Czy da się zamienić pasję do gór w biznes, który jeździ na rekonesans do Maroka, organizuje obozy w Wielkim Kanionie i przy okazji przygotowuje zawodnika do Maratonu Piasków? W tym odcinku rozmawiałem z Patrykiem Aidem – byłym lekkoatletą, który porzucił stadion dla biegów ultra i górskich, a dziś razem ze wspólnikiem prowadzi firmę Obozy Górskie działającą na kilku kontynentach. Rozmawiamy o tym, jak zbudować biznes z pasji do biegania, czym różni się ultramaraton od wszystkiego, co robiłeś wcześniej, i dlaczego Wielki Kanion w sierpniu to coś, czego nie zapomnisz do końca życia.
Gościem tego odcinka był Patryk Aid – rocznik 1991, były lekkoatleta, który na stadionie biegał 800 metrów w czasie 1:53 i 1500 metrów w 3:56. Dziś startuje w biegach górskich i ultra, a obok własnych treningów i startów prowadzi razem ze wspólnikiem Maćkiem firmę Obozy Górskie – organizując wyjazdy treningowe w Maroku, Stanach Zjednoczonych, Gruzji, Słowacji i Polsce. Patryk jest też osobistym trenerem zawodnika przygotowującego się do startu w Maratonie Piasków – jednym z najbardziej prestiżowych i wymagających ultramaratonów na świecie. To człowiek, który połączył pasję z pracą i nie zamierza na tym poprzestać.
Patryk przez lata trenował lekkoatletykę, ale w pewnym momencie – jak sam mówi, zupełnie przez przypadek – trafił na swój pierwszy bieg górski. Wystartował właściwie dla żartu, bez większych oczekiwań, razem z grupą znajomych. Skończyło się na tym, że przepadł po uszy. Bieganie po górach dało mu coś, czego nie dawał stadion – zmienność, nieprzewidywalność, przygodę i poczucie, że każdy start jest czymś zupełnie innym. Od tamtej pory całe swoje życie układa pod kątem gór i ultra.
Historia firmy zaczęła się od prostej obserwacji: ludzie chcą biegać w górach, ale nie chcą się zajmować logistyką. Chcą przyjechać na gotowe, mieć zaplanowane treningi, posiłki, nocleg i grupę, z którą można spędzić czas. Patryk i Maciek – obaj z bogatą przeszłością lekkoatletyczną – dostrzegli tę lukę i postanowili ją wypełnić. Po kilku osobnych próbach organizacji obozów w Bieszczadach i Beskidzie Żywieckim połączyli siły i założyli wspólną firmę.
Przede wszystkim tym, że Patryk i Maciek sami są zawodnikami. Nie są teoretykami, którzy gdzieś wyczytali jak trenować w górach – sami sprawdzają każdą trasę, każde miejsce noclegowe i każdy region na własnej skórze, zanim zabiorą tam uczestników. Rekonesans w Maroku przed sezonem, objazd dzikiego zachodu Stanów przed kolejną edycją obozu – to dla nich standard, nie wyjątek. Dzięki temu uczestnicy mogą mieć pewność, że jadą z kimś, kto wie, czego się spodziewać.
Patryk przyznał wprost, że prowadzenie firmy to w 80 procentach rzeczy, których nikt nie widzi z zewnątrz. Rejestracja w izbie turystycznej, ubezpieczenia uczestników, papierkowa robota z urzędami – to wszystko pochłania ogromną ilość czasu. Firma działa legalnie i spełnia te same wymogi, co duże biura podróży. W Stanach Zjednoczonych ubezpieczenie uczestników jest absolutnie kluczowe – akcja ratunkowa w tamtejszych warunkach może kosztować setki tysięcy złotych, więc jest to kwestia niepoddająca się dyskusji.
Bezpośrednio przed nagraniem tego odcinka Patryk wrócił z dwutygodniowego wyjazdu do Maroka. Pierwsza część pobytu to rekonesans trasy Maratonu Piasków – 250-kilometrowego biegu przez Saharę Marokańską, rozgrywanego przez 7 dni. Patryk przygotowuje do tego startu swojego podopiecznego Przemka i chciał sprawdzić warunki na własnej skórze: temperatury w październiku, podłoże, wyposażenie, które faktycznie działa w terenie. Razem pobiegli najdłuższy dzień etapowy – ponad 30 kilometrów – wychodząc bardzo wcześnie rano lub trenując wieczorami, żeby unikać największego upału.
Druga część wyjazdu to organizacja wyprawy na Jebel Toubkal – szczyt mierzący 4067 metrów nad poziomem morza, najwyższy punkt Afryki Północnej. Patryk regularnie zabiera tam grupy uczestników i uważa takie wyjazdy za coś więcej niż trening – to doświadczenie, które zmienia perspektywę i pokazuje, do czego jest się zdolnym jako człowiek.
Jednym z flagowych produktów firmy są obozy w Stanach Zjednoczonych, które Patryk opisywał z wyraźną pasją. To nie jest typowy obóz treningowy z planem sesji i tabelkami – to biegowa przygoda przez parki narodowe dzikiego zachodu. Uczestnicy w ciągu 11 dni odwiedzają nawet 12–14 parków narodowych, w tym Wielki Kanion, Zion, Bryce Canyon i wiele innych miejsc, które większość ludzi widzi tylko na zdjęciach.
Patryk opowiadał o zejściu na dno Wielkiego Kanionu podczas sierpniowego obozu. Temperatura na dole, przy rzece Kolorado, sięga ponad 40 stopni. Uczestnicy schodzą rano, kiedy jest jeszcze znośnie, a na dole jest tylko jeden punkt – mały bar z burgerami i strumień, do którego wszyscy wskakują w ubraniach. To właśnie takie momenty, jak mówił Patryk, zostają na całe życie.
Dwutygodniowy obóz w Stanach kosztuje 8000–8500 złotych. W cenie są bilety lotnicze, wynajem samochodów, benzyna, ubezpieczenie i opieka przewodnicka przez cały czas trwania wyjazdu. Patryk podkreślał, że samodzielna organizacja takiego wyjazdu kosztowałaby znacznie więcej – a do tego doszłoby setki godzin planowania. Zimowa edycja w Nowym Meksyku, trochę krótsza, kosztuje 5000 złotych i jest dostępna dla osób, które chcą uciec z polskiego mrozu w słońce i góry.
To jeden z najciekawszych wątków naszej rozmowy. Patryk tłumaczył, że ultramaraton to zupełnie inna dyscyplina niż to, co obaj robiliśmy na stadionie. Na 800 metrach masz jeden zmienny – tempo. W górach na 100 kilometrach masz ich dziesiątki: podłoże, pogodę, temperaturę, profil trasy, żywienie, nawodnienie, własną głowę i jeszcze kilka rzeczy, które pojawią się niespodziewanie.
Patryk używał prostego, żołnierskiego sformułowania: ultramaraton to bieg i żarcie. Jeśli nie zadbasz o regularne dostarczanie węglowodanów, soli mineralnych i odpowiedniej ilości płynów – najlepiej wytrenowany silnik stanie w miejscu. Opowiadał o własnym błędzie sprzed lat, gdy podczas biegu tak skupił się na pomaganiu partnerowi startowemu, że zapomniał uzupełnić własną wodę i jedzenie. Skończyło się na 30 kilometrach przy niemal pustym bidon i poważnym odwodnieniu. Dziś się z tego śmieje – ale wtedy nie było wesoło.
Patryk podkreślał, że biegi górskie uczą przede wszystkim pokory. Nieraz widział zawodników, którzy na papierze byli znacznie mocniejsi, a odpadali dlatego, że za wcześnie ruszyli za mocno, zapomnieli zjeść, przecenili swoje możliwości w wysokiej temperaturze albo nie znali trasy. Z kolei ktoś, kto biegnie spokojnie, konsekwentnie i mądrze zarządza siłami, potrafi wyprzedzić połowę stawki na ostatnich kilometrach – bo inni po prostu padają.
Przy okazji rozmowy o bieganiu zahacziliśmy też o kondycję polskiej lekkoatletyki. Patryk był powściągliwy w ocenach – nie chciał krytykować polskich zawodników, bo wie, przez jakie trudności przechodzą. Przyznał jednak, że w biegach długodystansowych jesteśmy daleko od światowej czołówki, a jedynym jasnym punktem jest Krystian Zalewski. W konkurencjach technicznych – skok wzwyż, rzut kulą, dysk – radzimy sobie znacznie lepiej, bo tam konkurencja jest mniejsza i polscy zawodnicy mogą realnie walczyć o medale.
Na koniec zapytałem Patryka, co powiedziałby sobie z przeszłości. Jego odpowiedź była krótka i konkretna: spokojnie i cierpliwości. To chyba najlepsze podsumowanie jego drogi – od stadionu przez przypadkowy bieg górski aż po firmę działającą na kilku kontynentach. Nic nie przyszło od razu, ale wszystko przyszło w swoim czasie.