniejsza jest ciągłość i brak kontuzji. Dawid dodał od siebie jeszcze jedno – żeby w tym wszystkim szukać frajdy, bo gdy ona zaniknie, z treningiem robi się ciężko.