Cztery dni po biegu Gauja by UTMB na Łotwie siadam do mikrofonu, żeby opowiedzieć wam o swoim pierwszym podium w cyklu UTMB. Drugie miejsce na 53 km, czas 3:53, a po drodze tyle błota, wywrotek i zjeżdżania na tyłku, że do dziś nie wiem, jakim cudem nic sobie nie zrobiłem. Opowiadam o całej logistyce wyjazdu pod Rygę, o strategii żywieniowej bez kamizelki i o tym, jak rozgrywałem ten bieg kilometr po kilometrze. Mówię też szczerze o maju i czerwcu, które były najtrudniejszymi miesiącami tego sezonu – i o tym, jak z nich wyszedłem.
Nagrywam ten odcinek 6 sierpnia, cztery dni po biegu Gauja by UTMB na Łotwie, gdzie zająłem drugie miejsce na dystansie 53 km z około 1200 metrami przewyższenia. To moje pierwsze podium w biegu z cyklu UTMB i wciąż mam w sobie mieszankę radości i lekkiego niedosytu, że jednak nie wygrałem. Chcę wam opowiedzieć o całej tej przygodzie tak, żeby odcinek był przydatny dla osób, które w przyszłym roku chcą spróbować swoich sił właśnie na Gauja. To bieg z jednej strony prosty technicznie, dostępny dla ludzi, którzy nie trenują w górach, a z drugiej – okolice Rygi to dla większości z nas bardzo wygodne połączenie lotnicze. Przy okazji opowiem też, co się u mnie działo od kwietnia, bo ostatni taki odcinek o moim treningu nagrywałem zaraz po nieudanym maratonie w Łodzi.
Od Łodzi minęły równo trzy miesiące i muszę przyznać, że ten czas przypominał sinusoidę. Teraz jestem zdecydowanie na fali wznoszącej, ale maj i czerwiec były dla mnie naprawdę trudne. Pamiętam, jak w maju w Karpaczu rozmawiałem z Kamilem Leśniakiem i powiedziałem mu wprost: mam wrażenie, że ten sezon będzie tragiczny i że w podsumowaniu roku, które robimy w RacePace u Kuby Pawlaka razem z Andrzejem Witkiem i Kamilem, to właśnie ja będę rozczarowaniem roku. Wiem, że to myślenie było głupie i nierozważne, ale na tamten moment tak się czułem. Z pomocą bliskich osób wyszedłem z tego momentu. Maj i czerwiec nauczyły mnie spokoju, przystopowały mnie i pokazały, że czasami po prostu przychodzą gorsze momenty i że to jest zupełnie normalne.
Na początku lipca podjąłem decyzję, że w tym roku nie pobiegnę CCC, mimo że mam kwalifikację i mogę wystartować. Skoro tak, to trzeba było przemodelować plan i znaleźć zawody, gdzie mimo wszystko wykorzystam to, co się wypracowało, i pokażę się z dobrej strony. Gauja od początku wydawała mi się dobrym wyborem: dystans 53 km bardzo mi leży, przewyższenia niewiele, a teren wydawał się zbliżony do tego, w którym trenuję na co dzień w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Po kilku dniach zastanawiania się zdecydowałem, że biegnę. Jak się później okazało, założenie o podobieństwie terenu było mocno na wyrost, ale o tym za chwilę.
Na początku rozważałem jazdę autem, ale to byłoby sporo podróży, więc zdecydowałem się na loty LOT-em. Kosztowały bodajże 900 zł w obie strony, z przesiadką – najpierw z Gdańska do Warszawy, potem z Warszawy do Rygi. Oba loty po jakieś 45-60 minut, więc naprawdę szybko i wygodnie. Na lotnisku w Rydze wynająłem auto za 350 zł plus około 100 zł za paliwo, bo start był jakieś 70 km od miasta i chciałem móc wszędzie podjechać. Noclegi w okolicy startu i mety nie były ani w dobrej cenie, ani w sensownej jakości, więc wynająłem kawalerkę w Rydze na wylotówce w stronę startu – 500 zł za dwie doby. Zwykłe mieszkanie, żeby się przespać. Przyjechałem dzień wcześniej i uznałem, że rekonesans trasy przy tak płaskim biegu niewiele by mi dał. W typowo górskich biegach to bardzo przydatne i daje dużo pewności siebie, ale na prostym trailu nie ma według mnie aż takiego znaczenia.
W piątek i sobotę starałem się jeść odrobinę więcej węglowodanów – bieg zapowiadał się na 3:30-4 godziny. Nie liczyłem dokładnie gramów, po prostu jadłem trochę więcej: dużo pieczywa, kanapki z hummusem, żeby nie było tylko słodko, i uważałem, żeby nie przesadzić z błonnikiem. Jakiś czas wcześniej odstawiłem kreatynę, żeby obniżyć masę ciała. Zasnąłem o 21:00, wstałem o 5:30 przy starcie o 8:30, czyli prawie osiem godzin snu – dawno tak dobrze nie spałem przed startem. Rano zrobiłem 15 minut gimnastyki i ćwiczeń rozciągających, żeby organizm poczuł, że szykuje się mocny wysiłek. Na śniadanie bardzo proste rzeczy: dwa banany, dwie bułki chyba nawet bez dżemu, 400 ml soku pomarańczowego. W podróż zabrałem 500 ml izotoniku z 70 g węglowodanów i jeszcze jednego banana.
Postanowiłem biec bez kamizelki – całe wyposażenie obowiązkowe spakowałem do pasa wbudowanego w spodenki. Wziąłem dwa flaski: jeden pełny wody z izotonikiem, w drugim sam proszek do rozrobienia na punktach, których były trzy. Do tego cztery żele po 40 g węglowodanów, każdy z 400 mg sodu, w dwóch dodatkowo po 200 mg kofeiny – te planowałem na drugą i mniej więcej trzecią godzinę, żeby nie pobudzać organizmu na starcie. Jednego żela zjadłem jeszcze przed biegiem. I bardzo ważna rzecz, bo zauważam, że coraz więcej osób o tym zapomina: sprawdzajcie wyposażenie obowiązkowe. Ostatnio mój zawodnik dostał za to karę na Gorce Ultra Trail. U nas była folia NRC, gwizdek, dokument tożsamości, kurtka, pojemniki na wodę i telefon. Na biegach UTMB te kary zdarzają się często, zwłaszcza w elicie, a to po prostu głupie stracić 5, 10 czy 15 minut przez nieuwagę. Słuchawek świadomie nie wziąłem – i to był bardzo dobry wybór, bo byłem skupiony wyłącznie na biegu i ani razu nie zgubiłem się na trasie.
W sobotę po przylocie potruchtałem godzinę w nowych Cascadiach Elite, które dostałem dwa dni wcześniej – chciałem je rozchodzić i mieć pewność, że wszystko gra. Dowiedziałem się, że Kamil Poczwardowski wygrał dzień wcześniej setkę. Na mojej liście startowej wiedziałem o Dominice Stelmach wśród pań i o bardzo mocnym Hiszpanie z teamu Asics, Miguelu Benitezie, który biega maraton w 2:14, ma ranking ITRA w okolicach 900 punktów i szykuje się do OCC. Ja byłem drugi w rankingu. Startował też Miłosz Szcześniewski i kilku zawodników w przedziale 840-850 punktów. Zagadałem do Miguela po hiszpańsku – swoim łamanym hiszpańskim – i jak zwykle okazało się, że Hiszpanie są wtedy bardzo otwarci i pozytywnie nastawieni. Wystartowaliśmy po mokrej trawie, więc buty były mokre już po 800 metrach. Pierwszy kilometr zrobiłem w okolicach 3:30 i gdy zobaczyłem, że tętno jest prawie w czwartej strefie, od razu odpuściłem. Pierwsze 10 km minąłem w 38:30, czyli po 3:51.
To jest myślę klucz do biegania zarówno krótszych dystansów, jak i ultra: nasze ego w momencie startu jest naszym największym wrogiem. Jakkolwiek byśmy nie próbowali zaczynać wolno, zawsze zaczynamy za szybko, a w długich biegach wygrywają ci, którzy zwalniają najmniej. Ostatnio usłyszałem fajne porównanie, że nasze ciało podczas ultra jest trochę jak pudełko zapałek i to my decydujemy, kiedy większość z nich spalimy – słabo byłoby spalić je na samym początku. Tętno nie jest tu dobrym wyznacznikiem, bo adrenalina, niewyspanie, kofeina i odwodnienie potrafią wrzucić nas w pierwszą, a czasem i drugą strefę jeszcze zanim padnie strzał. Ja przez większość biegu, zamiast patrzeć na zegarek, po prostu liczyłem kroki do stu i zaczynałem od nowa. Mój matematyczny umysł próbował mnie czymś zająć, żebym nie myślał o tym, ile jeszcze zostało.
Od dziesiątego kilometra do pierwszego punktu odżywczego było najtrudniej w całym biegu. Miałem wtedy naprawdę dużo myśli w stylu: w co ja się znowu wkopałem, czemu znowu biegam po krzakach. Było mnóstwo fragmentów, gdzie trzeba było przechodzić do marszu, noga dosłownie grzęzła w błocie, a w niektórych miejscach bez lin nie dałoby się przejść. Kilka razy porządnie się wywróciłem, kilka razy leżałem, celowo zjeżdżałem na tyłku, bo nie było innej możliwości. Kilometry 13, 14 i 15 pokonywałem w okolicach sześciu minut, mimo że przewyższenia tam praktycznie nie było. Później dowiedziałem się, że Dominika Stelmach w tym momencie chciała schodzić z trasy – i wcale jej się nie dziwię. Na pierwszy punkt odżywczy wbiegłem piąty. I tu praktyczna rada: jeśli się ścigacie, przed punktem odżywczym warto trochę przyspieszyć, bo i tak za chwilę stracicie tempo na napełnianiu flasków.
Na punkcie dostałem od Jędrka z KingRunnera informację, że do trójki z przodu tracę około 90 sekund. Zjadłem żela – w pierwszej godzinie przyjąłem już około 100 g węglowodanów – i zacząłem pogoń. Już w okolicach 20. kilometra widziałem grupę jakieś 100-150 metrów przede mną. Był potem bardzo ciekawy fragment, gdzie przez jakieś 200-300 metrów biegliśmy przez schron – w czwórkę, w zupełnej ciemności – i to naprawdę budowało klimat tego biegu i historii Łotwy. Gdy wybiegliśmy na zewnątrz, zobaczyłem bardzo biegowy odcinek i stwierdziłem, że nie chcę nikogo mieć za plecami. Przyspieszyłem: 3:33, potem 3:49, tętno skoczyło do 170-172, czyli prawie na koniec mojego tętna progowego. Odważny ruch, ale dobry – odjechałem im i ruszyłem w pogoń za Miguelem. Odcinek 20-30 km zrobiłem po 4:25, a kolejną dziesiątkę po 4:10 i to był najlepszy moment całego biegu, takie prawdziwe flow.
Wbieg na ostatni punkt odżywczy był naprawdę epicki – dużo kibiców, flary, komentator pytający mnie po angielsku, jak się czuję, na co byłem w stanie odpowiedzieć tylko „okej”. Do mety zostało 9,8 km i około 300 metrów przewyższenia, czyli jakieś 45 minut. Postawiłem sobie, że absolutnie nie przechodzę do marszu na podbiegach. Wiem, że niektórzy robią świetny power hike, ja jeszcze jestem w tym słaby i mam to wyniesione z czasów juniorskich, że jak się przechodziło do marszu, to wyłączało się zegarek, bo to już nie był bieg. Lepiej się czuję, gdy nawet małym krokiem wszystko podbiegam – i to mi się udało. Na ostatnich kilometrach czułem się już mocno odwodniony i myślałem tylko o dwóch litrach coli na mecie. Dobiegłem drugi, czas 3:53. Trochę wolniej niż zakładałem, bo liczyłem na średnią bliżej 4:00, a wyszło 4:20, ale w tych warunkach nie dało się zrobić tego dużo szybciej.
Miałem lekki niedosyt, że nie wygrałem, ale przeważała radość – dowiozłem to drugie miejsce i mam pierwsze podium w cyklu UTMB. Próba ratowania sezonu chyba się udaje, bo zaraz po tym biegu dostałem wycenę za Garmin Ultra Race w Tolkmicku: rekordowe 882 punkty ITRA, najlepszy wynik w moim życiu, o siedem punktów lepszy niż zeszłoroczny Mozart by UTMB. Możemy oczywiście dyskutować, czy ostatnio ITRA nie jest zbyt łaskawa, ale ja się po prostu cieszę. Strefa finishera była okazała, były prysznice kilometr od mety, spotkałem Dominikę Stelmach z mężem i synem. Tradycyjnie w cyklu UTMB nie ma żadnych nagród pieniężnych – tylko puchar – i jestem ciekaw, co o tym myślicie, bo wpisowe na pięćdziesiątkę to około 100 euro. Za dwa tygodnie startuję w Maratonie Wigry, bo akurat będę z Anią na urlopie niedaleko Białegostoku.
Zdecydowanie tak, zwłaszcza dla osób, które dopiero wkraczają w przygodę z trailem i nie chcą od razu biegać po bardzo stromych górach, ale chcą sprawdzić, jak to jest, gdy pod nogami nie ma cały czas asfaltu. To bieg, gdzie trzeba uważać przez większą część dystansu, bo cały czas coś się dzieje. Startowało około 700 osób, było czuć, że to spory bieg, ale jednocześnie panowała bardzo miła, kameralna atmosfera. Super, że Łotwa ma swój bieg cyklu UTMB – czekam, aż Polska będzie miała swój. Po powrocie widzę, że mam podwyższone tętno spoczynkowe i spadające HRV, co zresztą będzie tematem jednego z najbliższych odcinków, bo przygotowuję obszerny i merytoryczny materiał o HRV. Korzystam z aplikacji HRV for Training i już teraz mogę ją wam polecić – dwie, trzy minuty rano wystarczą, żeby kontrolować, czy przypadkiem nie jesteśmy przemęczeni.